Biegun Północny-2. Nowy pół­noc­no­ko­re­ań­ski pocisk „zie­mia-zie­mia”

Pierwsza faza startu pocisku Pukguksong-2

Pierwsza faza startu poci­sku Pukguksong-2 – pod rakietą widać pło­mień gazo­ge­ne­ra­tora, od kadłuba oddzie­lają się pro­wad­nice, sta­bi­li­za­tory aero­dy­na­miczne są jesz­cze zło­żone.

Koreańczycy z Północy już od kilku dzie­się­cio­leci pró­bują stra­szyć świat swymi rakie­tami bali­stycz­nymi. Potrzebują ich z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, mimo dużej liczeb­no­ści, Koreańska Armia Ludowa jest słabo uzbro­jona i w przy­padku ewen­tu­al­nej kon­fron­ta­cji z Południem nie mia­łaby więk­szych szans. Pociski bali­styczne, szcze­gól­nie z gło­wi­cami che­micz­nymi czy jądro­wymi, mogłyby tę dys­pro­por­cję choćby czę­ściowo zła­go­dzić. Po dru­gie, wła­dze Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej potrze­bują kart prze­tar­go­wych w nego­cja­cjach z Zachodem. KRLD nie­ustan­nie potrze­buje pomocy gospo­dar­czej i żyw­no­ścio­wej, a uza­leż­nie­nie od głów­nego „dar­czyńcy”, czyli Chin jest na pewno dla władz w Pjongjangu fru­stru­jące.

Stąd pro­wa­dzą – mniej lub bar­dziej dys­kretne – nego­cja­cje z „wro­gami” i bodaj jedy­nym ich atu­tem są obiet­nice wyco­fa­nia się z tego czy innego etapu pro­gramu zbro­je­nio­wego. Aby zacho­wać wia­ry­god­ność, muszą jed­nak poka­zy­wać, że ich klu­czowe pro­gramy, jądrowy i rakie­towy, postę­pują. Gdy KRLD zbli­żyła się do moż­li­wo­ści skon­stru­owa­nia ładun­ków jądro­wych, pro­gram rakie­towy nabrał nowego zna­cze­nia – tylko z poci­skami bali­stycz­nymi, jako ich nosi­cie­lami, broń jądrowa staje się prze­ko­nu­ją­cym argu­men­tem, zapew­nia­ją­cym reżi­mowi Kim Dzong Una nie­mal cał­ko­witą nie­ty­kal­ność na forum mię­dzy­na­ro­do­wym, a to jest nie­wąt­pli­wie naj­więk­sze marze­nie dyna­stii Kimów.
Do dziś nie ma jasno­ści co do tego, kto prze­ka­zał KRLD tech­no­lo­gię pro­duk­cji nie­skom­pli­ko­wa­nych rakiet bali­stycz­nych. Według jed­nej wer­sji zro­bił to w latach 60. ub.w. Związek Radziecki, aby stwo­rzyć lokalną prze­ciw­wagę dla rosną­cego poten­cjału mili­tar­nego Chińskiej Republiki Ludowej. W owym cza­sie Kim Ir Sen bar­dzo umie­jęt­nie wyko­rzy­sty­wał wro­gość mię­dzy oboma wiel­kimi sąsia­dami i „zała­twiał sobie” pomoc raz jed­nych, raz dru­gich. Nic więc dziw­nego, że drugą praw­do­po­dobną drogą uzy­ska­nia tech­no­lo­gii rakie­to­wych był trans­fer wła­śnie z ChRL. Trzecia moż­li­wość, to zakup rakiet i wyrzutni w kra­jach tzw. Trzeciego Świata, które wcze­śniej otrzy­mały je w ramach „bra­ter­skiej pomocy” z ZSRR i żmudne sko­pio­wa­nie ich bez dostępu do doku­men­ta­cji kon­struk­cyj­nej. We wszyst­kich trzech przy­pad­kach obiek­tem mogły być wyłącz­nie rakiety tej samej rodziny, czyli R-11 lub R-17 (8K11 lub 8K14), nale­żące do sys­temu rakie­to­wego Elbrus, czyli sław­nego Scuda. Są to rakiety jed­no­stop­niowe, z nie­od­dzie­la­jącą się gło­wicą, napę­dzane przez sil­nik na paliwo cie­kłe, wyma­ga­jący zasi­la­nia żrą­cym utle­nia­czem na bazie kwasu azo­to­wego, a więc nale­żące do pierw­szego poko­le­nia takiej broni. Ich zasięg wyno­sił od 150 do nie­spełna 300 km.
Koreańczycy naj­pierw zwięk­szyli ten zasięg do 300350 km, dzięki nie­wiel­kim mody­fi­ka­cjom leci­wej już wtedy kon­struk­cji i zmniej­sze­niu masy gło­wicy bojo­wej o połowę. Potem wydłu­żyli kadłub i zwięk­szyli pojem­ność zbior­ni­ków paliwa, dzięki czemu zasięg wzrósł do 450500 km. Kolejnym kro­kiem było skon­stru­owa­nie oddzie­la­ją­cej się w locie gło­wicy bojo­wej, przez co zasięg wzrósł o kolejne 100 km (zapewne „przy oka­zji” kolejny raz trzeba było zmniej­szyć masę gło­wicy). Natomiast próby zbu­do­wa­nia wer­sji dwu­stop­nio­wej, z wyko­rzy­sta­niem takiego samego sil­nika dla obu stopni, skoń­czyły się fia­skiem, podob­nie jak próba kom­bi­na­cji R-17 jako pierw­szego stop­nia i rakiety na stały mate­riał pędny 9M21/R-70 (rów­nież radziec­kiej pro­we­nien­cji i podob­nie sta­rej) jako dru­giego stop­nia.
Taki stan rze­czy utrzy­my­wał się de facto do lutego 2016 r., kiedy po raz pierw­szy bez­a­wa­ryj­nie prze­bie­gło wystrze­le­nie rakiety nośnej Unha-3, za pomocą któ­rej umiesz­czono na polar­nej orbi­cie nie­wiel­kiego sate­litę obser­wa­cyj­nego KMS-4. Następnym kro­kiem było wystrze­le­nie poci­sku Hwaseong-10 – jed­no­stop­nio­wego, jak R-17, ale znacz­nie więk­szego (sze­rzej w WiT 8/2016). Był to pocisk poka­zy­wany od 2010 r. pod­czas defi­lad w Pjongjangu w postaci uprosz­czo­nej, peł­no­wy­mia­ro­wej makiety na ory­gi­nal­nej wyrzutni (nośnik nie­mal iden­tyczny z tym z radziec­kiego sys­temu 15K645 Pionier, ale z urzą­dze­niami star­to­wymi będą­cymi powięk­szoną odmianą zasto­so­wa­nych w wyrzutni 9P117 sys­temu Elbrus). Pocisk jest napę­dzany sil­ni­kiem na paliwo cie­kłe, ale co naj­wy­żej bazuje on na kon­struk­cji napędu R-17. Co cie­kawe, zarówno Unhę, jak i Hwaseonga z powo­dze­niem wystrze­lono tylko raz, w obu przy­pad­kach po serii star­tów nie­uda­nych i poważ­nych awa­rii. Oznacza to, że pro­gramu prób w obu przy­pad­kach nie kon­ty­nu­owano, zado­wa­la­jąc się pro­pa­gan­do­wym suk­ce­sem.
  • Tomasz Szulc

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE