Zamknąć górny pułap cz.4

Szwedzka armata Luftvärnskanon 8,0 cm M29 w służ­bie armii węgier­skiej.

Trwające od jesieni 1936 r. pol­skie sta­ra­nia doty­czące zakupu armat prze­ciw­lot­ni­czych kal. 75 mm zakoń­czyły się fia­skiem. Stawiająca w swo­ich pla­nach roz­bu­dowy wła­śnie na ten kali­ber armia fran­cu­ska zdo­mi­no­wała swo­imi zamó­wie­niami moż­li­wo­ści wytwór­cze stop­niowo nacjo­na­li­zo­wa­nych zakła­dów. Wobec fia­ska zakupu lżej­szych armat pro­du­ko­wa­nych przez kon­cern Schneider, powszech­nie wystę­pu­ją­cych jako tzw. wzór 4, strona pol­ska ukie­run­ko­wała swoje zaku­powe zapa­try­wa­nia na sprzęt cięż­szy, kali­bru 90 mm. Zabieg ten był moż­liwy tylko dla­tego, że przed­mio­towy sprzęt nie przy­cią­gał tak dużej uwagi woj­sko­wych z Paryża. Był bowiem droż­szy i bar­dziej cza­so­chłonny w wytwa­rza­niu niż uznane za w pełni wystar­cza­jące armaty 75-mili­me­trowe.

We wrze­śniu 1938 r. pol­ska komi­sja bie­rze udział w długo ocze­ki­wa­nych pró­bach z ciężką armatą prze­ciw­lot­ni­czą, obser­wu­jąc zarówno pracę obsługi jak i zbie­ra­jąc infor­ma­cje o samych cha­rak­te­ry­sty­kach armaty. Dodatnia opi­nia przy­wie­ziona do Warszawy oraz dal­sze próby naci­sku na stronę fran­cu­ską zaowo­co­wały pod­pi­sa­niem w marcu 1939 r. umowy na dostawę dla WP par­tii 59 armat z ter­mi­nem roz­po­czę­cia dostaw w czerwcu kolej­nego roku.

Mr Driggs, czyli pro­log

Stanowiący trzon wypo­sa­że­nia pol­skich arty­le­rzy­stów odpo­wie­dzial­nych za ochronę nieba mię­dzy Wartą, a Zbruczem fran­cu­ski sprzęt prze­ciw­lot­ni­czy pamię­tał jesz­cze dobrze czasy Wielkiej Wojny. Z bie­giem lat sta­tus tego uzbro­je­nia odcho­dził od nowo­cze­sno­ści, ku war­to­ściom prze­cięt­nym, aby osta­tecz­nie wejść w okres, kiedy nazwa­nie go prze­sta­rza­łym nie było prze­sad­nym nad­uży­ciem. Chcąc uzu­peł­nić, a w zasa­dzie odbu­do­wać, swój prze­ciw­lot­ni­czy poten­cjał II Rzeczpospolita roz­po­częła poszu­ki­wa­nie nowego sprzętu mogą­cego zapew­nić bez­pie­czeń­stwo prze­strzeni powietrz­nej w jej gra­ni­cach.

W nieco bar­dziej przy­ziem­nej for­mie, wola moder­ni­za­cji zaowo­co­wała skie­ro­wa­niem do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej komi­sji mają­cej zba­dać zagra­niczny sprzęt prze­ciw­lot­ni­czy. Między 2, a 28 paź­dzier­nika 1928 r. pol­scy przed­sta­wi­ciele pra­co­wali więc za oce­anem zgod­nie z pla­nem usta­lo­nym wcze­śniej wspól­nie z ame­ry­kań­skim Ministerstwem Wojny. Wizytę podzie­lono na cztery etapy, a pierw­szym z nich był udział w poka­zo­wym strze­la­niu prze­ciw­lot­ni­czym na poli­go­nie doświad­czal­nym w Aberdeen, w sta­nie Maryland. To wła­śnie tam zor­ga­ni­zo­wano ćwi­cze­nia z dzien­nego i noc­nego pro­wa­dze­nia ognia z kara­bi­nów maszy­no­wych 7,62 i 12,7 mm oraz armat kal. 37 i 76,2 mm.

Pod wzglę­dem orga­ni­za­cyj­nym oba strze­la­nia pro­wa­dzono do rękawa o wymia­rach 2×9 m holo­wa­nego na linie o dłu­go­ści 610 m z nie­wielką szyb­ko­ścią wyno­szącą 144 km/godz. (40 m/s). Za wszel­kie zmiany nastaw broni odpo­wie­dzialny był apa­rat cen­tralny wypro­du­ko­wany przez angiel­skiego Vickersa posia­da­jący elek­tryczną insta­la­cję prze­ka­zy­wa­nia danych do sta­no­wisk armat. Do noc­nego strze­la­nia zaan­ga­żo­wano rów­nież zespół reflek­to­rów prze­ciw­lot­ni­czych, co sta­no­wiło wyznacz­nik nowo­cze­sno­ści. Skuteczność ognia pro­wa­dzo­nego przez zespoły czte­rech kara­bi­nów maszy­no­wych kali­bru 7,62 i 12,7 mm na dystan­sie około 1,5 km była nie­wielka i zamy­kała się w prze­dziale 0,0 – 2,5%. Każdorazowe zuży­cie kil­ku­set poci­sków nie ozna­czało tra­fień – w ciągu dnia wynik był zerowy. Nieco nie­spo­dzie­wa­nie, dopiero strze­la­nie nocne stało się oka­zją do uzy­ska­nia jakie­kol­wiek tra­fień.

Czterodziałowa bate­ria armat auto­ma­tycz­nych kal. 37 mm oddała 129 wystrza­łów osią­ga­jąc cztery trafne, iden­tyczny wynik uzy­skano w dzień. Najciekawsze dla Polaków były jed­nak pokazy czte­ro­dzia­ło­wej bate­rii armat kal. 76,2 mm sys­temu Driggsa, pro­wa­dzą­cej ogień do celów na wyso­ko­ści 2130 m odda­lo­nych o 5500 m. Na 97 zuży­tych szrap­neli odno­to­wano 10 tra­fień w lotki celu. Obliczenia doko­nane na zasa­dzie obser­wa­cji roz­pry­sków z ziemi i pła­towca dopro­wa­dziły do wnio­sku, że przy zasto­so­wa­niu gra­na­tów uda­łoby się otrzy­mać współ­czyn­nik strza­łów cel­nych na pozio­mie 5%. W trak­cie strze­lań noc­nych nie udało się uzy­skać ani jed­nego tra­fie­nia, pomimo zuży­cia 62 naboi.

Amerykańska armata prze­ciw­lot­ni­cza śred­niego kali­bru posia­dała umiesz­czoną z lewej strony łoża gór­nego jed­no­na­bo­jową nastaw­nicę dosto­so­waną do poci­sków z zapal­ni­kami tale­rzo­wymi i sprzę­gniętą z odbior­ni­kiem apa­ratu cen­tral­nego. Nastawianie urzą­dze­nia dla poci­sków odby­wało się auto­ma­tycz­nie przez zgra­nie wska­zó­wek odbior­nika, a przez obrót korbą doko­ny­wało się wpro­wa­dze­nie wła­ści­wych para­me­trów zapal­nika. Łoże dolne posia­dało cztery dłu­gie dura­lu­mi­niowe łapy skła­da­jące się z dwóch czę­ści połą­czo­nych zawia­sowo. Podstawa posia­dała od spodu dwie śruby dźwi­gowe ze sto­pami, które słu­żyły do jej uno­sze­nia w celu opar­cia na kołach. Na pod­sta­wie spo­czy­wał też ażu­rowy pomost bojowy dla obsługi zło­żony z czte­rech plat­form dura­lu­mi­nio­wych. Istniała rów­nież kolum­nowa pod­stawa działa prze­zna­czona do mon­tażu w ramach umoc­nień sta­łych na pod­sta­wach beto­no­wych.

Driggs infor­mo­wał stronę pol­ską, że pro­jek­tuje rów­nież pod­stawę uni­wer­salną ruchomą/stałą, w któ­rej koła miały być pod­cze­piane z obu stron, a nie pod­su­wane jak w mode­lo­wym egzem­pla­rzu. W rapor­cie zawarto rów­nież sze­reg innych istot­nych dla pol­skiej komi­sji infor­ma­cji prak­tycz­nych:
Przejście do poło­że­nia mar­szo­wego polega na zło­że­niu łap i pomo­stu, unie­sie­niu działa przy pomocy śrub dźwi­go­wych i pod­su­nię­ciu dwóch osi z kołami na obrę­czach gumo­wych. Całość two­rzy przy­czepkę do cią­gnika. Czynność powyż­sza wymaga 12 minut przy 12 ludziach obsługi, czyn­ność odwrotna odbywa się w ciągu 9 minut. Dopuszczalna szyb­kość jazdy wynosi 65 klm/godz.; naj­mniej­szy pro­mień skrętu – 20 metrów. Działo w poło­że­niu mar­szo­wem two­rzy zwarty zespół, a dzięki racjo­nal­nemu roz­miesz­cze­niu poszcze­gól­nych czę­ści, sta­nowi mini­mal­nych roz­mia­rów wóz dla tego rodzaju sprzętu.

Francuska armata przeciwlotnicza kalibru 75 mm firmy Schneider, typ 4. Bezowocny obiekt zainteresowania ze strony polskiego Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Francuska armata prze­ciw­lot­ni­cza kali­bru 75 mm firmy Schneider, typ 4. Bezowocny obiekt zain­te­re­so­wa­nia ze strony pol­skiego Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Francuska armata prze­ciw­lot­ni­cza kali­bru 75 mm firmy Schneider, typ 4. Bezowocny obiekt zain­te­re­so­wa­nia ze strony pol­skiego Ministerstwa Spraw Wojskowych.W krót­kim pod­su­mo­wa­niu poświę­co­nym arma­cie 76,2 mm autor spra­woz­da­nia, ppłk Vorbrodt stwier­dzał, że pod­czas strze­la­nia działo zacho­wy­wało cał­ko­witą sta­tecz­ność nawet przy dużych kątach pod­nie­sie­nia i kie­runku. Interesujące jest, że Driggs pro­po­no­wał już w 1928 r. prze­ciw­lot­ni­czą armatę kal. 105 mm o lufie dłu­go­ści 60 kali­brów i pręd­ko­ści wylo­to­wej poci­sku na pozio­mie 850 m/s. Podstawowe para­me­try działa, były jak na na owe czasy bar­dzo dobre – moż­li­wość mio­ta­nia poci­sków o masie 14,85 kg na pułap 10 800 m (dono­śność 17 100 m). Uwzględniając wagę poci­sku impo­nu­jąca była też dekla­ro­wana szyb­ko­strzel­ność, która miała utrzy­mać się pozio­mie 15 strza­łów na minutę.

Tak wysoką war­tość udało się uzy­skać dzięki pneu­ma­tycz­nemu przy­rzą­dowi do auto­ma­tycz­nego dosy­ła­nia poci­sków. Pod wzglę­dem kon­struk­cyj­nym ciężka armata prze­ciw­lot­ni­cza odpo­wia­dała działu 76,2 mm w odmia­nie sta­łej. Do pro­wa­dze­nia pre­cy­zyj­nego ognia Driggs wyko­rzy­stał apa­rat cen­tralny pro­duk­cji angiel­skiego Vickersa oraz cał­ko­wi­cie zelek­try­fi­ko­waną trans­mi­sję danych w napę­dach kie­runku i pod­nie­sie­nia co pod koniec lat dwu­dzie­stych bez­sprzecz­nie wywo­ły­wało spore wra­że­nie.

Złożona przez spółkę Driggsa Ordnance & Engineering Company jesz­cze w 1926 r. oferta opie­rała się na zało­że­niu, że strona pol­ska zamówi 100 dział w cenie łącz­nej 1,575 mln USD bez cią­gni­ków i apa­ra­tów cen­tral­nych. Oznaczało to, że cena jed­nej bate­rii wynie­sie 63 000 USD czyli 567 000 zł. Dwa lata póź­niej Amerykanin pod­trzy­mał swoją ofertę, co pod­su­mo­wano stwier­dze­niem: Gdyby cena Pana Driggs’a ule­gła zwyżce, to w każ­dym razie nie o 100% jak to kosz­tuje działo firmy Skoda. Poza tem Pan Diggs robi bar­dzo dogodne pro­po­zy­cje finan­sowe i zapew­nia współ­pracę ze Starachowicami.

Wizyty w Stanach Zjednoczonych zapo­cząt­ko­wały nie tylko trwa­jące kilka lat roz­mowy z ame­ry­kań­skim wyna­lazcą p. Driggsem ale rów­nież utwier­dziły pol­skich woj­sko­wych w prze­ko­na­niu o koniecz­no­ści kon­ty­nu­owa­nia badań prze­ciw­lot­ni­czego sprzętu zagra­nicz­nego zakoń­czo­nych zaku­pem naj­lep­szego z nich. Sama histo­ria spółki Driggs Ordnance & Engineering Company i jej trwa­ją­cych od 1925 r. rela­cji ze stroną pol­ską jest sprawą bar­dzo cie­kawą i wartą szcze­gó­ło­wego opi­sa­nia. Poza sprzę­tem duże wra­że­nie na Polakach wywarły tzw. sto­sunki oso­bi­ste Pana Driggs’a, o któ­rych w rapor­cie z 3 listo­pada 1928 r. pisano:
…jako były ofi­cer mary­narki St. Zjednoczonych, prze­my­sło­wiec i kon­struk­tor w dzie­dzi­nie uzbro­je­nia ma bar­dzo roz­le­głe sto­sunki w Dep. Uzbrojenia [ame­ry­kań­skim – przyp. aut.], dzięki któ­rym jest on w cią­głym kon­tak­cie z tech­niką arty­le­ryj­ską i wie o wszel­kich stu­djach pro­wa­dzo­nych w Ameryce na które rząd łoży corocz­nie miliony. Szef Komisji doświad­czal­nej i cen­tral­nego poli­gonu doświad­czal­nego w Aberdin jest dobrym zna­jo­mym Pana Driggs’a. O sto­sun­kach ich mówi fakt, że przed byt­no­ścią naszą w Washingtonie i uzy­ska­niu pole­ce­nia do Aberdin na inter­wen­cję Pana Driggs’a byli­śmy dopusz­czeni do sprzętu, a ofi­ce­ro­wie Kom. doświad­czal­nej udzie­lili nam wszel­kich wyja­śnień odno­śnie sprzętu prze­ciw­lot­ni­czego. Dyrektor Arsenału w Wateffild jest daw­nym odbiorcą w fir­mie Driggs’a. Zastępca Dyr. Arsenału w Watertown jest bar­dzo bli­skim zna­jo­mym Pana Driggs’a. Podczas byt­no­ści naszej z Panem Driggs’em w Ministerstwie Wojny w Washingtonie można było zauwa­żyć, że Pan Drigss ma tam duże sto­sunki i zna­jo­mo­ści…

Pan Wańkowicz, radca han­dlowy Poselstwa naszego w Washingtonie na zapy­ta­nie moje co do Pana Driggs’a wydał o nim bar­dzo pochlebną opi­nię jako o fachowcu i czło­wieku bar­dzo sza­no­wa­nym w prze­my­śle St. Zjednoczonych. Pan Driggs oświad­czył przez przed­sta­wi­ciela swego w Polsce, Pana inż. Ziębę, że w wypadku uru­cho­mie­nia przez niego fabry­ka­cji sprzętu art. w Polsce, wyrób amu­ni­cji i dla państw obcych, od któ­rych zamó­wie­nia otrzyma, pro­jek­tuje uru­cho­mić w Polsce.

Sprawa ame­ry­kań­skiej fabryki nad Wisłą miała swoją kon­ty­nu­ację wio­sną następ­nego roku, kiedy szef Departamentu Uzbrojenia Ministerstwa Spraw Wojskowych skie­ro­wał do Sztabu Głównego pismo „Sprzęt prze­ciw­lot­ni­czy. Pertraktacje z Driggsem i kon­fe­ren­cja” (L.dz.616/mob.Broń.Art.), w któ­rym wyszcze­gól­niał zapy­ta­nia skie­ro­wane do kra­jo­wego przed­sta­wi­ciela ame­ry­kań­skiego prze­my­słowca:
jaki będzie przy­pusz­czalny koszt inwe­sty­cyjny oddziału armat przy fir­mie Ostrowie (praw­do­po­dob­nie jest tu mowa o Towarzystwie Akcyjnym Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich);
ile czasu będzie potrzeba na prze­pro­wa­dze­nie prac insta­la­cyj­nych i jak jest postrze­gana ewen­tu­alna bie­żąca współ­praca.

Choć doku­menty doty­czące oma­wia­nego przed­się­biorcy są w ramach zbio­rów archi­wal­nych roz­pro­szone, to wydaje się, że z ist­nie­ją­cego zasobu jest moż­liwe odtwo­rze­nie znacz­nie dokład­niej­szej histo­rii kon­tak­tów MSWojsk. ze spółką Driggs Ordnance & Engineering Company. W momen­cie roz­po­czę­cia akcji han­dlo­wej nad Wisłą William H. Driggs był już w zasa­dzie ban­kru­tem. Po roz­sta­niu ze wspól­ni­kami i pró­bie zaist­nie­nia na rynku pro­du­cen­tów samo­cho­dów nie posia­dał już odpo­wied­nich gwa­ran­cji, ani wspar­cia finan­so­wego ze strony Departamentu Wojny Stanów Zjednoczonych, który mógł go wes­przeć w walce kon­ku­ren­cyj­nej z takimi potę­gami jak Vickers, Schneider czy Bofors.

Zaletą Driggsa były jed­nak znaczne nowo­cze­śniej­sze roz­wią­za­nia tech­niczne, wyprze­dza­jące wie­lo­krot­nie pro­po­zy­cje skła­dane przez euro­pej­skich poten­ta­tów opie­ra­ją­cych się nadal na sprzę­cie powsta­łym przed lub w trak­cie Wielkiej Wojny. Warto jed­nak pamię­tać, że ame­ry­kań­ska pro­po­zy­cja została uznana przez odby­wa­jącą swo­iste tour­nee po świe­cie pol­ską komi­sją za jeden z trzech naj­bar­dziej odpo­wia­da­ją­cych potrze­bom Wojska Polskiego modeli uzbro­je­nia (obok Boforsa kal. 80 mm i Skody kal. 76,5 mm).

Francuski lider?

Komisja kie­ro­wana przez ppłk. Vorbrodta odwie­dza­jąc zakłady w Hawrze zapo­znała się na początku wrze­śnia 1928 r. z 75 mm armatą prze­ciw­lot­ni­czą wz. 26. W trak­cie strze­lań poka­zo­wych odno­to­wano zacię­cia zamka i cięż­kie dzia­ła­nie jego ele­men­tów, chwiej­ność przy pro­wa­dze­niu ognia oraz bar­dzo skom­pli­ko­wane przej­ście do poło­że­nia mar­szo­wego. Końcowa ocena sprzętu nie mogła zatem brzmieć ina­czej niż: …powyż­sza kon­struk­cja przed­sta­wia pomysł ory­gi­nalny, lecz chy­biony. Firma sama zdaje sobie z tego sprawę, prze­wi­du­jąc potrzebę wpro­wa­dze­nia
sze­regu zmian i ulep­szeń.

W maju 1931 r. roz­ka­zem I wice­mi­ni­stra MSWojsk. powo­łana została kolejna komi­sja zło­żona z przed­sta­wi­cieli Instytutu Badań Materiałów Uzbrojenia (IBMU), Departamentu Uzbrojenia (DepUzbr.) oraz Departamentu Artylerii (DepArt.). Przewodniczącym zostaje ppłk Wacław Vorbrodt, a wśród człon­ków znaj­dują się ofi­ce­ro­wie, któ­rzy przez całe lata 30. sta­no­wić będą elitę pol­skich spe­cja­li­stów z dzie­dziny arty­le­rii: ppłk Mikołaj Kulwieć, mjr dypl. Marian Jurecki, mjr Tadeusz Felsztyn oraz kpt Stefan Szymański. Rolą zespołu jest prze­ba­da­nie zagra­nicz­nych kon­struk­cji armat prze­ciw­lot­ni­czych wraz z zapro­jek­to­wa­nymi sys­te­mami wspo­ma­ga­nia ognia.

Pierwszym kie­run­kiem, który badano w ramach pod­ję­tych prac była ponow­nie Francja, postrze­gana jako lider w dzie­dzi­nie sprzętu arty­le­ryj­skiego. Na ujęte w for­mie pisem­nej rezul­taty nale­żało pocze­kać do wrze­śnia, kiedy to pra­cow­nicy I Oddziału Sztabu Głównego mieli przy­go­to­wać zesta­wie­nie: „Wyniki prób działa prze­ciw­lot­ni­czego Schneidera” (L.dz.3929/31/Mob.Mat.), Obejmowało ono wyniki badań fran­cu­skiej armaty pro­wa­dzone już na pol­skich poli­go­nach w Zielonce i Brześciu nad Bugiem.

Wstępne bada­nia roz­po­częto od pomiaru pręd­ko­ści począt­ko­wej poci­sków – przy pię­ciu strza­łach uśred­niony pomiar oscy­lo­wał w gra­niach 725 m/s przy tabe­la­rycz­nych war­to­ściach o 15 m/s niż­szych. Wyniki strze­lań na bada­nie roz­rzutu dały zda­niem komi­sji cał­kiem zado­wa­la­jące rezul­taty, przy zuży­ciu 20 gra­na­tów. Kolejny etap to bada­nie mak­sy­mal­nej dono­śno­ści pozio­mej, przy czym uzy­skano wynik zbli­żony do okre­ślo­nych w tabe­lach, tj. 13 000 zamiast 13 200 m. Maksymalnego pułapu nie mie­rzono, chcąc zaosz­czę­dzić poci­ski posia­da­jące dro­gie zapal­niki roz­pry­skowe. Przyjęto nato­miast, zgod­nie z oświad­cze­niem pro­du­centa war­tość 8600 m. Kolejna faza pokazu, mająca miej­sce 25 lipca, to jazda próbna z dzia­łem docze­pio­nym do ame­ry­kań­skiego cią­gnika marki FWD i poko­na­nie trasy z Warszawy do Brześcia nad Bugiem z prze­ciętną pręd­ko­ścią 15 km/godz. (mak­sy­malna 35 km/godz.). Żadnych uszko­dzeń sprzętu w trak­cie prze­mar­szu nie odno­to­wano, uznano jed­nak że zasto­so­wane na arma­cie koła są zbyt słabe i zbyt wąskie, przez co nie nadają się do pol­skich warun­ków dro­go­wych. Zaletą broni miała być moż­li­wość jej holo­wa­nia zarówno z pomocą trak­cji kon­nej jak i moto­ro­wej.

Sprawy skom­pli­ko­wały się w momen­cie roz­po­czę­cia wła­ści­wych prób całego zestawu i już sam ich począ­tek nie wró­żył żad­nych pozy­tyw­nych ocen. Podsumowanie tego etapu prób zawarte w innym doku­men­cie brzmiało: …4 sierp­nia 1931 roku, o godz. 11-ej po odda­niu jed­nego strzału do holo­wa­nego przez lot­nika rękawa – przy­rząd cen­tralny popsuł się i strze­la­nie wobec tego zostało prze­rwane. Po bez­owoc­nych usi­ło­wa­niach napra­wie­nia przy­rządy przez obecny na pró­bach per­so­nel firmy Schneider, przed­sta­wi­ciel firmy p. Verney oświad­czył, że zepsutą część (…) należy prze­słać do Francji celem naprawy – co zostało usku­tecz­nione.

Po złym pierw­szym wra­że­niu przed­sta­wi­ciele zbro­je­nio­wego poten­tata znad Sekwany poin­for­mo­wali, że 19 sierp­nia przy­był do Warszawy spe­cja­li­sta mon­ter wraz z nowym pod­ze­spo­łem. Montaż spraw­nego ele­mentu odbył się na tere­nie warsz­ta­tów brze­skiego 6. Batalionu Saperów i trwał dwa dni. Dopiero wie­czo­rem 21 sierp­nia per­so­nel fran­cu­ski zamel­do­wał goto­wość do strze­lań następ­nego dnia. Tutaj znów warto oddać głos ofi­ce­rowi przy­go­to­wu­ją­cemu raport: 22 sierp­nia o godz. 16-tej wystar­to­wał lot­nik z ręka­wem, jed­nak strze­la­nie nie mogło się odbyć, ze względu na złe funk­cjo­no­wa­nie sys­temu prze­ka­zy­wa­nia. Naprawa trwała do zmroku, poczem przed­sta­wi­ciele firmy oświad­czyli, że strze­la­nie może się odbyć następ­nego dnia.

Deklarację zaak­cep­to­wano, podob­nie jak prośbę o umoż­li­wie­nie osta­tecz­nego wyre­gu­lo­wa­nia sys­temu na godzinę przed roz­po­czę­ciem strze­lań. Nastał 23 sierp­nia, nie­stety spe­cja­li­ści Schneidera pol­skiej komi­sji zgło­sili sze­reg kolej­nych nie­do­ma­gań i zwró­cili się z prośbą o następną kil­ku­go­dzinną prze­rwę, która i tak na nie­wiele się zdała, gdyż żad­nych pozy­tyw­nych wyni­ków prac nie odno­to­wano. Ostatecznie przy­wie­zio­nego do Polski zestawu nie udało się uru­cho­mić, a tym bar­dziej prze­pro­wa­dzić wyma­ga­ją­cego pracy wszyst­kich pod­ze­spo­łów poka­zo­wego strze­la­nia. Bez spro­wa­dze­nia do kraju kolej­nego spe­cja­li­sty naprawa oka­zała się nie­moż­liwa, a kon­ty­nu­acja prób mogła nastą­pić dopiero 31 sierp­nia.

W przy­go­to­wa­nej na gorąco, bo 25 sierp­nia, opi­nii stwier­dzano, że wobec nie­ko­rzyst­nych wyni­ków, w grun­cie rze­czy dys­kwa­li­fi­ku­ją­cych przy­rząd cen­tralny i sys­tem prze­ka­zy­wa­nia nale­ża­łoby całość wysiłku testo­wego pod­jąć jesz­cze raz. Komisja nie wydała osta­tecz­nej decy­zji, pozo­sta­wia­jąc sprawę otwartą i zakła­da­jąc, że zgod­nie z zapew­nie­niami kon­cernu Schneider następ­nym razem zespół funk­cjo­no­wać będzie nale­ży­cie.

Szczęśliwie próby z powyż­szym zesta­wem udało się wzno­wić pod koniec sierp­nia o czym świad­czy spo­rzą­dzony kilka dni póź­niej pro­to­kół. W ich trak­cie oddano 94 strzały z wyko­rzy­sta­niem gra­na­tów napeł­nia­nych pro­chem czar­nym i z zapal­ni­kami roz­pry­sko­wymi według pro­jektu Schneidera. Odnotowano dwa nie­wy­bu­chy oraz jeden przy­pa­dek nie­nor­mal­nego lotu poci­sku spo­wo­do­wany praw­do­po­dob­nie zerwa­niem pier­ście­nia wio­dą­cego. Wszelkie dane obser­wa­cyjne potrzebne dla usta­le­nia prze­strzen­nego poło­że­nia roz­pry­sków wzglę­dem celu uzy­skano dla nie­spełna połowy wystrze­lo­nej amu­ni­cji.

Pomiary i usta­la­nie roz­pry­sków wyko­ny­wano m.in. przy uży­ciu dwóch 3‑metrowych dal­mie­rzy pro­duk­cji firmy Optique et préci­sion de Levallois (OPL), przy­szłego wła­ści­ciela Polskich Zakładów Optycznych. Uruchomiony apa­rat cen­tralny obsłu­gi­wało pię­ciu żoł­nie­rzy, a cię­żar urzą­dze­nia wyno­sił 150 kg. Odnotowano, że dostar­czone do kraju urzą­dze­nie było w zasa­dzie iden­tyczne z wzo­rem pre­zen­to­wa­nym pol­skiej komi­sji trzy lata wcze­śniej i nadal posia­dało sze­reg wad. Ocena mode­lo­wego mecha­nicz­nego prze­licz­nika brzmiała: Wobec stwier­dzo­nej moż­li­wo­ści psu­cia się apa­ratu, co wymaga naprawy przez spe­cja­li­stę i czyni badany model nie­pew­nym w uży­ciu Komisja uważa, że przed­sta­wiony sys­tem apa­ratu nie nadaje się na wpro­wa­dze­nie go na wypo­sa­że­nie bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych.

  • Jędrzej Korbal

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE