Wielki blef, czyli desant na twier­dzę cz.1

WITH_1_2016_blef

Obszar leżący na styku Niemiec, Belgii i Holandii od wie­ków sta­nowi kosz­mar każ­dego dowódcy zmu­szo­nego pro­wa­dzić tam­tędy ofen­sywę. W tere­nie poprze­ci­na­nym gęstą sie­cią rzek i kana­łów moż­li­wość poru­sza­nia się naprzód jest uza­leż­niona od nie­licz­nych, łatwych do zablo­ko­wa­nia mostów i prze­praw. Od czasu wpro­wa­dze­nia dale­ko­no­śnych dział główna trud­ność nie polega już na opa­no­wa­niu celów, lecz na ich utrzy­ma­niu w nie­usz­ko­dzo­nym sta­nie do czasu nadej­ścia głów­nych sił. Rozwój arty­le­rii i lot­nic­twa posta­wił pod zna­kiem zapy­ta­nia sens zdo­by­wa­nia obiek­tów, które obrońcy mogliby w każ­dej chwili znisz­czyć z dużej odle­gło­ści. Koncepcja ude­rze­nia przez bel­gij­skie pogra­ni­cze stała się jesz­cze bar­dziej pro­ble­ma­tyczna, gdy na początku lat trzy­dzie­stych ubie­głego wieku nad brze­giem Kanału Alberta wyro­sła for­teca. W polu ostrzału jej potęż­nych dział był cały teren od Liège po Maastricht. Wiosną 1940 r. miały tędy nacie­rać siły dwóch nie­miec­kich armii, a uto­ro­wać im drogę – nie­wielki oddział wojsk lot­ni­czych. Pięciuset wybra­nych do tej misji ludzi w mniej niż godzinę zmie­niło raz na zawsze obli­cze dzia­łań wojen­nych. Jedna z naj­bar­dziej zadzi­wia­ją­cych akcji w dzie­jach woj­sko­wo­ści była zara­zem czę­ścią jed­nej z naj­więk­szych misty­fi­ka­cji w historii.

Natychmiast po zakoń­cze­niu kam­pa­nii w Polsce Hitler naka­zał roz­po­czę­cie przy­go­to­wań do inwa­zji na Europę Zachodnią. Przed nie­miec­kimi pla­ni­stami sta­nęło nie­ła­twe zada­nie. Liczna, lecz słabo uzbro­jona armia pol­ska nie była rów­no­rzęd­nym prze­ciw­ni­kiem dla Wehrmachtu; zupeł­nie ina­czej przed­sta­wiała się sytu­acja na Zachodzie. Połączone siły bry­tyj­sko-fran­cu­sko-bel­gij­skie dys­po­no­wały uzbro­je­niem porów­ny­wal­nym, a nie­kiedy nawet lep­szym od nie­miec­kiego, w dodatku dostęp­nym w więk­szej ilo­ści. Ponadto chro­nił je naj­po­tęż­niej­szy na świe­cie sys­tem umoc­nień, na który skła­dała się fran­cu­ska Linia Maginota uzu­peł­niana łań­cu­chem twierdz bel­gij­skich i holenderskich.
Belgijskie pogra­ni­cze od początku odgry­wało w nie­miec­kich pla­nach istotną rolę. Działo się tak z kilku powo­dów. Po pierw­sze – osła­wione for­ty­fi­ka­cje Linii Maginota, osła­nia­jące Francję przed ata­kiem od wschodu, ury­wały się tuż przy gra­nicy z Belgią. Wyglądało to jak otwarte zapro­sze­nie dla poten­cjal­nego agre­sora. Z dokład­nie tych samych wzglę­dów sprzy­mie­rzeni tam wła­śnie musie­liby sku­pić więk­szość swo­ich naj­bar­dziej war­to­ścio­wych jed­no­stek, by sta­wić czoła spo­dzie­wa­nej nie­miec­kiej ofen­sy­wie. Niemcy prze­wi­dzieli ten ruch; wię­cej – liczyli na to. Uderzenie w tym miej­scu – gdyby się powio­dło – umoż­li­wi­łoby odcię­cie i znisz­cze­nie głów­nych sił alianc­kich. W sojusz­ni­czym pla­nie obrony był jesz­cze jeden słaby punkt. Początkowo mało kto zwra­cał uwagę na fakt, że w liniach umoc­nień zieje wyrwa. Zalesiony masyw Ardenów był uwa­żany przez alian­tów, podob­nie jak i przez więk­szość Niemców, za nie­prze­jezdny dla czoł­gów; bel­gij­skie insta­la­cje obronne, nie­wiele ustę­pu­jące francuskim,
zaczy­nały się dalej na północ.

Kanał Alberta…

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym myśle­nie woj­skowe Belgów, w więk­szym nawet stop­niu niż Francuzów, zdo­mi­no­wało podej­ście defen­sywne. Francja dys­po­no­wała sil­nymi woj­skami pan­cer­nymi i potęż­nym liczeb­nie, choć czę­ściowo prze­sta­rza­łym tech­nicz­nie lot­nic­twem. Poddani króla Leopolda inwe­sto­wali głów­nie w roz­wój arty­le­rii, zwłasz­cza for­tecz­nej (w czym zresztą mieli zna­ko­mite tra­dy­cje) i roz­bu­dowę umoc­nień. Czołgów było bar­dzo mało, a siły powietrzne dys­po­no­wały prze­waż­nie prze­sta­rza­łymi samo­lo­tami. Zdolności obronne poszcze­gól­nych państw sta­no­wiły pochodną ich poten­cjału lud­no­ścio­wego i prze­my­sło­wego. Francja miała bli­sko 50 mln miesz­kań­ców i mogła liczyć na kolo­nie. Dziesięciokrotnie mniej­sza Belgia, wci­śnięta mię­dzy dwóch potęż­nych sąsia­dów, nie mogła – nawet uwzględ­nia­jąc zasoby kró­lew­skiego Konga – aspi­ro­wać do sta­tusu mocarstwa.
Belgowie wycią­gnęli wnio­ski z lek­cji pierw­szej wojny świa­to­wej, kiedy to armia nie­miecka w dro­dze do Paryża prze­to­czyła się przez ich kraj. Droga, którą napast­nicy wtar­gnęli w sierp­niu 1914 r. do cen­trum Belgii, a stam­tąd do Francji, miała zostać zamknięta raz na zawsze. Uznano, że naj­lep­szą gwa­ran­cją jej sku­tecz­nego zablo­ko­wa­nia będzie prze­gro­dze­nie w poprzek kana­łem. Prace przy jego budo­wie ruszyły w 1927 r. 130-kilo­me­trowy kanał, nazwany imie­niem walecz­nego monar­chy kie­ru­ją­cego obroną pod­czas nie­miec­kiej inwa­zji, prze­bie­gał około 30 km od gra­nicy z Rzeszą. Cała inwe­sty­cja sta­no­wiła godne uwagi połą­cze­nie racji stra­te­gicz­nych i eko­no­micz­nych. Od początku pro­jek­to­wany jako część bel­gij­skiego sys­temu for­ty­fi­ka­cji, Albertkanaal – jak go nazy­wają Belgowie – miał też peł­nić ważną funk­cję w gospo­dar­czym krwio­biegu Europy. Obmyślając spo­sób obrony przed Niemcami pamię­tano, że śród­lą­dowy szlak łączący Mozę ze Skaldą skró­ciłby żeglugę z Antwerpii do Liège z tygodnia
do zale­d­wie kil­ku­na­stu godzin.
Pod wzglę­dem inży­nier­skim wyzwa­nie to nie ustę­po­wało budo­wie Kanału Panamskiego. Lewy brzeg Mozy leży znacz­nie wyżej niż prawy; samo wydrą­że­nie tunelu w wapien­nej skar­pie przy uży­ciu mate­ria­łów wybu­cho­wych zajęło budow­ni­czym dwa lata. W zgod­niej opi­nii wysi­łek się jed­nak opła­cił – opa­da­jące pio­nowo ściany dodat­kowo pod­no­siły natu­ralne walory obronne terenu. Aby wyrów­nać 56-metrową róż­nicę pozio­mów mię­dzy Liège a Antwerpią, zapro­jek­to­wano sześć śluz. Ich prze­rwa­nie spo­wo­do­wa­łoby zala­nie dużych połaci Belgii, zmie­nia­jąc je w śmier­telną pułapkę podobną do tej, w któ­rej ugrzązł jeden z nie­miec­kich kor­pu­sów po otwar­ciu tam na rzece Yser w 1914 r.
W momen­cie wybu­chu wojny droga wodna Moza-Skalda nie była jesz­cze gotowa do użytku. Nawet nie­ukoń­czona pozo­sta­wała jed­nak solą w oku nie­miec­kiego naczel­nego dowódz­twa. Nad kana­łem prze­rzu­cono trzy mosty: w Kanne, Vroenhoven i Veldwezelt. W razie ich znisz­cze­nia sze­roki na 37 m, wypeł­niony wodą prze­kop stałby się prze­szkodą nie­zwy­kle trudną do poko­na­nia, zwłasz­cza dla wojsk pan­cer­nych. Belgowie ze swej strony solid­nie się posta­rali, by prze­prawy nie wpa­dły nie­usz­ko­dzone w ręce prze­ciw­nika. Ochronę mostów powie­rzono 7. Dywizji Piechoty. Każdy z nich miał stałą załogę uzbro­joną w działa prze­ciw­pan­cerne oraz cięż­kie i ręczne kara­biny maszy­nowe roz­miesz­czone w beto­no­wych schro­nach. Ponadto, jak wszyst­kie mosty budo­wane w Belgii po 1918 r., już na eta­pie pro­jektu przy­sto­so­wano je do pla­no­wego wysa­dze­nia w powie­trze, umiesz­cza­jąc w fila­rach spe­cjalne komory na ładu­nek wybu­chowy. Na wschod­nim brzegu kanału znaj­do­wało się małe sta­no­wi­sko obser­wa­cyjne, któ­rego jedy­nym zada­niem było odpo­wied­nio wcze­śnie powia­do­mić obroń­ców o ataku. Jesienią 1939 r. prze­prawy zostały przy­go­to­wane do natych­mia­sto­wego znisz­cze­nia, a odcinki mię­dzy nimi obsa­dziły dodat­kowe kom­pa­nie piechoty.
Przekopany bar­dzo dużym kosz­tem Kanał Alberta sta­no­wił pod­stawę, na któ­rej opie­rał się cały bel­gij­ski plan wojny. Nie miał jed­nak zatrzy­mać wroga. Głęboki na 3,5 m i ufor­ty­fi­ko­wany na zachod­nim brzegu, two­rzył pierw­szą linię obrony, mającą posłu­żyć jedy­nie opóź­nie­niu pochodu wojsk nie­miec­kich. Plan zakła­dał utrzy­ma­nie pozy­cji wzdłuż kanału przez względ­nie krótki czas, potrzebny do przy­by­cia dywi­zji fran­cu­skich i bry­tyj­skich. Następnie Belgowie mieli wyco­fać się na linię rzeki Dyle, gdzie nastą­pi­łoby połą­cze­nie z woj­skami sojuszników.

  • Krzysztof Kubiak, Janusz Lizut

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE