Radzieckie „czołgi rakie­towe”

  • Wojsko i Technika Historia numer specjalny 2/2020
Obiekt 775 i jego uzbrojenie były najbardziej zaawansowane spośród wszystkich radzieckich czołgów rakietowych i inaczej niż w przypadku pozostałych projektów, na jego losie zaważyły nie problemy z rakietą i aparaturą naprowadzania, a kłopoty z nośnikiem.

Obiekt 775 i jego uzbro­je­nie były naj­bar­dziej zaawan­so­wane spo­śród wszyst­kich radziec­kich czoł­gów rakie­to­wych i ina­czej niż w przy­padku pozo­sta­łych pro­jek­tów, na jego losie zawa­żyły nie pro­blemy z rakietą i apa­ra­turą napro­wa­dza­nia, a kło­poty z nośni­kiem.

Gdy w 1916 r. na polach bitew I wojny świa­to­wej poja­wiły się czołgi, oka­zało się, że nie ist­nieje sku­teczna broń do ich zwal­cza­nia. Wprawdzie pod koniec wojny zaczęto pro­du­ko­wać kara­biny prze­ciw­pan­cerne oraz mało­ka­li­browe armaty prze­ciw­czoł­gowe, ale ich lite poci­ski sta­lowe nie były zbyt sku­teczne. W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym poja­wiło się nowe narzę­dzie prze­bi­ja­nia pan­ce­rzy – był nim ładu­nek kumu­la­cyjny.

Początkowo ładunki tego typu trzeba było ręcz­nie usta­wiać na pan­ce­rzu, ale w cza­sie II wojny świa­to­wej zaczęto pro­du­ko­wać poci­ski prze­ciw­pan­cerne, uzbro­jone w takie ładunki. Ich zaletą była sku­tecz­ność, nie­za­leżna od pręd­ko­ści spo­tka­nia z celem (ina­czej, niż w przy­padku kla­sycz­nych poci­sków prze­ciw­pan­cer­nych). Główną wadą była nato­miast zależ­ność prze­bi­jal­no­ści od śred­nicy ładunku kumu­la­cyj­nego (im więk­sza śred­nica, tym więk­sza gru­bość prze­bi­ja­nego pan­ce­rza). Z tego powodu uży­wano ich głów­nie jako poci­sków nad­ka­li­bro­wych, odpa­la­nych z ręcz­nych wyrzutni – gra­nat­ni­ków prze­ciw­pan­cer­nych. Alternatywą było zasto­so­wa­nie dział bez­odrzu­to­wych, które mogły mieć lekką kon­struk­cję, mimo rela­tyw­nie dużego kali­bru. W obu przy­pad­kach poważne ogra­ni­cze­nie sta­no­wiła mała dono­śność (odpo­wied­nio: kil­ka­dzie­siąt i kil­ka­set metrów) i niska cel­ność.

Idealnym środ­kiem prze­no­sze­nia ładun­ków kumu­la­cyj­nych oka­zała się prze­ciw­pan­cerna rakieta kie­ro­wana. Pierwsze takie poci­ski, nazwane Rotkappchen (Czerwony Kapturek) skon­stru­owano w Niemczech w 1943 r. Miały zasięg 2000 m, a ope­ra­tor mógł kory­go­wać ich tra­jek­to­rię lotu w spo­sób na tyle dokładny, że mógł z wyso­kim praw­do­po­do­bień­stwem tra­fić w poru­sza­jący się czołg.
Po woj­nie prze­ciw­pan­cerne poci­ski kie­ro­wane (ppk) zaczęto roz­wi­jać w kilku kra­jach, wzo­ru­jąc się na roz­wią­za­niach nie­miec­kich, a póź­niej dosko­na­ląc je. Pierwszymi uży­tymi bojowo były fran­cu­skie SS-10 i SS-11. Koncepcja ich wyko­rzy­sta­nia powie­lała idee nie­miec­kie – miała to być broń pie­choty, nada­jąca się do prze­no­sze­nia przez poje­dyn­czego żoł­nie­rza. Szybko oka­zało się jed­nak, że ist­nieje potrzeba prze­bi­ja­nia coraz grub­szych pan­ce­rzy, co ozna­cza wzrost kali­bru poci­sków, pod­czas gdy ocze­ki­wany wzrost ich zasięgu pociąga za sobą wzrost roz­mia­rów i masy sil­nika. Oznaczało to, że ppk kolej­nej gene­ra­cji będą zbyt duże i cięż­kie dla poje­dyn­czych pie­chu­rów. Dlatego też roz­wi­jano samo­bieżne wyrzut­nie poci­sków tego typu. Nie było jed­nak jasno­ści, jakiej kate­go­rii pojazdy powinny stać się bazą dla nich. Mogły to być samo­chody tere­nowe, samo­chody pan­cerne, kołowe lub gąsie­ni­cowe trans­por­tery opan­ce­rzone oraz cięż­kie pojazdy gąsie­ni­cowe.

Ta ostat­nia opcja sta­no­wiła kon­ty­nu­ację popu­lar­nych w cza­sie wojny dział samo­bież­nych – nisz­czy­cieli czoł­gów. Do ich budowy wyko­rzy­sty­wano układy jezdne, a czę­sto nie­mal nie­zmie­nione kadłuby czoł­gów, na któ­rych insta­lo­wano armaty prze­ciw­pan­cerne o kali­brze więk­szym, niż kali­ber armat czoł­go­wych, które mogły zmie­ścić się w obro­to­wych wie­żach. Np. na bazie kadłu­bów T‑34 z arma­tami kal. 76,2 mm budo­wano działa samo­bieżne SU-85 z arma­tami kal. 85mm, na bazie T‑34 z arma­tami 85 mm – SU-100, na bazie KW-85 – ISU-122, a na IS‑2 (z armatą kal. 122 mm) – ISU-152.

Rakietowy niszczyciel czołgów Obiekt 150 podczas prób.

Rakietowy nisz­czy­ciel czoł­gów Obiekt 150 pod­czas prób.

Pracowano także nad sil­niej opan­ce­rzo­nymi wozami, uzbro­jo­nymi w cięż­sze ppk. Najbardziej zaawan­so­waną kon­struk­cją był fran­cu­ski pocisk ACRA, któ­rego wyrzut­nia miała być mon­to­wana na nośniku, zuni­fi­ko­wa­nym z czoł­giem AMX-30 oraz trans­por­te­rem opan­ce­rzo­nym AMX-10M oraz ame­ry­kań­ski MGM-51A Shillelagh z wyrzut­niami na czołgu lek­kim M‑551 Sheridan i śred­nim M‑60A2. W obu przy­pad­kach pra­co­wano także nad nie­kie­ro­wa­nymi rakie­tami, odpa­la­nymi z tych samych wyrzutni i prze­zna­czo­nymi do raże­nia celów nie­opan­ce­rzo­nych. Wybiegając w przód warto wspo­mnieć, że pro­gram ACRA został wstrzy­many w 1974 r. przed przy­ję­ciem na uzbro­je­nie, a ame­ry­kań­ski docze­kał się pro­duk­cji seryj­nej w latach 1964 – 1966, a nawet epi­zo­dycz­nego zasto­so­wa­nia bojo­wego pod­czas wojny w Wietnamie (oraz podobno pod­czas ope­ra­cji „Pustynna Burza” w 1991 r.).

W ZSRR kon­cep­cja uzbro­je­nia czoł­gów w broń rakie­tową poja­wiła się w latach 30. ub. wieku, gdy nie ist­niały jesz­cze poci­ski kie­ro­wane. Z dzi­siej­szego punktu widze­nia pro­po­no­wane roz­wią­za­nia nale­żały do kate­go­rii sprzętu inży­nie­ryj­nego, prze­zna­czo­nego do nisz­cze­nia for­ty­fi­ka­cji. Przetestowano m.in. czołgi BT‑5 (TBT‑5) uzbro­jone w dwie szy­nowe wyrzut­nie z boków wieży, z któ­rych miano odpa­lać nie­kie­ro­wane rakiety o masie 250 kg i zasięgu 1800 m, nazy­wane wtedy tor­pe­dami powietrz­nymi. TBT‑5 prze­te­sto­wano pomyśl­nie w 1932 r. Później zapro­jek­to­wano znacz­nie ambit­niej­szą kon­struk­cję, w któ­rej w zmo­dy­fi­ko­wa­nej wieży miała być zain­sta­lo­wana jed­no­pro­wad­ni­cowa wyrzut­nia rakiet RS-132, zasi­lana z maga­zy­nów-ste­laży, umiesz­czo­nych w kadłu­bie i wieży. W cza­sie II wojny świa­to­wej pró­bo­wano znacz­nie prost­szych roz­wią­zań, m.in. zbu­do­wano pro­to­typ czołgu cięż­kiego KW, uzbro­jo­nego dodat­kowo w 8 wyrzutni RS-132, umiesz­czo­nych na błot­ni­kach. Ponieważ roz­rzut rakiet był bar­dzo duży prace prze­rwano, w odróż­nie­niu od alian­tów, któ­rzy pod koniec wojny mon­to­wali wie­lo­pro­wad­ni­cowe wyrzut­nie na wie­żach czoł­gów Sherman i z powo­dze­niem uży­wali ich do wspie­ra­nia ope­ra­cji desan­to­wych.

Dopiero po woj­nie w ZSRR powró­cono do kon­cep­cji uzbro­je­nia czoł­gów w broń rakie­tową, ale w innym celu. Uznano bowiem, że dal­szy wzrost siły raże­nia arty­le­ryj­skiego uzbro­je­nia czoł­gów jest nie­mal nie­moż­liwy, gdyż kla­syczne armaty kal. 152 mm i wię­cej mają tak dużą masę i tak silny odrzut, że nie da się ich zain­sta­lo­wać w wie­żach czoł­gów bez rady­kal­nego wzro­stu ich masy. Zastąpienie kla­sycz­nych poci­sków arty­le­ryj­skich rakie­to­wymi stwa­rzało moż­li­wość zastą­pie­nia cięż­kich, kla­sycz­nych armat ruro­wymi wyrzut­niami. Podczas strzału ciśnie­nie w takiej wyrzutni jest wie­lo­krot­nie niż­sze, niż w lufie, a więc ścianki wyrzutni mogą być cień­sze, zamek – znacz­nie lżej­szy, a opo­ro­pow­rot­nik – mniej­szy i słab­szy, o ile w ogóle jego insta­la­cja jest konieczna.
Bodźcem do prac w tym kie­runku był dostęp do nie­miec­kich poci­sków rakie­to­wych, sta­bi­li­zo­wa­nych obro­towo, dzięki uko­śnemu usta­wie­niu dysz sil­nika. Pociski takie nazy­wano wów­czas w ZSRR tur­bo­od­rzu­to­wymi, choć ich sil­niki nie miały nic wspól­nego z lot­ni­czymi tur­bi­no­wymi sil­ni­kami odrzu­to­wymi. Pociski takie nie musiały posia­dać powierzchni aero­dy­na­micz­nych, więc ide­al­nie nada­wały się do odpa­la­nia w wyrzutni ruro­wych.

W 1947 r. Komitet Naukowo-Techniczny przy Ministerstwie Przemysłu Obronnego wśród per­spek­ty­wicz­nych zagad­nień wymie­nił opra­co­wa­nie łado­wa­nej odtyl­cowo wyrzutni rakiet nie­kie­ro­wa­nych kal. 350 – 400 mm zain­sta­lo­wa­nej w wozie bojo­wym. Z róż­nych przy­czyn prace teo­re­tyczne w tym zakre­sie były pro­wa­dzone mało inten­syw­nie aż do 1956 r., kiedy na pole­ce­nie mini­stra W. Małyszewa sprawą zajął się insty­tut NII-100 i OKBT LKZ (Samodzielne biuro kon­struk­cji czoł­gów lenin­gradz­kiej fabryki kirow­skiej) Ż. Kotina.

Pierwszy pro­jekt jako bazę wyko­rzy­sty­wał czołg lekki PT-76 – Obiekt 280 miał nie zmie­niony kadłub z ukła­dem jezd­nym i napę­do­wym, a zamiast wieży z armatą kal. 76,2 mm zamie­rzano zamon­to­wać na nim plat­formę z wyrzut­nią rakiet, skła­da­jącą się z 16 ruro­wych pro­wad­nic kal. 140 mm dla pro­du­ko­wa­nych seryj­nie rakiet M‑14OF (odpa­la­nych nor­mal­nie z wie­lo­pro­wad­ni­co­wej wyrzutni BM-14 na nośniku samo­cho­do­wym). Zaprojektowano więc w ten spo­sób wie­lo­pro­wad­ni­cową, arty­le­ryj­ską wyrzut­nię rakiet nie­kie­ro­wa­nych, nada­jącą się do zwal­cza­nia ogniem pośred­nim celów powierzch­nio­wych. Zbudowano nawet pojazd z dzia­ła­jącą makietą wyrzutni, który pod­dano pró­bom na początku 1957 r.

Po uświa­do­mie­niu sobie błę­dów w zało­że­niach kon­struk­to­rzy prze­rzu­cili się ze skraj­no­ści w skraj­ność i jako bazę przy­jęli czołg ciężki T‑10M, dla któ­rego pla­no­wano opra­co­wa­nie nowej wyrzutni i nowego, dedy­ko­wa­nego poci­sku. W mię­dzy­cza­sie powstał jesz­cze wstępny pro­jekt lek­kiego Obiektu 281 z uzbro­je­niem rakie­to­wym, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wano, że nawet T‑10M nie jest wystra­cza­jąco per­spek­ty­wiczną bazą.

Zanim jed­nak poja­wił się odpo­wiedni nośnik, posta­no­wiono testo­wać wyrzut­nie rakiet na już ist­nie­ją­cej kon­struk­cji – jako bazę wybrano działo samo­bieżne ISU-152, czyli Obiekt 241. Najpierw wypró­bo­wano na nim wyrzut­nię ZPU-140 – 1 dla rakiet M‑14, a póź­niej ZPU-82 dla poci­sków PG-82. Próby poli­go­nowe wyka­zały, że o ile wyrzut­nie dzia­łają popraw­nie, to zarówno zasięg, jak i cel­ność rakiet są nie­za­da­wa­la­jące. Lepsze osiągi miał zapew­nić pocisk TRS-132, ale jego wstępne próby prze­bie­gały powoli.

Niezależnie od tego zapro­jek­to­wano „rakie­towe” wer­sje kilku naj­now­szych wozów bojo­wych. Największe nadzieje wią­zano z Obiektem 279 (WiTH 4/2019). Zamiast armaty kal. 130 mm, w wieży o nie­zmie­nio­nej kon­struk­cji chciano zamon­to­wać auto­ma­tyczną wyrzut­nię dla poci­sków TRS-152 kal. 152 mm. Miała być ona zasi­lana z bęb­no­wego podaj­nika dla 6 rakiet, zapew­nia­ją­cego szyb­ko­strzel­ność 9 – 12 strz./min (dwu­krot­nie więk­szą, niż z armaty M‑65). Kolejnych 50 rakiet miało znaj­do­wać się w zme­cha­ni­zo­wa­nych maga­zy­nach, a łączny zapas amu­ni­cji miał wyno­sić 102 rakiety w porów­na­niu do 40 nabo­jów kal. 130 mm dla armaty M‑65. Na doda­tek masa wozu z kom­ple­tem amu­ni­cji miała zmniej­szyć się o 1,3 t, a każda rakieta miała zwie­rać pra­wie dwu­krot­nie wię­cej mate­riału kru­szą­cego, niż pocisk arty­le­ryj­ski (6,25 wobec 3,3 kg).

Alternatywnym uzbro­je­niem miała być wyrzut­nia rurowa kal. 240 mm. Cztery rakiety do szyb­kiego łado­wa­nia miały znaj­do­wać się w pozio­mym, zme­cha­ni­zo­wa­nym maga­zy­nie, ich poda­wa­nie miało się odby­wać za pomocą łań­cu­cho­wego dosy­ła­cza. Magazyn miał być uzu­peł­niany z pio­no­wego trans­por­tera, z 14 rakie­tami. Kolejne 22 roz­miesz­czono w uchwy­tach w wieży i kadłu­bie. Ręczne uzu­peł­niane trans­por­tera było jed­nak pro­ble­ma­tyczne, ponie­waż rakieta ważyła 80 kg. Natomiast jej siła raże­nia była potężna za sprawą 20-kilo­gra­mo­wego ładunku kru­szą­cego. Załogę wozu pla­no­wano zmniej­szyć do 3 ludzi.

  • Tomasz Szulc

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE