Czy NATO grozi rozpad? Podsumowanie szczytów w Brukseli i Helsinkach

Szczyt NATO byl wydarzeniem atrakcyjnym medialnie. Zdjecie, tzw. family photo z udziałem glow i szefow rzadow państw Sojuszu.

Szczyt NATO byl wydarzeniem atrakcyjnym medialnie. Zdjecie, tzw. family photo z udziałem glow i szefow rzadow państw Sojuszu.

W dniach 11–12 lipca w stolicy Belgii odbył się szczyt Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. W wydarzeniu tym wzięli udział przedstawiciele 49 państw i trzech organizacji międzynarodowych. Obecni byli m.in.: prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, kanclerz Niemiec Angela Merkel, prezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent RP Andrzej Duda. Według licznych komentarzy był to politycznie najgorętszy szczyt Sojuszu od wielu lat i stanowił element szerszej wizyty amerykańskiego przywódcy w Europie, która zakończyła się jego spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem 16 lipca w Helsinkach.

W przeciwieństwie do dwóch poprzednich szczytów NATO – w Newport w 2014 r. i w Warszawie w 2016 r., esencją tegorocznego spotkania nie były ustalenia pomiędzy sojusznikami, które w praktyce miały już miejsce przed szczytem i zeszły na drugi plan, ale osobista postawa i krytyka europejskich sojuszników ze strony prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już przed samym wydarzeniem wiadomym było, że amerykański przywódca nie będzie szczędził krytyki Europejczykom w związku z niskimi (choć w ostatnich latach wzrastającymi) wydatkami na obronność na Starym Kontynencie. Jednak to, co miało miejsce na samym szczycie przerosło obawy wielu, w tym samych doradców prezydenta. Cieniem na spotkaniu przywódców NATO kładł się również, planowany kilka dni później, bilateralny szczyt Stany Zjednoczone–Rosja w Helsinkach z udziałem przywódców obu państw. Jak się finalnie okazało, były to obawy uzasadnione, gdyż wydźwięk obu wydarzeń sprawiał wrażenie jakby to spotkanie Trumpa z Putinem było tym przyjacielskim, a szczyt w Brukseli z kilkudziesięcioma zachodnimi przywódcami wyglądał jak początek końca euroatlantyckiego sojuszu. Rzeczywiście, pod względem wymowy obu spotkań można wiele zarzucić prezydentowi Stanów Zjednoczonych, jednak owe zachowanie miało do spełnienia określone cele, które być może udało się Trumpowi osiągnąć. Co więcej, niezależnie od jego oratorskich występów, w polityce liczą się głównie czyny, a te ewidentnie nie są na rękę mieszkańcowi Kremla.

Trump na fali antyniemieckości

Atmosfera szczytu została w praktyce ustalona przez amerykańskiego przywódcę podczas porannego spotkania 11 lipca z sekretarzem generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem. Trump skrytykował Niemcy za wydawanie na obronność nieco ponad 1% PKB, podczas gdy Stany Zjednoczone 4,2% (wg danych NATO Berlin przeznacza 1,24% PKB, a amerykańskie wydatki są na poziomie 3,5%). W szczególności jednak dezaprobata wobec Berlina wynikała z powiązań Niemiec z Rosją w zakresie handlu surowcami energetycznymi. Amerykański prezydent stwierdził, że: Niemcy są całkowicie kontrolowane przez Rosję, ponieważ będą otrzymywać od 60% do 70% energii od Rosji w związku z nowym gazociągiem [chodzi o Nord Stream 2
– przyp. red.]. Na komentarz Angeli Merkel nie trzeba było długo czekać. Wskazała, że pamięta, jak część Niemiec znajdowała się pod kontrolą Związku Sowieckiego (obecna niemiecka kanclerz sama pochodzi z dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej) i jest zadowolona z faktu, że Niemcy są dziś zjednoczone w wolności jako Republika Federalna Niemiec. Dodała, iż jej państwo jest m.in. zaangażowane w Afganistanie, gdzie broni również amerykańskich interesów. Owa wymiana uprzejmości między przywódcami nie miała jednak negatywnego wpływu na niemiecko-natoamerykańskie spotkanie, które odbyło się później. Po jego zakończeniu Donald Trump stwierdził, że strony dyskutowały na temat wydatków obronnych i planowanego gazociągu oraz zaznaczył, iż: mają z kanclerz bardzo, bardzo dobre relacje, a Ameryka wspaniałe z Niemcami. Merkel z kolei dodała, że prowadzono rozmowy również na temat kwestii imigracyjnych i handlowych oraz liczy na to, że Stany Zjednoczone i Niemcy pozostaną partnerami. Nie sposób ocenić, jak w rzeczywistości wyglądało spotkanie Trumpa i Merkel, jednak po mocno dyplomatycznej wypowiedzi tej ostatniej można wnioskować, że nie było ono najbardziej udane i obie strony prawdopodobnie pozostały przy swoich stanowiskach.
Starcie z niemiecką kanclerz nie było jedynym trudnym momentem podczas brukselskiego szczytu NATO. Jak wynika z przecieków, które dochodziły do opinii publicznej, amerykański przywódca zagroził sojusznikom, że Stany Zjednoczone pójdą własną drogą w kwestii obronności, jeżeli pozostałe państwa natychmiast nie podniosą wydatków zbrojeniowych. Pomimo iż Jens Stoltenberg zaprzeczył postawieniu takiego ultimatum, dyskusja w tym tonie prawdopodobnie miała miejsce, nawet jeżeli dokładnie takie sformułowanie nie padło. W pewnym momencie do mediów przedostała się informacja o tym, że prezydent Stanów Zjednoczonych zażądał zwiększenia wydatków obronnych do 4% PKB, a na jednej z nieplanowanych konferencji prasowych oficjalnie stwierdził, że państwa NATO podjęły decyzję o: znaczącym zwiększeniu swoich zobowiązań, do poziomów, które wcześniej byłyby nie do pomyślenia. Na taką deklarację zareagował m.in. francuski prezydent Emmanuel Macron stwierdzając, iż komunikat szczytu jest jasny – potwierdza wcześniejsze zobowiązanie sojuszników do podniesienia wydatków na obronność do 2% PKB do 2024 r. Na ile ostra retoryka Donalda Trumpa była skuteczna w dyskusji na forum przywódców Sojuszu, przyjdzie zobaczyć podczas propozycji budżetów państw na 2019 r. Oczywiście, sam dalszy wzrost nakładów na obronność nie będzie dowodem na skuteczność amerykańskiego przywódcy, a dopiero podniesienie tych nakładów w sposób niespodziewanie wysoki będzie wskazówką, że polityka prowadzona w ten sposób daje rzeczywiste efekty.
Donald Trump, choć często posługuje się zmyślonymi danymi, w jednym ma rację – Europa wciąż wydaje za mało na obronę i korzysta z amerykańskiego parasola ochronnego, finansowanego przez tamtejszego podatnika. Oprócz Stanów Zjednoczonych, tylko jedno liczące się państwo Sojuszu przeznaczało na ten cel ponad 2% PKB i jednocześnie wydawało co najmniej 20% z tej puli na modernizację techniczną swoich sił zbrojnych. Tym państwem jest Wielka Brytania. Polska zaś jest o pół kroku od stania się trzecim aktorem w NATO spełniającym owe wytyczne Sojuszu. Jednocześnie jednak trwający od końca zimnej wojny spadkowy trend w wydatkach zbrojeniowych udało się zatrzymać i w latach 2015–2017 europejskie państwa NATO i Kanada wydały łącznie o 46 mld USD więcej na ten cel aniżeli w ostatnim roku spadków, tj. 2014. Co ważne, wzrost nakładów na obronę jest obecnie trendem stałym, choć trudno ocenić, jak długotrwałym. Amerykański prezydent nie ma również racji w kontekście wydatków państw Sojuszu na samo funkcjonowanie NATO. Stany Zjednoczone finansują tę organizację w 22% i chociaż jest to największa składka spośród wszystkich państw, to europejscy sojusznicy i Kanada finansują resztę – 78%, z czego niemal połowa tego wkładu (35%) pochodzi ze składek tylko trzech państw – Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Co więcej, mitem jest, że to Stany Zjednoczone są głównym gwarantem bezpieczeństwa Starego Kontynentu, a pozostali członkowie NATO „jadą na gapę”. Łączne wydatki obronne europejskich państw Sojuszu były w 2017 r. na poziomie niemal 240 mld USD, podczas gdy całościowe amerykańskie finansowanie bezpieczeństwa Europy opiewało w tym samym roku na kwotę nieco ponad 30 mld USD (więcej na temat amerykańskiego budżetu obronnego w WiT 3/2018). Jest to zaledwie 5% całości amerykańskich nakładów obronnych. Oczywiście, Europejska Inicjatywa Odstraszania (European Deterrence Initiative, EDI) jest w stałym trendzie wzrostowym i w roku podatkowym 2019 ma wynieść 6,5 mld USD, jednak jest to znacznie mniejsza zwyżka w porównaniu ze wzrastającymi wydatkami państw Europy. Należy również pamiętać, że Stany Zjednoczone przeznaczają znacznie więcej środków finansowych na swoje zagraniczne bazy wojskowe w miejscach, gdzie Europa niekoniecznie ma interesy lub nie pokrywają się one z amerykańskimi. Trudno oczekiwać, aby w takiej sytuacji Berlin, Paryż, Londyn, a nawet Warszawa zgadzały się z logiką Trumpa na temat niskich wydatków obronnych państw Starego Kontynentu i „jazdy na gapę”. Tym samym krytyka Europy za zbyt długie zaniedbywanie wydatków obronnych jest w pewnym sensie słuszna. Jednak jest też znacznym uproszczeniem rzeczywistości i nie uwzględnia szeregu spraw oraz czynników, które powodują takie a nie inne reakcje ze strony europejskich przywódców.

PrzemysŁ zbrojeniowy

 ZOBACZ WSZYSTKIE

WOJSKA LĄDOWE

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Wozy bojowe
Artyleria lądowa
Radiolokacja
Dowodzenie i łączność

Siły Powietrzne

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Samoloty i śmigłowce
Uzbrojenie lotnicze
Bezzałogowce
Kosmos

MARYNARKA WOJENNA

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Okręty współczesne
Okręty historyczne
Statki i żaglowce
Starcia morskie

HISTORIA I POLITYKA

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Historia uzbrojenia
Wojny i konflikty
Współczesne pole walki
Bezpieczeństwo
bookusertagmagnifiercrossmenulistfunnelsort-amount-asc