W przededniu sowieckiej agresji 1939 r.

Prawdziwy obraz niemieckiej armii: piechota maszerująca pieszo i artyleria o ciągu konnym, bohatersko szarżująca na wroga.

W przededniu-sowieckiej-agresji-1939-r. Prawdziwy obraz niemieckiej armii: piechota maszerująca pieszo i artyleria o ciągu konnym, bohatersko szarżująca na wroga.

Niemcy nazwali kampanię polską 1939 r. „wojną 17-dniową”. Faktycznie: po 17 września Wehrmacht starał się unikać walk z Wojskiem Polskim, które albo próbowało ujść do państw neutralnych, albo rozwiązywało swoje formacje. Jaki był jednak stan faktyczny polskiej armii „ostatniego” dnia „wojny 17-dniowej”? Czy rzeczywiście Wojsko Polskie było zniszczone?

Chociaż o kampanii 1939 r. napisano dziesiątki tysięcy tekstów, to trudno wśród nich znaleźć analizę kondycji Wojska Polskiego w przededniu sowieckiej agresji. Jest tak z kilku powodów. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej badania naukowe nad kampanią 1939 r. były kwestią polityczną, więc prowadziły je wyłącznie „zaufane” instytucje podległe Głównemu Zarządowi Politycznemu WP. O sowieckiej agresji nie wspominano tam ze zrozumiałych względów. Autorzy książek o 1939 r. wywodzący się ze środowisk kombatanckich także nie mogli pisać o 17 września – pilnowała tego cenzura (były także inne sposoby kontroli nad bezpartyjnymi autorami: zamknięcie dostępu do archiwów, tzw. nadzór „naukowy” oraz przedłużanie procesu wydawniczego nawet przez kilkanaście lat). Poza granicami PRL temat ten również nie był podnoszony – przede wszystkim dlatego, że wobec ciężkiej sytuacji ekonomicznej badania były utrudnione, poza tym dużo więcej uwagi poświęcano wydarzeniom z późniejszych lat, które miały dla wychodźstwa polskiego o wiele większe znaczenie.

Oprócz przyczyn politycznych i ekonomicznych bardzo istotny jest też brak materiałów źródłowych. W momencie, w którym rozpada się kompania czy pułk, mało który szef kompanii czy kwatermistrz ma czas na ewidencjonowanie żołnierzy. Ze względu na brak źródeł ewidencyjnych zbierano po 1939 r. relacje od oficerów. Dość dokładnie przedstawione są wydarzenia bezpośrednio dotyczące relanta, jeśli jednak chodzi o straty, to były one podawane bardzo nieprecyzyjnie. Najczęściej ograniczano się do stwierdzenia: „straty pułku musiały być duże, wyniosły co najmniej kilkuset żołnierzy, oficerów także poległo wielu, ale nie mogę określić ilu, podczas mobilizacji przybyli bowiem do pułku nowi, nieznani mi...”

Nieco wyidealizowany obraz Wojska Polskiego: piechota w nowych mundurach maszerująca ze śpiewem na ustach. Odwrót we wrześniu 1939 r. odbywał się w dużo trudniejszych warunkach.

Nieco wyidealizowany obraz Wojska Polskiego: piechota w nowych mundurach maszerująca ze śpiewem na ustach. Odwrót we wrześniu 1939 r. odbywał się w dużo trudniejszych warunkach.

Warto przyjrzeć się bliżej jednej z takich relacji. Jej autorem był szef Sztabu Naczelnego Wodza, generał Wacław Stachiewicz (wydano ją w formie książkowej w Warszawie, w 1998 r., pt. „Wierności dochować żołnierskiej”). Szczególnie interesujące jest zestawienie sytuacji polskich związków taktycznych 15 września 1939 r. Wedle szefa Sztabu Naczelnego Wodza dysponowano wówczas 26 dywizjami piechoty oraz 6 brygadami kawalerii. Generał Stachiewicz uznał za rozbite 14 dywizji piechoty i 7 brygad kawalerii. Dziś wiemy, że znacznie się mylił: duża część tych rzekomo rozbitych formacji nie została zniszczona, a w kolejnych dniach odbudowano niemal wszystkie „rozbite” brygady kawalerii i wiele spośród rzekomo zniszczonych dywizji piechoty (13. Dywizja Piechoty została nawet odtworzona w dwóch miejscach).

Jaka więc rzeczywiście była kondycja polskiej armii w przededniu sowieckiej agresji?

Czym było Przedmoście Rumuńskie?

Przed 1 września Niemcy wyznaczyli sobie dwa cele w wojnie z Rzeczpospolitą: rozprawienie się z nią bez interwencji Wielkiej Brytanii i Francji oraz rozbicie Wojska Polskiego na zachód od Wisły. Cele nie zostały zrealizowane: zdecydowany opór podjęty przez Polaków wymusił na aliantach wypowiedzenie wojny III Rzeszy, a rozpoczęty w porę odwrót uniemożliwił Wehrmachtowi zniszczenie Wojska Polskiego. Niemcy rozpoczęli pościg, ale polskie uderzenie nad Bzurą doprowadziło do sytuacji, w której – po 11 września – kontynuowała go jedynie 14. Armia. Wojsko Polskie zrealizowało zatem swoje cele polityczne i strategiczne, jednak zapłaciło za to wysoką cenę i musiało zostać zreorganizowane na wschodzie kraju.

Niemcy długo przygotowywali operację zdobycia mostów w Tczewie. Nie tylko nie zdołali tego uczynić, ale nie byli nawet w stanie powstrzymać Polaków przed wtargnięciem na terytorium niemieckie (gdańskie) i zniszczenia tczewskich mostów.

Niemcy długo przygotowywali operację zdobycia mostów w Tczewie. Nie tylko nie zdołali tego uczynić, ale nie byli nawet w stanie powstrzymać Polaków przed wtargnięciem na terytorium niemieckie (gdańskie) i zniszczenia tczewskich mostów.

Ostatnim bastionem obronnym Wojska Polskiego miała być południowo-wschodnia część Rzeczypospolitej. Jego zapleczem była życzliwa Rumunia, przez którą można było utrzymywać łączność z Francją i Wielką Brytanią. Tu decydować się miały losy Rzeczypospolitej. Po opanowaniu przez Niemców Przedmościa Rumuńskiego zniszczenie pozostałych polskich ośrodków oporu było już jedynie kwestią czasu. (Inną sprawą jest to, że Niemcy byli na tyle dalekowzroczni, by zorientować się w strategicznym znaczeniu Przedmościa Rumuńskiego i nie planowali uderzenia w jego kierunku.)

Przedmoście to rejon na nieprzyjacielskim brzegu rzeki opanowany przez wojska własne. Przedni skraj wybierany jest w odległości nie pozwalającej prowadzić przez nieprzyjaciela artyleryjskiego ognia obserwowanego na powierzchnię wody i stworzenia tym samym warunków do przeprawy na przeciwległy brzeg dalszych sił i środków w celu rozwinięcia natarcia. Podczas wycofania utrzymywanie przedmościa umożliwia wyprowadzenie wojsk za przeszkodę wodną.

Zbombardowany przez Luftwaffe Wieluń nie jest przykładem niemieckiego bestialstwa, tylko źle wykonanego zadania: zamiast rozbić polską brygadę kawalerii zniszczono miasto i zabito cywilów.

Zbombardowany przez Luftwaffe Wieluń nie jest przykładem niemieckiego bestialstwa, tylko źle wykonanego zadania: zamiast rozbić polską brygadę kawalerii zniszczono miasto i zabito cywilów.

Zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza z 11 września 1939 r. zamierzano skoncentrować Wojsko Polskie na bliżej nieokreślonym obszarze Małopolski Wschodniej, „by połączenia z Rumunią były utrzymane”. Nieco dokładniej teren określił dowódca Frontu Południowego, generał Kazimierz Sosnkowski: od zachodu i północy miał być ograniczony linią biegnącą od źródeł Dniestru do Lwowa i dalej zakręcającą w stronę Krzemieńca. Generał Sosnkowski uznał, że warunkiem sukcesu będzie utrzymanie się Lwowa przez dwa tygodnie (do 25 września). Odleciał zatem do Armii „Małopolska”, żeby uniemożliwić Niemcom zdobycie miasta, pozostawiając resztę obowiązków innym. Na całe szczęście wykazali się oni większą inicjatywą.
Jeszcze zanim Wódz Naczelny wydał rozkaz o koncentracji w Małopolsce Wschodniej, obszar ten zaczął być umacniany przez generała Tadeusza Kasprzyckiego. To właśnie jemu – jako ministrowi spraw wojskowych – podlegał tzw. „obszar krajowy”. (Na „obszarze operacyjnym” toczyły się walki i podlegały one dowódcom armii.) 9 września minister rozpoczął organizowanie z żandarmerii, policji oraz kompanii asystentacyjnych szeregu barier, mających służyć do zatrzymania i zorganizowania maruderów i dezerterów uchodzących na wschód. Bariera taka została rozpostarta między innymi wzdłuż rzeki Stryj – jednego z prawych dopływów Dniestru. Wyznaczono ją nie dlatego, że Stryj miał jakieś większe znaczenie taktyczne niż pozostałe dopływy Dniestru, tylko dlatego, że rzeka ta... stanowiła granicę pomiędzy okręgami korpusów: X (przemyskim) na zachodzie a VI (lwowskim) na wschodzie. Jako że linia górnego Dniestru została przekroczona przez Niemców już 11 września (nb. bez żadnych negatywnych dla Polaków konsekwencji), tak więc w kolejnych dniach – 13 września – leżący dalej na wschód Stryj stał się główną pozycją obronną. (13 września podjęto bowiem decyzję o uznaniu za obszar operacyjny całej Rzeczypospolitej.)

W tym dniu marszałek Edward Śmigły-Rydz podjął również inne decyzje. Do tej pory w Naczelnym Dowództwie dość optymistycznie patrzono na sytuację, uważano, że front utrzyma się na Polesiu i Lubelszczyźnie, na Wiśle i Sanie. 13 września przeważyło myślenie skrajnie pesymistyczne: linię obronną wyznaczono na linii rzek Stryj i Dniestr, ale wojska miały iść jeszcze dalej. Te z północy miały ewakuować się po Linii Tarnopol–Sniatyń, a z zachodu – po linii Lwów–Kołomyja. Sniatyń i Kołomyja to miasta leżące nad Prutem. Rzeka ta była obwodem półkola o promieniu 30 km, którego średnicę stanowiła rumuńska granica. To właśnie tutaj miał znajdować się ostatni polski bastion. Były to tereny trzech powiatów, około 2000 kilometrów kwadratowych zamieszkałych przez blisko 200 000 ludzi.

W ten sposób wyznaczono niejako trzy kręgi Przedmościa Rumuńskiego. Pierwszy, zewnętrzny, ograniczony był linią górnego Dniestru do Lwowa i dalej zakręcał w stronę Krzemieńca. Drugi – przyjęty w polskiej literaturze jako „Przedmoście Rumuńskie”, co nie jest terminem właściwym merytorycznie – biegł rzeką Stryj do Dniestru i dalej na wschód. Wreszcie trzeci, wzdłuż Prutu, był ostatnim polskim bastionem i stanowił faktyczne przedmoście granicznej rzeki Czeremosz.

Przedmoście Rumuńskie było więc nie tylko bardzo nieprecyzyjnym terminem, ale miało też dla dowódców Wojska Polskiego dużo mniejsze znaczenie, niż mu się dziś przypisuje. Było jednym z wielu pojawiających się pomysłów, a jego sława wynika z tego, że było pomysłem ostatnim przed sowieckim najazdem. Po bardzo pesymistycznym 13 września nadszedł bardzo optymistyczny wieczór 16 września, więc być może już 17 września zdecydowano by się na znaczne rozszerzenie bronionego terytorium. Być też może, że obroną objęto by teren znacznie mniejszy. Pole manewru marszałka Śmigłego-Rydza i jego sztabu zwiększało się, tym bardziej, że możliwości Niemców stawały się coraz bardziej ograniczone.

Na Przedmościu

Załogą Przedmościa Rumuńskiego formalnie dowodził generał Kazimierz Fabrycy wraz ze sztabem Armii „Karpaty”. Gros jego sił stanowiła Grupa „Stryj”, czyli kilkanaście słabych liczebnie batalionów piechoty sukcesywnie wzmacnianych zarówno artylerią, jak i personelem – a także 21. batalionem czołgów lekkich. Grupa strzegła Przedmościa od zachodu, a jej przeciwnikiem były oddziały niemieckiej 57. Dywizji Piechoty, mającej za zadanie osłaniać niemiecki atak na Lwów. Północną rubież Przedmościa dozorowała bardzo słaba Grupa „Dniestr”, a obsadę granicy stanowiły karpackie baony KOP. W skład Armii „Karpaty” wejść miała także zmechanizowana 10. BK. Bez niej Armia „Karpaty” liczyła około 17 000 żołnierzy.

Na terenie VI Okręgu Korpusu – czyli na zapleczu Armii „Karpaty” – schronienie znalazło 38 ośrodków zapasowych, w tym: 9 OZ artylerii, 3 kawalerii, po 2 broni pancernej, łączności, taborów, intendentury oraz po jednym żandarmerii, służby zdrowia i weterynarii. Obecnych było także 13 dywizyjnych ośrodków zapasowych:
2., 4., 6., 7., 11., 12., 14., 21., 22., 23., 24., 25., oraz 28. dywizji piechoty. Przeciętnie liczyły one po kilka tysięcy umundurowanych szeregowych oraz stu-dwustu oficerów. Chociaż w połowie września niemal zupełnie brakowało uzbrojenia ciężkiego i niewiele było uzbrojenia strzeleckiego, to jednak materiały te zdążały pociągami ewakuacyjnymi. Formowanie batalionów piechoty zależało od dostarczenia broni maszynowej i było kwestią dni. Ośrodki zapasowe brygad kawalerii były w stanie wystawić po pułku kawalerii – i pułki takie organizowano w przeciągu godzin od dotarcia do miejsca dyslokacji i otrzymania rozkazów (potrzeba taka zachodziła w związku z koniecznością pacyfikowania wystąpień piątej kolumny). W sumie na obszarze Przedmościa Rumuńskiego stacjonowało około 200 000 polskich żołnierzy, uzbrojonych w ponad setkę dział – dużą część stanowiła artyleria przeciwlotnicza – oraz kilkadziesiąt czołgów.
Na północ od Armii „Karpaty”, na Wołyniu, również przebywały liczne ośrodki zapasowe piechoty, kawalerii i artylerii. Ich liczba była płynna, odchodziły one bowiem na południe, ale były też wyznaczone stałe punkty koncentracji i oporu. 17 września przebywało tam 11 dywizyjnych OZ: 3., 9., 10., 13., 15., 16., 17., 18., 22., 26., 27. Największe zgrupowania – mniej więcej o sile dywizji piechoty każde – znajdowały się w Kowlu, Łucku, Włodzimierzu Wołyńskim oraz Tarnopolu. Były one co prawda niezorganizowane, ale dysponowały sporymi zapasami amunicji oraz uzbrojeniem z nieodległych składnic i magazynów. Na terenie tym – w Łucku – stacjonował również 2. batalion pancerny. Siły te podlegały generałowi Mieczysławowi Ryś-Trojanowskiemu, dowódcy ewakuowanego z Warszawy I DOK. Trudno szacować ich liczebność, ale sięgała ona – a najprawdopodobniej przewyższała – 100 000.

Bardzo silna była załoga Lwowa, stanowiącego niejako przedpiersie Przedmościa. Gros broniących miasta sił stanowiły doskonałe formacje: zmechanizowana 10. Brygada Kawalerii oraz 35. DP (dywizja „rezerwowa”, mobilizowana na Wileńszczyźnie przez pułki legionowe i KOP), a także grodzieńska Grupa Forteczna (9 batalionów – z bronią zespołową, ale bez artylerii). Uzupełniały je małopolskie bataliony zapasowe i bataliony marszowe z innych rejonów kraju, stanowiące równowartość kolejnej dywizji (dobrze wyposażone w artylerię). W sumie siły te – bez 10. BK – stanowiły około 30 batalionów piechoty wyposażonych w około 150 dział i liczyły 50 000 żołnierzy.

W stronę Przedmościa zmierzały trzy polskie fronty: Front Północny generała Stefana Dęba-Biernackiego, Front Środkowy generała Tadeusza Piskora oraz Front Południowy generała Kazimierza Sosnkowskiego.

Front Południowy

17 września Front Południowy składał się z trzech odrębnych związków operacyjno-taktycznych: obsady Przedmościa Rumuńskiego określonej jako Armia „Karpaty”, silnej załogi Lwowa oraz Armii „Małopolska” dowodzonej bezpośrednio przez dowódcę Frontu – generała Kazimierza Sosnkowskiego. Jego siły liczyły trzy dywizje piechoty: 11., 24. i 38.

W momencie przejęcia dowództwa przez generała Sosnkowskiego sytuacja Armii „Małopolska” była bardzo zła, udało mu się jednak przeprowadzić odwrót, odniósł nawet głośne propagandowo zwycięstwo pod Jaworowem. Rzekomo rozbito tam pułk SS „Germania”, rzekomo nigdy go nie odbudowano, rzekomo jego dowódcę zdegradowano, rzekomo nazwę pułku skazano na wymazanie z niemieckich annałów. Faktycznie zaś rozbito jedynie jednostki tyłowe pułku, jego dowódca – Karl Demelhuber – dowodził później wieloma korpusami Waffen-SS, dosłużył się wysokiego stopnia SS-Grupenführera, a pułk stał się bazą organizacyjną dla „germańskiego” korpusu SS. Zwycięstwo podniosło jednak morale Polaków, których kolejnym zadaniem miało być przyjście na odsiecz Lwowowi. Było to zresztą niezgodne z rozkazem naczelnego wodza, który polecił generałowi Sosnkowskiemu ominąć miasto od południa i jak najszybciej podążać na przedmoście rumuńskie.

Prawdziwy obraz niemieckiej armii: piechota maszerująca pieszo i artyleria o ciągu konnym, bohatersko szarżująca na wroga.

Prawdziwy obraz niemieckiej armii: piechota maszerująca pieszo i artyleria o ciągu konnym, bohatersko szarżująca na wroga.

Generał Sosnkowski postanowił skoncentrować swoje rozciągnięte siły w Lasach Janowskich. Awangarda była oddalona od Lwowa o 10 km, ariergarda zaś – o blisko 40 km. 11. Karpacka DP dysponowała wówczas sześcioma baonami w trzech pułkach (pozostałe trzy baony oderwały się od dywizji) i niemal całą artylerią dywizyjną (jeden z dyonów lekkich walczył w GO „Boruta”). 24. DP dysponowała jednym pułkiem macierzystym, jednym „kombinowanym” powstałym z batalionów zbiorczych (czyli resztek dwóch zdezorganizowanych pułków) oraz 155. pułkiem piechoty z 45. DP. W sumie było to 6 batalionów piechoty i ponad połowa artylerii dywizyjnej. W 38. DP funkcjonowały dowództwa trzech pułków, którym podlegało – przynajmniej nominalnie – 9 baonów.

aktycznie zaś sytuacja była płynna: trzy baony zostały rozproszone we wcześniejszych dniach i reorganizowano je. Na uwagę zasługuje fakt, że dywizja była formowana na Wołyniu przez KOP i miała bardzo niewielu żołnierzy pochodzących z mniejszości narodowych, a także to, że artyleria dywizyjna składała się z jednego dywizjonu lekkiego (dwa walczyły we Lwowie) oraz dwóch dyonów ciężkich. W sumie generał Sosnkowski dysponował blisko 20 baonami piechoty i ponad 70 działami. Za wojskiem ciągnęło również kilkanaście tysięcy maruderów – zarówno taborytów, jak i żołnierzy oderwanych od macierzystych formacji oraz z ewakuowanych ośrodków zapasowych. Dowódca 11. DP, generał Prugar-Ketling, tak opisał jeden z nich – ośrodek zapasowy z V DOK, liczący 600 ludzi i 400 koni: kręcił się po naszych tyłach, tarasował drogi, ściągał ogień niemieckich lotników, rozpraszał się wywołując panikę, po czym zbierał się znowu, rzecz dziwna, w coraz większej liczbie no i w coraz większym bałaganie.

Od zachodu za Polakami posuwały się dwa pułki niemieckiej 7. DP, powstrzymywane przez 11. DP oraz 38. DP. W kierunku Lwowa walczyła 24. DP – jej zadaniem było związanie niemieckiej 1. Dywizji Górskiej – słabej liczebnie i osamotnionej, ale działającej bardzo aktywnie. 17 września kryzys wydawał się być zażegnany, niemieckie parcie z zachodu i południa zostało powstrzymane. Następnego dnia zgrupowanie generała Sosnkowskiego miało uderzyć bezpośrednio na Lwów, przebijając się od północy do miasta. Ilu żołnierzy mógłby przyprowadzić do Lwowa generał Sosnkowski? W czasie walk toczonych na przedpolu Lwowa Niemcy wzięli do niewoli 34 tys. polskich żołnierzy. Kilkuset przebiło się do miasta. Znacznej liczbie – kilku, może nawet kilkunastu tysiącom – udało się uniknąć niewoli i wrócić do domu, lub przekroczyć granicę Węgier. W sumie Armia „Małopolska” liczyła ponad 50 000 żołnierzy, choć znaczna ich część była maruderami.

Jednak o świcie 18 września do dowództwa dotarł meldunek lotniczy o wkroczeniu Sowietów, a następnie – jak wspominał generał Sosnkowski – wiadomości o przekroczeniu granicy polskiej przez armie sowieckie [...] dotarły jakimś sposobem do wojska i rozeszły się lotem błyskawicy, wywołując zrozumiałe przygnębienie. Załamali się nie tylko szeregowi żołnierze, ale także oficerowie – major S. [...] wypowiedział jawnie posłuszeństwo dowódcy dywizji i odmaszerował samowolnie ze swym batalionem, oświadczając, że idzie poddać się Niemcom. 19 września po południu generał Sosnkowski podjął mimo wszystko próbę przebicia się do Lwowa. Jednak nie zdołał zrealizować tego celu. Postanowił zatem maszerować dalej na wschód. 20 września spośród kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, którymi dysponował jeszcze 17 września, zostało przy nim tysiąc, mniej więcej, bagnetów. Po nocnym marszu jego kolumna liczyła już tylko 500 ludzi. Wreszcie, gdy przyszło ruszyć w ostatni etap drogi, w miejscu, gdzie [...] zostawiliśmy kolumnę, nikogo już nie było. Grupa generała Sosnkowskiego nie tyle została rozbita w boju czy otoczona i zmuszona do poddania się, tylko rozeszła się do domów.

Front Środkowy

Zanim jeszcze generał Sosnkowski ruszył z odsieczą do Lwowa, rozpoczęła się inna bitwa przebojowa – pod Tomaszowem Lubelskim. Walczył tam Front Środkowy generała Tadeusza Piskora. Jego zadaniem także było przebicie się do Lwowa. Chociaż dowódcą całości został generał Tadeusz Piskor, to większość sił stanowiły wojska Armii „Kraków” generała Antoniego Szyllinga. Walczono w trzech ugrupowaniach: dwóch „krakowskich” grup operacyjnych (nazwanych od ich dowódców „Jagmin” i „Boruta”) oraz części Armii „Lublin” (większość jej wojsk odeszła do Frontu Północnego).

GO dowodzona przez generała Jana Jagmina-Sadowskiego składała się – oprócz pododdziałów dyspozycyjnych – z dwóch śląskich dywizji: 23. DP oraz 55. DP. Ze względu na miejsce formowania i stawiane im początkowe zadania były to formacje wyjątkowe, zarówno ze względu na dobór żołnierzy, jak i wysokie morale. Wedle słów dowódcy 23. DP – pułkownika dyplomowanego Władysława Powierzy – jeszcze 20 września 23. DP była w pełnym stanie organizacyjnym. Miała nawet o jeden dywizjon artyleryjski (dołączony) więcej. Stany kompanii po ok. 100 ludzi. W przededniu bitwy tomaszowskiej kondycja dywizji była jeszcze lepsza, dwa z jej trzech pułków zostały bowiem uzupełnione przez wchłonięcie własnych batalionów marszowych napotkanych podczas odwrotu. Ten trzeci poniósł straty w sile żywej, ale wciąż miał pełne stany broni zespołowej. (W składzie dywizji był również nadliczbowy wzmocniony baon forteczny). 55. DP – w teorii „dywizja rezerwowa” utworzona z batalionów Obrony Narodowej – była w rzeczywistości formacją elitarną. Określenie „rezerwowa” oraz „baony Obrony Narodowej” były bowiem kryptonimami mającymi zamaskować fakt, że ten związek taktyczny stanowił obsadę umocnień śląskich, więc wszyscy żołnierze byli specjalnie dobierani pod względem walorów moralnych oraz narodowości. Z jednego pułku pozostał jedynie batalion zbiorczy, dwóm pozostałym podlegało sześć baonów o niepełnych jednak stanach. Dywizji podporządkowano również baon 163. pp – z KOP – oraz cztery bataliony strzelców podhalańskich i dyon artylerii z rozbitej 21. DPGór (formalnie podlegały one 3. pułkowi strzelców podhalańskich.)

GO dowodzona przez generała Mieczysława Borutę-Spiechowicza składała się z 6. DP oraz grupy fortecznej Oddziału Warownego „Śląsk”. Ta druga formacja składała się z 3 baonów fortecznych (początkowo niemal dwakroć liczniejszych od zwykłych batalionów, dobrze wyszkolonych i uzbrojonych), dwóch baonów asystentacyjno-wartowniczych (słabszych i gorzej wyposażonych) oraz 4 baonów strzelców podhalańskich i dyonu artylerii z rozbitej 22. DPGór (formalnie podlegały 2. psph). Podstawowy związek taktyczny GO „Boruta” – 6. DP – został rozbity w pierwszych dniach wojny, a następnie odbudowany przy wykorzystaniu zasobów pokojowych garnizonów oraz składnicy uzbrojenia w Kłaju. 17 września dywizja dysponowała 9 baonami i niemal całą artylerią lekką. GO „Boruta” nie dysponowała natomiast artylerią ciężką (mogła jednak liczyć na wsparcie artylerii armijnej).

Istniała jeszcze kolejna grupa z rozbitej 21 DPGór składająca się z dwóch baonów zbiorczych (jako 4. psph) oraz dwóch baonów z 201. pp (KOP) wraz z kilkunastoma działami artylerii lekkiej i górskiej. W ramach Armii „Kraków” działała też – samodzielnie – Krakowska Brygada Kawalerii, od której oderwał się jeden z pułków.

Formacje Armii „Lublin” dowodzone przez generała Piskora składały się z Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej oraz Grupy „Sandomierz”. Zrębem tej Grupy były 94. pp oraz 164. pp przeznaczone dla – odpowiednio – 39. DP i 36. DP. Oprócz tego w jej skład wchodził dyon artylerii lekkiej, pododdziały 12. DP oraz dwa baony, które podporządkowano jej podczas odwrotu. Do Grupy „Sandomierz” miały dołączyć trzy (niskiej jakości) bataliony wartownicze i marszowe ewakuowane ze Stalowej Woli. Warszawska Brygada Pancerno-Motorowa miała – oprócz dwóch baonów piechoty zmotoryzowanej – artylerię zmotoryzowaną, przeciwlotniczą oraz oddziały i pododdziały pancerne, w których było ponad 100 czołgów (w tym 36 czołgów lekkich). W sumie Front Środkowy – nie licząc kawalerii, drobnych pododdziałów marszowych, wartowniczych, asystentacyjnych, zakładowych – dysponował blisko 50 batalionami piechoty, ponad setką czołgów oraz ponad 200 działami. Wraz z maruderami mógł liczyć nawet 100 000 ludzi.

Zadaniem Frontu Środkowego było jak najszybsze przedostanie się na Przedmoście Rumuńskie. Rankiem 17 września – jeszcze bez wiedzy o sowieckim uderzeniu – polscy generałowie rozważali w Hutkach koło Krasnobrodu sposób realizacji tego zadania. Polacy mieli je ułatwione, gdyż z przejętego rozkazu znali zamierzenia związków taktycznych 14. Armii. Generał Szylling zaproponował marsz przez pola leżące na południe od Tomaszowa Lubelskiego. Drogę zagradzał jedynie stojący w Narolu kombinowany pułk pościgowy z 28. DP. Generał Piskor uważał początkowo, że lepszym rozwiązaniem – pozwalającym na uniknięcie boju oraz kłopotliwego zwalczania niemieckich oddziałów rozpoznawczych operujących na drodze do Lwowa – będzie kontynuowanie odwrotu na wschód. Ostatecznie jednak zdecydowano się na przebicie sobie drogi przez Tomaszów Lubelski na Lwów. Decyzję podjęto dlatego, że odwrót – szczególnie kolumn zmotoryzowanych – byłby znacznie ułatwiony, można by skorzystać w pełni z sieci dróg. W dodatku uderzenie na Tomaszów Lubelski pozwalało na wykorzystanie całości sił Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej.

W Tomaszowie Lubelskim stała niemiecka 4. Dywizja Lekka, osłabiona oddelegowaniem części swoich pododdziałów pancernych i zmotoryzowanych do innych zadań. Polskie ugrupowanie miało nad nią niemal dziesięciokrotną przewagę w piechocie i pięciokrotną w artylerii, a nawet niewielką przewagę w broni pancernej. W Narolu stał kombinowany pułk pościgowy z 28. DP. Reszta tej niemieckiej dywizji nadciągała bardzo powoli z południowego zachodu, towarzyszyła jej także 8. DP (obie tworzyły VIII KA). Z północnego zachodu nadciągał z kolei VII KA, na razie jednak jego obydwie dywizje – 27. DP oraz 68. DP – były znacznie oddalone i z polską ariergardą styczność miały jedynie ich pododdziały rozpoznawcze.

Spotkanie niemiecko-sowieckie w Polsce we wrześniu 1939 r.. Warto zwrócić uwagę na hełmy szeregowych: Rosjanin nosi СШ-36 (Стальной Шлем 1936, czyli hełm stalowy wz. 1936), a Niemiec – Stalhelm M 35 (czyli hełm stalowy wz. 1935).

Spotkanie niemiecko-sowieckie w Polsce we wrześniu 1939 r.. Warto zwrócić uwagę na hełmy szeregowych: Rosjanin nosi СШ-36 (Стальной Шлем 1936, czyli hełm stalowy wz. 1936), a Niemiec – Stalhelm M 35 (czyli hełm stalowy wz. 1935).

Bitwa rozpoczęła się rankiem 18 września. Jak wspominał dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej: natarcie rozwinęło się szybko i łatwo. Wojska podchodzące pod Tomaszów zostały powitane przez Niemców wiadomościami o najeździe sowieckim nadawanym przez gigantofony kompanii propagandowej. Była to pierwsza wiadomość o tym wydarzeniu i odebrała wolę walki zarówno żołnierzom, jak i dowódcom. Ponawiane przez trzy dni polskie próby wyjścia z zaciskającego się okrążenia nie przynosiły rezultatów, w dodatku ze wschodu zaczęły napływać wysunięte formacje Armii Czerwonej. W tej sytuacji 20 września zgrupowanie generała Tadeusza Piskora kapitulowało wobec Niemców. 21 i 22 września do niemieckiej niewoli trafiło 30 000 polskich żołnierzy. Liczba ta nie oznacza bynajmniej liczebności Frontu Środkowego podczas bitwy, tylko jego liczebność pod jej koniec. Różnica jest bardzo istotna. Zgodnie z relacją z 14. Armii, w trakcie trwania bitwy – w dniach od 17 do 21 września – pod Tomaszowem Lubelskim do niewoli trafiło 50 000 polskich żołnierzy – nie z powodu strat bitewnych, ale z powodu załamania się morale i opuszczania szeregów Wojska Polskiego.

Front Północny

Trzeci z polskich frontów – Front Północny dowodzony przez generała Stefana Dęba-Biernackiego – w połowie września nie był niepokojony przez nieprzyjaciela. 17 września generał Dąb-Biernacki wysłał meldunek sytuacyjny do naczelnego wodza, w którym oznajmiał: Zajmuję rejon Włodawa, [...] Puchaczów, Izbica, Chełm. Od wczoraj mam styczność z nieprzyjacielem w rejonie Włodawa. Dzisiaj rano w m. Dorohusk rozpoznawała broń pancerna. Hrubieszów – nieprzyjaciel cofnął się. Grupa kawalerii Andersa 18 IX w rejonie zachód Lubartów. Łączność nawiązana. Z grupą Piskora nie ma łączności. 18 IX maszeruję na Hrubieszów. Anders 18 IX na południowy wschód Zamość. Proszę o podanie położenia i rejonu zbiórki.

Front Północny składał się przede wszystkim ze związków taktycznych Armii „Modlin” oraz Armii „Prusy”. Większość z nich została poturbowana – a część nawet rozbita – w pierwszych dniach września. Generał Dąb-Biernacki po rozbiciu trzech dywizji tworzących północne zgrupowanie Armii „Prusy” otrzymał rozkaz ich odbudowania na wschodnim brzegu Wisły, w oparciu o zasoby wojskowe południowego Mazowsza i północnej Lubelszczyzny. Od 8 września odtwarzano 3. DP Legionów oraz 13., 19. i 29. dywizje piechoty. Jako że przeszły one przez Wisłę tracąc swoje działa, odtworzone formacje określano mianem brygad piechoty. 17 września 3. BP miała 6 baonów w dwóch pułkach, 13. BP – 6 baonów piechoty w trzech pułkach, 19. BP miała 5 baonów piechoty w dwóch pułkach, a 29. BP – 6 baonów w trzech pułkach. Mimo wszystko formacje te dysponowały jednak nieliczną artylerią, także przeciwlotniczą i przeciwpancerną. (Pozostałe dywizje Armii Prusy – 12. DP oraz 36. DP, a właściwie ich oddziały – walczyły w ramach Frontu Środkowego.)

Zadowoleni z powodu zakończenia wojny żołnierze Wehrmachtu i Armii Czerwonej. 20 września 1939 r., gdzieś pomiędzy Brześciem a Kobryniem.

Zadowoleni z powodu zakończenia wojny żołnierze Wehrmachtu i Armii Czerwonej. 20 września 1939 r., gdzieś pomiędzy Brześciem a Kobryniem.

W skład Frontu Północnego wchodziły też związki taktyczne Armii „Modlin”. Najbardziej pokiereszowana została 1. DP Legionów, która trzy razy była okrążona przez Niemców i trzy razy im uchodziła. W przededniu 17 września dysponowała jedynie 3 baonami piechoty i dywizjonem artylerii. W o wiele lepszej kondycji była 33. DP, która dysponowała 6 baonami w dwóch pułkach i dwoma dyonami artylerii. W przeważającej większości nie były to jednak straty bojowe – brakujące oddziały skierowano bowiem na Wołyń. Rozproszona podczas odwrotu 41. DP zdołała się zebrać w niepełnym składzie: 7 baonów w trzech pułkach oraz dyonu artylerii lekkiej i baterii artylerii ciężkiej. Wreszcie z Armii „Modlin” pochodziła też Mazowiecka Brygada Kawalerii, która 17 września nie dysponowała już artylerią, ale miała niemal wszystkie etatowe szwadrony (niekoniecznie zresztą własne, tylko „znalezione” po drodze).

Skład Frontu Północnego uzupełniały związki taktyczne pochodzące z Armii „Łódź”, zorganizowane w Grupę Operacyjną Kawalerii generała Andersa. Oprócz „własnej” Nowogródzkiej BK – pochodzącej nb. z Armii „Modlin” – były w niej również mocno pokiereszowane Wołyńska BK i Kresowa BK, a także... 10. Dywizja Piechoty i 1. pułk artylerii ciężkiej. 10. DP miała jedynie 3 baony w pułku zbiorczym i dyon artylerii lekkiej. Brygady kawalerii dysponowały zaś niemal wszystkimi etatowymi szwadronami oraz dywizjonami artylerii, choć nie zawsze były to oddziały, z którymi brygady rozpoczynały wojnę (te zagubiły się gdzieś po drodze). I tak znaczną część sił stanowiły szwadrony, które oderwały się od Mazowieckiej BK, z tej brygady pochodził również dyon artylerii konnej.

Najsilniejszym związkiem taktycznym Frontu Północnego była 39. DP, mobilizowana w pierwszych dniach września i początkowo podporządkowana Armii „Lublin”. Chociaż jeden z jej pułków nadal walczył w szeregach tamtej armii z dala od macierzystej dywizji, wciąż był to wyjątkowo silny związek taktyczny. W jej skład wchodziło bowiem 10 baonów piechoty (w tym cztery bataliony 9. ppleg) oraz 6 dywizjonów artylerii lekkiej i dyon artylerii ciężkiej. Kawalerię stanowiła Kombinowana Brygada Kawalerii (zwana także od nazwiska swojego dowódcy „oddziałem pułkownika Zakrzewskiego”). Zorganizowano ją z ośrodków zapasowych kawalerii i artylerii konnej oraz pododdziałów rozbitych brygad kawalerii; w sumie jej siły wynosiły 3 pułki kawalerii oraz 2 baony piechoty z dość słabym wsparciem artyleryjskim.

Front Północny liczył zatem blisko 50 batalionów piechoty, uzupełnianych garnizonami i posterunkami na Lubelszczyźnie. Słaba była artyleria – liczba dział nie przekraczała 100. Wraz z armią ciągnęło kilkanaście wozów pancernych oraz podobna liczba dział przeciwlotniczych. Liczebność sięgała 100 000 żołnierzy.
Wojska Frontu Północnego maszerowały w tym czasie na wschód, unikając jakiegokolwiek zaangażowania. Od Niemców oddzielał ich nie tylko Wieprz, ale wkrótce także i Bug. Po drodze dywizji Dęba-Biernackiego stały garnizony Włodzimierza Wołyńskiego, Kowla i Łucka. Idąc do Złoczowa – będącego 16 września północno-wschodnią redutą przedmościa rumuńskiego – siły główne Dęba-Biernackiego dotarłyby tam po tygodniu. 17 września, ze względu na nadchodzącą od wschodu Armię Czerwoną, Front Północny zmuszony był do zawrócenia, skierowania się w kierunku południowo-zachodnim i stoczenia bitwy z Niemcami (oraz Sowietami, którzy wyszli na jego tyły).

Pochylony nad mapą Heinz Guderian ustala z oficerami Armii Czerwonej linię rozgraniczenia wojsk.

Pochylony nad mapą Heinz Guderian ustala z oficerami Armii Czerwonej linię rozgraniczenia wojsk.

Na wschodzie Polski

Jeszcze 9 września generał Franciszek Kleeberg – dowódca IX Okręgu Korpusu w Brześciu – rozpoczął realizację rozkazu Naczelnego Wodza, nakazującego obronę linii rzek Muchawiec-Prypeć, czyli całego prawego skrzydła Frontu Północnego od Brześcia po wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Obszary na północ od tej linii planowano wówczas ewakuować. Siły, którymi dysponował dowódca IX OK – nazywane od jego imienia Grupą Operacyjną generała Kleeberga – opierały się na ośrodkach zapasowych podległych mu dywizji piechoty: 9., 20. i 30.
Zgrupowanie „Brześć” – którego rdzeń stanowiły bataliony marszowe pułków 9. DP, dwa baony wartownicze, baon saperów oraz dywizjon artylerii – w nocy z 16 na 17 września odeszły na południe od atakowanego przez Niemców Brześcia (pozostawiając w jednym z fortów baon marszowy 82. pp kapitana Wacława Radziszewskiego). Zgrupowanie to miało luźną łączność z Frontem Północnym i wszystko wskazywało na to, że będzie dzielić jego losy. Najprawdopodobniej po dotarciu do celu zostałoby ono wchłonięte przez inne formacje, ale warto zauważyć, że przez krótki czas – jeszcze w początkach września – wobec wojsk pozostawionych w Brześciu używano określenia 56. Dywizja Piechoty (najprawdopodobniej było to nawiązanie do nieaktualnych planów mobilizacyjnych).

Z formacji zapasowych i marszowych 20. DP wywodziło się Zgrupowanie „Brzoza”, a z 30. DP. – Zgrupowanie „Kobryń”. W połowie września ich skład był podobny do Zgrupowania „Brześć”: miały dywizjon artylerii lekkiej, 3 baony marszowe z macierzystych pułków oraz kilka pododdziałów wartowniczych, asystentacyjnych, saperskich. Pod koniec września te zgrupowania – przebywając przez cały czas na Polesiu – stały się poważnymi związkami taktycznymi i nazwano je 50. DP i 60. DP. Podobną transformację przeszły bataliony piechoty: podporządkowano je dowództwom pułkowym, którym zostały przydzielone namiastki służb. Pułkom nadano nawet numery, dodając liczbę 100 do numeru pułku macierzystego dla formacji marszowych.

Linia demarkacyjna pomiędzy Niemcami a ZSRR, opublikowana w prasie moskiewskiej we wrześniu 1939 r.

Linia demarkacyjna pomiędzy Niemcami a ZSRR, opublikowana w prasie moskiewskiej we wrześniu 1939 r.

Kolejnymi formacjami, które zbliżały się do obszaru, gdzie sprawował dowodzenie generał Kleeberg, były dwie brygady kawalerii: Podlaska i Suwalska. Pod takimi nazwami weszły tuż po 16 września do Puszczy Białowieskiej. Ze względu na typowe dla wrześniowej jazdy zmiany organizacyjne z Puszczy wyszły jednak dwie zupełnie inne brygady: „Plis” i „Edward”, z niemal zupełnie przetasowanymi oddziałami. Były to formacje nieco osłabione w porównaniu do stanu wyjściowego – kilka dział z artylerii konnej zostało zniszczonych, a pojedyncze szwadrony odeszły w kierunku wschodnim. Kilka dni później obie brygady podporządkowano nowo zorganizowanemu dowództwu dywizyjnemu – Dywizji Kawalerii „Zaza”.

Bardzo ważną formacją podległą generałowi Kleebergowi była Flotylla Rzeczna, dowodzona przez komandora podporucznika Witolda Zajączkowskiego. Czynione w czasach PRL suche wyliczenia, polegające na zsumowaniu luf artyleryjskich i karabinowych, przedstawiają jej potencjał jako „wzmocnionego pułku piechoty”. Jednak taktyczna rola Flotylli była zupełnie inna. Bardzo precyzyjnie zdefiniował ją jeden z jej „lądowych” zwierzchników – generał Burhardt-Bukacki: Jest to pływająca artyleria zdolna do współdziałania z siłami lądowymi oraz do wykonywania samodzielnych wypadów. Pod względem użycia taktycznego da się ją porównać z użyciem pociągów pancernych na lądzie.

Bojowy rdzeń Flotylli stanowiły 3 dywizjony bojowe, każdy składający się przede wszystkim z 2 monitorów, statku uzbrojonego i rozpoznawczych 4 kutrów uzbrojonych. Dywizjon Flotylli dysponował sześcioma działami – armatami 75 mm i haubicami 100 mm – i był odpowiednikiem dywizjonu artylerii lekkiej. Co prawda „lądowe” dywizjony artylerii lekkiej dysponowały 12 lufami, jednak efektywność bojowa dywizjonów Flotylli była wyższa. Jej działa mogły dać wsparcie ogniowe pojedynczym, rozrzuconym na szerokim froncie baonom piechoty tak, aby – wzmocnione artylerią Flotylli – stały się skutecznym i silnym związkiem operacyjnym. Flotylla Pińska miała bowiem działać nie tylko wzdłuż biegnącej ze wschodu na zachód Prypeci, ale także na niemal prostopadłych do niej dopływach. Co istotne, monitory mogły poruszać się dwa-trzy razy szybciej niż artyleria lekka – niemal z regulaminową prędkością lądowej artylerii zmotoryzowanej. Największe jednak znaczenie miało to, że po dotarciu na miejsce akcji dywizjon artylerii lekkiej miał – zgodnie z regulaminami – dwie godziny na zajęcie stanowisk ogniowych i przygotowanie się do prowadzenia skutecznego ognia (było to normą w każdej niemal armii na świecie). Tymczasem dywizjon Flotylli mógł otworzyć ogień niemal natychmiast po dotarciu na stanowiska ogniowe.
Okręty Flotylli były przeznaczone do wspierania działań innych broni. 9 haubic 100 mm, 14 armat 75 mm, 18 armat 37 mm, a także ponad setka ciężkich i najcięższych karabinów maszynowych miało pełnić niesamowicie ważną rolę. Flotylla sprawiała, że dwie dywizje, kilka pojedynczych batalionów i szwadronów zamieniały się w armię broniącą 150-kilometrowego frontu – a więc zwiększała możliwości bojowe walczących na Polesiu wojsk dwu-, a nawet trzykrotnie.

W województwie nowogródzkim i wileńskim nie było zresztą żadnych poważniejszych sił Wojska Polskiego. Istotne formacje odeszły już wcześniej na południe, przede wszystkim do Lwowa. Pozostały tu jedynie pojedyncze bataliony marszowe, wartownicze i kompanie asystentacyjne. Ich wartość nieco zwiększały fortyfikacje i pozostałości po nich, szczególnie w Wilnie, Baranowiczach i – w mniejszym stopniu – w Grodnie i Lidzie. Stacjonowało tutaj również pięć dywizyjnych oddziałów zapasowych: 1., 19., 20., 29. oraz 30. DP. Na granicach stały też wojska Korpusu Ochrony Pogranicza. Siły polskie na północ od Polesia, którymi można było dysponować w drugiej połowie września, można szacować na dwie – i to raczej słabe – dywizje. Największą wartość miały nadwyżki kawalerii, znane jako Brygada Kawalerii „Wołkowysk”. Początkowo była ona przeznaczona dla SGO „Narew”, a jej wysunięte oddziały podjęły nawet – 16 września – walkę z idącymi od Białegostoku niemieckimi oddziałami rozpoznawczymi, ale w planach była ewakuacja BK „Wołkowysk” na południe, w stronę przedmościa rumuńskiego.

Zdobycz wojenna. Wśród wyciągniętych z magazynów antycznych ckm wz. 08 nowoczesne armaty przeciwlotnicze Bofors i szabla oficerska.

Zdobycz wojenna. Wśród wyciągniętych z magazynów antycznych ckm wz. 08 nowoczesne armaty przeciwlotnicze Bofors i szabla oficerska.

Naprzeciw Grupy Operacyjnej generała Kleeberga i wojsk dozorujących linię Niemna stała 4. Armia, którą dowodził generał Günther von Kluge. „Stała” jest słowem chyba najbardziej adekwatnym dla jej działań w połowie września. Jedynie jej czołówka – pancerny XIX Korpus dowodzony przez generała Heinza Guderiana – poruszała się powoli, zajmując rankiem 17 września Brześć. Reszta wojsk w postaci efemerycznego XXI KA była rozciągnięta od Suwałk – wciąż w polskich rękach – po Bielsk Podlaski. Składała się przede wszystkim z wojsk fortecznych i okupacyjnych, a poważniejszą siłę bojową stanowiły dwie dywizje piechoty. Siły te nie wydawały się wystarczające do marszu na wschód, zdaje się także, że oprócz sił generałowi Klugemu brakowało także chęci.
Zadaniem operacyjnym XXI KA była ochrona linii komunikacyjnych korpusu Guderiana, lecz oprócz tego te skromne siły miały pilnować porządku na zajętych terenach. 4. Armii przypadło także zadanie o wymiarze strategicznym: ochrona granicy Prus Wschodnich przed zagrożeniem ze wschodu. Zagrożenie to nie było sprecyzowane. Mogły je stanowić trzy dywizje armii Republiki Litewskiej, państwa nie najlepiej nastawionego do III Rzeszy i podatnego na wpływy Wielkiej Brytanii i Francji. Zagrożeniem dla Prus Wschodnich mogli być także Sowieci z Armii Czerwonej – wciąż doskonale pamiętano inwazję sprzed 25 lat, a przecież dopóki Sowieci nie zaatakowali Polski, nie było jasne, że Moskwa będzie faktycznym sojusznikiem III Rzeszy.

Tak wyglądało Westerplatte po kapitulacji 7 września 1939 r. Niestety nie można podać daty kapitulacji Kępy Oksywskiej, bo... nie było kapitulacji. Ani nawet szturmu. Jeszcze 17 września 10 000 polskich żołnierzy twardo broniło swoich pozycji. Dzień później, na wieść o sowieckiej inwazji, zaczęli się oni jednak stopniowo rozchodzić. Ich dowódca – pułkownik Stanisław Dąbek – nie mając kim dowodzić – popełnił samobójstwo. Niemiecka aktywność podczas „ostatecznego zdobywania Kępy Oksywskiej” polegała na spisywaniu zgłaszających się do nich polskich jeńców.

Tak wyglądało Westerplatte po kapitulacji 7 września 1939 r. Niestety nie można podać daty kapitulacji Kępy Oksywskiej, bo... nie było kapitulacji. Ani nawet szturmu. Jeszcze 17 września 10 000 polskich żołnierzy twardo broniło swoich pozycji. Dzień później, na wieść o sowieckiej inwazji, zaczęli się oni jednak stopniowo rozchodzić. Ich dowódca – pułkownik Stanisław Dąbek – nie mając kim dowodzić – popełnił samobójstwo. Niemiecka aktywność podczas „ostatecznego zdobywania Kępy Oksywskiej” polegała na spisywaniu zgłaszających się do nich polskich jeńców.

Nad Bzurą

W połowie września największe zgrupowanie Wojska Polskiego wciąż znajdowało się jeszcze na zachód od Wisły. Dywizje Grupy Armii generała Tadeusza Kutrzeby nie zostały zniszczone podczas bitwy nad Bzurą, tylko podczas odwrotu. Największe straty poniosły one w Puszczy Kampinoskiej, podczas próby przebicia się do Warszawy – już po 17 września. Tego dnia większość ze związków taktycznych Armii „Poznań” generała Kutrzeby przedarła się już do Puszczy, gdzie nastąpiła próba ponownego zebrania wojsk. Za nimi podążały dywizje Armii „Pomorze” generała Władysława Bortnowskiego. W najlepszym stanie była 25. DP oraz 16. DP. Większość dywizji – 4., 14., 15., 17. i 26. – dysponowała jedynie kilkoma działami, a pułki piechoty reprezentowały siłę jednego-dwóch batalionów: 22 września 17. DP generała Bołtucia rzuciła do walki o Łomianki 4 baony i 7 luf artylerii. Były też dywizje – 9. DP oraz 27. DP – wcześniej zreorganizowane po porażkach na Pomorzu, mające jeszcze przed bitwą nad Bzurą jedynie dwa słabe pułki. Piechotę reprezentowały też oddziały Obrony Narodowej oraz 19. pp z 5. DP. W lepszym stanie były brygady kawalerii: Podolska i Wielkopolska BK zachowały większość sił, w tym dużą część artylerii, jednak z Pomorskiej BK pozostały dwa osłabione pułki. W oddziałach utrzymujących jako taką spoistość – do Puszczy Kampinoskiej dotarło ponad 50 000 żołnierzy – było około 30 batalionów piechoty, 8 pułków kawalerii i kilkadziesiąt dział. Drugie tyle żołnierzy (albo i więcej) było maruderami, ciągnącymi za armią. Dwa lub trzy dni wytchnienia dałyby im możliwość dołączenia do macierzystych jednostek, szczególnie że w polskich rękach wciąż pozostawała składnica uzbrojenia w Palmirach.
Reorganizacja nigdy jednak nie nastąpiła. Gdy generał Kutrzeba starał się wprowadzić swoje wojska do Modlina, nie wyraził na to zgody dowodzący tam generał Wiktor Thommée. Nie widział w tym sensu – po zaatakowaniu Polski przez Sowietów załoga Modlina mogła jedynie trwać, a kolejnych kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy mogłoby to trwanie uczynić niemożliwym. Generał Thommée był może świetnym taktykiem, zmysłu operacyjnego miał jednak tyle, ile wyobraźni politycznej – czyli niewiele. Swoją decyzją o niewpuszczeniu Armii „Poznań” do twierdzy doprowadził do jej zguby, wojska generała Kutrzeby musiały przebijać się bowiem do Warszawy i marsz ten okazał się ich końcem. Dopiero co zebrane po dramatycznym forsowaniu Bzury polskie bataliony szły przez Puszczę w stronę Warszawy i napotykały obsadzone przez Niemców – z reguły bardzo skromnymi siłami – wsie i miasteczka. Nie próbowano już żadnych manewrów, tylko uderzano na wprost – albo ginąc w ogniu ciężkich karabinów maszynowych, albo rezygnując z walki i idąc do niewoli. Po rozpowszechnieniu się wiadomości o sowieckiej inwazji większość żołnierzy wybierała właśnie los jeńca, opuszczając swoje oddziały i swoich dowódców. Nie bez przyczyny w tych walkach przebojowych ginęli polscy generałowie i oficerowie – szeregowych było coraz mniej...
Wejście do Modlina nie było zresztą jedyną możliwością uratowania polskich wojsk. Przy odrobinie cierpliwości dywizje generała Kutrzeby mogłyby dojść do Warszawy, omijając z rzadka rozrzucone niemieckie stanowiska. Jednak beznadzieja, rodząca się w wyniku wiadomości o ataku Sowietów, doprowadziła do katastrofalnego pośpiechu. Tymczasem możliwość dotarcia do stolicy udowodnił sam generał Kutrzeba, który – zamiast pozostać przy swoich żołnierzach, tak jak uczynił to generał Bortnowski – porzucił Armię „Poznań” i samochodem odjechał do Warszawy, po czym zameldował się u generała Juliusza Rómmla, dowódcy Armii „Warszawa”.

W Warszawie

Rómmel był najstarszym spośród wszystkich generałów wymienionych trzech armii. W Warszawie dysponował on 5., 20. i 44. dywizją z blisko 30 regularnymi batalionami. Były to przede wszystkim oddziały 78., 79., 80. pp (z 20. DP.), 26. i 40. pp (z 5. DP), 144. pp (z 44. DP), 21. pp (z 8. DP) oraz 336. i 360. pp (sformowane w garnizonie warszawskim). Dysponowano też kilkoma elitarnymi baonami samodzielnymi, np. „Stołecznym” – czyli reprezentacyjnym, uzbrojonym m.in. w kilkadziesiąt pistoletów maszynowych Mors, oraz dwoma baonami z Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie – „Rembertowskim” i II/94. Siły uzupełniały placówki forteczne, pododdziały kawalerii, kilka batalionów Robotniczej Brygady Obrony Warszawy, a później – smętne resztki 13. DP. W sumie było to – posłużmy się kalkulacją uczynioną przez Mariana Porwita – 41 batalionów i 50 000 żołnierzy w formacjach pierwszoliniowych). Siły uzupełniało ponad 200 dział, dysponowano też kilkudziesięcioma czołgami.

Pod kontrolą generała Rómmla pozostawały także oddziały odcięte w Górach Świętokrzyskich. Wciąż walczyły tam resztki 19. DP i 3. DP (5 baonów z dyonem artylerii), zgrupowanie 10. DP (3 baony z dyonem artylerii), czy znaczna część 13. DP (3 baony piechoty bez artylerii; dywizja – jak wspomniano – dotarła jednak do Warszawy, gdzie została uzupełniona
i odbudowana).

Formalnie częścią Armii „Warszawa” była także załoga Modlina dowodzona przez generała Thomméego, składająca się – oprócz oddziałów fortecznych użytych do uzupełnienia związków taktycznych – z 4 dywizji: 2., 8., 28. oraz 30. Przybywały one do twierdzy jako pojedyncze oddziały, jednak kilkudniowy odpoczynek odbudowywał siły żołnierzy. Prócz nich do Modlina dotarły w końcu spóźnione oddziały broni zespołowej i artylerii, a formacje zostały uzupełnione batalionami marszowymi i rezerwistami. Dywizje stacjonujące w Modlinie były oczywiście nieco słabsze niż na początku kampanii i miały po reorganizacji przeciętnie po sześć – zamiast dziewięciu – batalionów piechoty; w podobnym stanie była artyleria. Ogólna liczba to około 25 batalionów z kilkudziesięcioma działami. (Polacy kapitulowali deklarując Niemcom 129 dział polowych i przeciwpancernych; Niemcy początkowo zapisali jako zdobycz 66 polówek oraz 41 dział przeciwpancernych i przeciwlotniczych, a po kilku dniach liczby zmieniły się na 63 i 76.)

Próba podsumowania

W przededniu sowieckiej inwazji w Warszawie, Modlinie i Puszczy Kampinoskiej było ponad 200 000 żołnierzy, uzbrojonych w ponad 400 dział. Na Przedmościu Rumuńskim – wraz z Wołyniem – organizowało się około 300 000 żołnierzy w oddziałach tyłowych, wojska operacyjne liczyły 20 000 ludzi, w sumie dysponowano 100 działami. Siły na Wileńszczyźnie i Polesiu liczyły do 50 000 żołnierzy i marynarzy, uzbrojonych w setkę dział; podobne siły walczyły w izolacji na Wybrzeżu i w środkowej Polsce. Najpotężniejsze zgrupowanie znajdowało się we Lwowie i trzech zmierzających w jego kierunku frontach: było około 300 000 żołnierzy i ponad 400 dział oraz ponad setka czołgów. Wedle takiej kalkulacji otrzymujemy armię liczącą 900 000 żołnierzy, a uzbrojoną w 1000 dział i kilkaset czołgów.
Czy obliczenia te są właściwe? Można je łatwo sprawdzić. Sowieci chwalą się wzięciem do niewoli 452 000 polskich żołnierzy. Na Węgry dotarło 40 382 żołnierzy, do Rumunii natomiast – około 30 000. 14 000 polskich żołnierzy przekroczyło granicę Republiki Litewskiej, a 1500 trafiło na Łotwę. Nieco ponad 100 000 żołnierzy poszło do niemieckiej niewoli z Warszawy, a blisko 30 000 – z Modlina. Liczba jeńców wziętych przez Wehrmacht w ostatnich walkach zbliżała się do 100 000. 16 września Wojsko Polskie liczyło zatem co najmniej 765 000 żołnierzy – tylu bowiem trafiło do niewoli lub obozów internowania. Biorąc zaś pod uwagę tych, którzy uniknęli niewoli, trzeba mówić o milionowej armii, którą dysponowała Rzeczpospolita 16 września 1939 r., zdolnej do aktywnych działań bojowych i stawiania skutecznego oporu.

PrzemysŁ zbrojeniowy

 ZOBACZ WSZYSTKIE

WOJSKA LĄDOWE

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Wozy bojowe
Artyleria lądowa
Radiolokacja
Dowodzenie i łączność

Siły Powietrzne

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Samoloty i śmigłowce
Uzbrojenie lotnicze
Bezzałogowce
Kosmos

MARYNARKA WOJENNA

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Okręty współczesne
Okręty historyczne
Statki i żaglowce
Starcia morskie

HISTORIA I POLITYKA

 ZOBACZ WSZYSTKIE

Historia uzbrojenia
Wojny i konflikty
Współczesne pole walki
Bezpieczeństwo
bookusertagmagnifiercrossmenulistfunnelsort-amount-asc