Myśliwce USAAF w kam­pa­nii fili­piń­skiej 1944 – 1945 cz.2

P-51D ,,The Flying Undertaker” (Latajacy Przedsiebiorca Pogrzebowy) Capt. Williama Shomo z 82. TRS. W cywilu Shomo byl zawodowym balsamista zwlok.

P-51D „The Flying Undertaker” (Latajacy Przedsiebiorca Pogrzebowy) Capt. Williama Shomo z 82. TRS. W cywilu Shomo byl zawo­do­wym bal­sa­mi­sta zwlok.

W dniu 20 paź­dzier­nika 1944 r. Amerykanie wylą­do­wali na Leyte, roz­po­czy­na­jąc wyzwa­la­nie Filipin spod japoń­skiej oku­pa­cji. Sześć tygo­dni póź­niej desan­tem w zatoce Ormoc odcięli bro­niące się na wyspie oddziały od posił­ków i zaopa­trze­nia. W tym cza­sie trwały nie­ustanne, zacie­kłe walki o pano­wa­nie w powie­trzu.

Początkowo wspar­cie sił inwa­zyj­nych z powie­trza zapew­niało lot­nic­two pokła­dowe US Navy, pono­sząc cięż­kie straty w efek­cie ata­ków kami­ka­dze. Dopiero roz­bu­dowa lot­nisk na wyspie umoż­li­wiła suk­ce­sywne spro­wa­dze­nie tam, począw­szy od 27 paź­dzier­nika, sił FEAF (Far East Air Forces). Ich trzon sta­no­wiły dwa zgru­po­wa­nia myśliw­skie USAAF – 5. i 13. FC (Figh-
ter Command), w więk­szo­ści wypo­sa­żone w myśliwce P-38 Lightning i P-47 Thunderbolt. Na początku grud­nia na Leyte przy­były także pierw­sze dywi­zjony lot­nic­twa Marines wypo­sa­żone w wie­lo­za­da­niowe myśliwce F4U Corsair. W tym cza­sie głów­nym zada­niem FEAF była nadal obrona przy­czółka i floty w Zatoce Leyte przed nalo­tami oraz ata­ko­wa­nie lot­nisk na oko­licz­nych wyspach, skąd star­to­wały japoń­skie samo­loty, a tylko w nie­wiel­kim stop­niu wspar­cie tak­tyczne wojsk lądo­wych.

Ostatni kon­wój na Leyte

Wielka bitwa powie­trza, sto­czona nad Leyte 7 grud­nia z oka­zji desantu Amerykanów w zatoce Ormoc i jed­no­cze­snej próby dopro­wa­dze­nia tam przez Japończyków kolej­nego kon­woju, chwi­lowo wyczer­pała siły lot­ni­cze tych dru­gich. Liczący 15 000 żoł­nie­rzy gar­ni­zon Ormoc wyco­fał się w góry na pół­noc wyspy, ale nadal sta­no­wił realne zagro­że­nie. Nad ranem 8 grud­nia dwóch kaprali z obsługi naziem­nej 348. FG zgi­nęło, zakłu­tych bagne­tami, w zasadzce japoń­skiego patrolu.
Dwa dni póź­niej, 10 grud­nia, 348. FG (która – nie­ty­powo dla ame­ry­kań­skich grup myśliw­skich – miała na sta­nie cztery, a nie trzy dywi­zjony) wzięła rewanż, zgła­sza­jąc 11 zestrze­leń bez strat wła­snych. W trak­cie cało­dnio­wych patroli nad przy­czół­kiem w zatoce Ormoc piloci tej jed­nostki prze­chwy­cili pięć myśliw­ców Ki-61 Tony i jeden A6M Zeke oraz cztery bom­bowce Ki-21 Sally i roz­po­znaw­czego Ki-46 Dinah. Lt. James Curran dowo­dził sek­cją czte­rech Thunderboltów, która napo­tkała parę Ki-61. Na widok prze­ciw­nika japoń­scy piloci pró­bo­wali umknąć – na swoje nie­szczę­ście w dół, co w przy­padku spo­tka­nia z P-47, dys­po­nu­ją­cym olbrzy­mią pręd­ko­ścią nur­ko­wa­nia, nie miało szans powo­dze­nia. Curran wspo­mi­nał: Wystrzeliłem dwu­se­kun­dową serię. Stożek ognia z moich kaemów wyrwał sil­nik z łoża, kom­plet­nie go oddzie­la­jąc od reszty samo­lotu.
Ta wzmo­żona aktyw­ność japoń­skiego lot­nic­twa miała zwią­zek z próbą dopro­wa­dze­nia na Leyte jesz­cze jed­nego kon­woju, noszą­cego ozna­cze­nie TA-9, który po połu­dniu tego samego dnia wyru­szył z Manili. Tworzyły go frach­towce Mino Maru, Sorachi Maru i Tasmania Maru, wio­zące 4000 żoł­nie­rzy pie­choty, żyw­ność i amu­ni­cję oraz okręty desan­towe T.140 i T.159, które miały na pokła­dach pły­wa­jące czołgi i 400 żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. Ich eskortę sta­no­wiły nisz­czy­ciele Yuzuki, Uzuki i Kiri oraz ści­ga­cze okrę­tów pod­wod­nych Ch-17 i Ch-37.
Dowódca kon­woju otrzy­mał roz­kaz dotar­cia do Palompon, na pół­noc od Ormoc. Kiedy jed­nak ran­kiem 11 grud­nia myśliwce osła­nia­jące statki i okręty odparły nalot Corsairów, ponio­sła go bra­wura i posta­no­wił wedrzeć się do zatoki Ormoc – gdzie cztery dni wcze­śniej wylą­do­wali Amerykanie!
Tymczasem do walki włą­czyły się jed­nostki Lightningów. Lt. John Purdy z 475. FG wyru­szył na czele czte­rech P-38, by zapew­nić osłonę łodzi lata­ją­cej PBY Catalina, która pro­wa­dziła akcję poszu­ki­waw­czą nad Morzem Visayan (sto­sun­kowo nie­wiel­kim akwe­nie poło­żo­nym w cen­tral­nej czę­ści Filipin, mię­dzy wyspami Masbate na pół­nocy, Leyte na wscho­dzie, Cebu i Negros na połu­dniu i Panay na zacho­dzie). Po dro­dze napo­tkali kon­wój TA-9. Purdy pole­cił zało­dze Cataliny skryć się w chmu­rach i ruszył na spo­tka­nie z krą­żą­cymi nad kon­wo­jem japoń­skimi myśliw­cami:
W miarę zbli­ża­nia się dostrze­ga­łem coraz wię­cej japoń­skich myśliw­ców. Oszacowałem, że jest ich od 20 do 30, roz­sta­wio­nych na róż­nych wyso­ko­ściach, od 500 do 7000 stóp. Ich piloci musieli nas zauwa­żyć, ale – co dość dziwne – nie zwra­cali na nas uwagi, jedy­nie zacie­śnili nieco szyki. Bez wąt­pie­nia mieli zada­nie za wszelką cenę bro­nić kon­woju. Nie chcieli się wda­wać w potyczkę z czte­rema samo­lo­tami. Jestem pewny, że wzięli nas za przy­nętę, która ich miała odcią­gnąć od stat­ków. Wypatrywali ataku bom­bow­ców – myśliwce nie mogły wyrzą­dzić kon­wo­jowi więk­szej szkody.
Gdy już się wspię­li­śmy na wyso­kość 22 000 stóp [6700 m], rozej­rza­łem się wokół. Powyżej nie dostrze­głem niczego podej­rza­nego. Daleko w dole widzia­łem grupę japoń­skich myśliw­ców. Zdawałem sobie sprawę z dys­pro­por­cji sił – nie mia­łem zamiaru wda­wać się w walkę z 20 – 30 myśliw­cami – ale wykon­cy­po­wa­łem, że możemy bez­piecz­nie prze­pro­wa­dzić szybki atak na ich górną osłonę. Gdyby zro­biło się gorąco, mogli­śmy po pro­stu zwiać do domu – atak z prze­wyż­sze­nia zapew­niał nam dość pręd­ko­ści, by się od nich ode­rwać. Upewniłem się, że wszy­scy rozu­mieją, co chcę zro­bić. Mieliśmy się trzy­mać razem i zająć taką pozy­cję, by po ataku kon­ty­nu­ować lot pro­sto w stronę bazy.
Powiedziałem moim pilo­tom, żeby każdy wybrał sobie cel, a po ataku nur­ko­wał dalej i dołą­czył do reszty po dru­giej stro­nie japoń­skiej for­ma­cji. Sprawdziłem jesz­cze raz prze­strzeń wokół nas, by się upew­nić, że nic nam nie grozi, po czym ruszy­li­śmy w dół. Wzięliśmy na cel tych z samej góry. Zaczęli robić uniki wywro­tem w dół, ucie­ka­jąc we wszyst­kie strony; żaden nie pró­bo­wał nawią­zać walki.
Zjechałem na ogon Oscara i wystrze­li­łem krótką serię. Odbił w prawo, zaczął dymić, wypro­sto­wał na moment lot, następ­nie pół­beczką umknął w dół. Zgłosiłem go póź­niej jako uszko­dzo­nego. Niemal natych­miast zoba­czy­łem przed sobą następ­nego Oscara. Mając go pod kątem 80 stopni, wystrze­li­łem z odle­gło­ści 200 jar­dów, w chwili gdy, odwra­ca­jąc się na grzbiet, prze­szedł w stromy lot nur­kowy. Zobaczyłem wiele roz­bły­sków tra­fień. Podążyłem za nim w dół. Runął do morza w odle­gło­ści kilku mil od wyspy Bantayan.
Już jakiś czas wcze­śniej zauwa­ży­li­śmy, że japoń­scy piloci, z któ­rymi zda­rzało się nam wal­czyć, byli coraz mniej doświad­czeni. Dyskutowaliśmy o tym w naszym gro­nie. Odniosłem wra­że­nie, że ci, któ­rych tam­tego dnia ata­ko­wa­li­śmy, byli jed­nymi z naj­mniej doświad­czo­nych, jakich kie­dy­kol­wiek napo­tka­łem. Kiedy prze­le­cie­li­śmy przez ich for­ma­cję, zda­łem sobie sprawę, że abso­lut­nie nic nam nie grozi z ich strony. Rozejrzałem się po nie­bie, aby spraw­dzić, czy wszyst­kie nasze P-38 wyszły z tego cało. Zaczęliśmy zata­czać kręgi, nabie­ra­jąc wyso­ko­ści i cały czas moni­to­ru­jąc prze­strzeń wokół nas. Kiedy uzna­łem, że mamy wszystko pod kon­trolą, zarzą­dzi­łem przez radio: „Zróbmy to jesz­cze raz!”.
Za dru­gim razem wzią­łem na cel parę Oscarów. Prowadzący usko­czył w bok zanim się zna­lazł w zasięgu ognia, dopa­dłem więc jego skrzy­dło­wego. Zbliżyłem się na odle­głość 50 jar­dów i wystrze­li­łem krótką serię, pod kątem 10 stopni. Także tym razem zaob­ser­wo­wa­łem liczne tra­fie­nia. Podążyłem w dół za Oscarem aż do chwili, gdy roz­bił się około pię­ciu mil na pół­nocny wschód od Bantayan.
Mogliśmy tak ich dzie­siąt­ko­wać jesz­cze długo, ale zaczą­łem się oba­wiać, że nie wystar­czy nam paliwa. Uznałem, że czas wra­cać do bazy. Zestrzeliliśmy pięć; byłem świad­kiem, jak kolejno wpa­dały do morza. Żaden z nas nie ucier­piał. Chyba ani razu nikt do nas nie strze­lał.
Na pierw­szym eta­pie naszej wyprawy, to zna­czy do chwili, aż ode­sła­łem PBY, lecie­li­śmy na pali­wie z pod­wie­sza­nych zbior­ni­ków. Kiedy dostrze­gli­śmy prze­ciw­nika, odrzu­ci­li­śmy je i na czas walki prze­łą­czy­li­śmy się na zbior­niki główne. Po walce zaczę­li­śmy czer­pać paliwo ze zbior­ni­ków w zewnętrz­nej czę­ści skrzy­deł, które powinno było nam wystar­czyć na całą drogę powrotną. To, co zostało w zbior­ni­kach głów­nych, miało słu­żyć za rezerwę.
Kiedy obra­li­śmy kurs powrotny, nagle zoba­czy­łem, że według wskaź­ni­ków moje zbior­niki w zewnętrz­nej czę­ści skrzy­deł są puste. Miałem poważny pro­blem. Wywołałem przez radio moich pod­ko­mend­nych. Wszyscy kolejno zamel­do­wali, że u nich wszystko w porządku. Przypomniałem sobie, że kiedy otrzy­ma­li­śmy nasze P-38L-5, piloci zgła­szali, że z zewnętrz­nych skrzy­dło­wych zbior­ni­ków ucieka paliwo. Było wysy­sane na zewnątrz przez mały otwór, który słu­żył do wyrów­ny­wa­nia ciśnie­nia w zbior­niku w miarę jak się opróż­niał. Ten feno­men powsta­wał, gdy prze­pływ powie­trza nad skrzy­dłem wytwa­rzał ciśnie­nie wysy­sa­jące paliwo ze zbior­nika. Właśnie to musiało mi się przy­da­rzyć – paliwo z zewnętrz­nych czę­ści skrzy­deł poszło „w gwiz­dek”. Łudziłem się jesz­cze, że docią­gnę do bazy z pomocą tech­nik oszczę­dza­nia paliwa, ale po dro­dze natra­fi­li­śmy na front burzowy i musie­li­śmy go omi­nąć.
Nie mając więk­szego wyboru, Lt. Purdy wybrał piasz­czy­stą łachę u brzegu wyspy Cabugan Grande i wylą­do­wał w płyt­kiej wodzie. Po kilku minu­tach zja­wili się tubylcy, któ­rzy go zabrali swoim czół­nem do naj­bliż­szej wio­ski i ugo­ścili po kró­lew­sku. Zanim skoń­czył bie­sia­do­wać, u brze­gów wyspy cze­kała już na niego łódź lata­jąca, którą wró­cił do bazy. Dwa myśliwce, które zestrze­lił tego dnia, były jego czwar­tym i pią­tym zwy­cię­stwem. Do końca dnia 475. FG zgło­sił jesz­cze dwa zwy­cię­stwa – w sumie sie­dem.
Piloci 49. FG wywal­czyli cztery zestrze­le­nia (same myśliwce), co oku­pili nie­ma­łymi emo­cjami. Rankiem sek­cja czte­rech P-38 wdała się w potyczkę z osła­nia­ją­cymi kon­wój myśliw­cami. Capt. Robert Aschenbrener dopadł Ki-44 Tojo, który po tra­fie­niu eks­plo­do­wał. Kawałki metalu zało­mo­tały o samo­lot 2/Lt. Harolda Stroma – skrzy­dło­wego Aschenbrenera. Trafiony prawy sil­nik sta­nął w ogniu. Strom przy­mie­rzał się do skoku ze spa­do­chro­nem, kiedy nagle pło­mie­nie zga­sły, umoż­li­wia­jąc dopro­wa­dze­nie uszko­dzo­nego Lightninga na lot­ni­sko w Tacloban.

  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE