USS Norfolk. Ślepa uliczka ewo­lu­cji

USS Norfolk w pierwotnej konfiguracji, miedzy innymi z otwartymi stanowiskami armat kal. 76 mm.

USS Norfolk w pier­wot­nej kon­fi­gu­ra­cji, mie­dzy innymi z otwar­tymi sta­no­wi­skami armat kal. 76 mm.

W histo­rii nie­mal każ­dej floty znaj­dziemy takie okręty, któ­rych kon­cep­cja przy­świe­ca­jąca powsta­niu prze­stała być aktu­alna jesz­cze przed ich wej­ściem do służby. W przy­padku US Navy jedną z takich jed­no­stek był krą­żow­nik do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych, USS Norfolk, w toku służby prze­kla­sy­fi­ko­wany naj­pierw na prze­wod­nik flo­tylli (lider), a potem na fre­gatę. Norfolk powstał na pod­sta­wie błęd­nych ana­liz okre­śla­ją­cych kie­runki roz­woju sił pod­wod­nych prze­ciw­nika, oka­zał się zbyt duży oraz drogi do budowy seryj­nej i nie docze­kał się pla­no­wa­nych kon­ty­nu­ato­rów. Jako pierw­szy duży okręt zapro­jek­to­wany w Stanach Zjednoczonych po woj­nie, był okrę­tem wyjąt­ko­wym, dzier­żył palmę pierw­szeń­stwa w kilku kwe­stiach.

USS Norfolk powstał w wyniku „awa­ryj­nego” pro­gramu zwięk­sze­nia zdol­no­ści US Navy w zakre­sie zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych, zaini­cjo­wa­nego tuż po zakoń­cze­niu II wojny świa­to­wej. Jego pod­stawą były ana­lizy kon­struk­cji i próby, w owym cza­sie nie­zwy­kle nowo­cze­snych, nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych zdo­by­tych przez Aliantów zachod­nich po kapi­tu­la­cji III Rzeszy. Oprócz elek­tro­bo­otów typu XXI, osią­ga­ją­cych w zanu­rze­niu mak­sy­malną pręd­kość 17 w., w ich ręce wpa­dły także jed­nostki napę­dzane tur­bi­nami Waltera (można je uznać za pra­przod­ków współ­cze­snych okrę­tów z napę­dem AIP), zdolne do krót­ko­trwa­łego roz­wi­nię­cia pod wodą pręd­ko­ści nawet 25 w. Brytyjscy i ame­ry­kań­scy ana­li­tycy uznali, że jeśli takie okręty zosta­łyby użyte masowo, bez więk­szych pro­ble­mów mogłyby prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa w bitwie o Atlantyk na korzyść Niemiec. Ich wysoka pręd­kość pod­wodna spra­wiała, że nie tylko wiele typów uzbro­je­nia i spe­cja­li­stycz­nego wypo­sa­że­nia detek­cyj­nego, sku­tecz­nie wyko­rzy­sta­nego oneg­daj przez Aliantów do walki z wil­czymi sta­dami Dönitza, można było uznać za prze­sta­rzałe, a tym samym także setki zbu­do­wa­nych już w cza­sie wojny, wypo­sa­żo­nych w nie kor­wet, fre­gat czy nisz­czy­cieli eskor­to­wych o pręd­ko­ści poni­żej 25 w., które do efek­tyw­nej walki z nowymi zagro­że­niami były po pro­stu zbyt powolne. Ta kon­sta­ta­cja, rów­nież w kon­tek­ście roz­po­czy­na­ją­cej się wła­śnie zim­nej wojny, przy­spo­rzyła ame­ry­kań­skim admi­ra­łom wielu bez­sen­nych nocy. I cho­ciaż w ręce nowego głów­nego prze­ciw­nika – ZSRS – nie wpadł żaden tur­bi­nowy okręt pod­wodny, to na tere­nie sowiec­kiej strefy oku­pa­cyj­nej Niemiec zna­la­zły się oddziały biura kon­struk­cyj­nego Ingenieurbüro Glückauf w Blankenburgu i Halberstadt (acz­kol­wiek mia­sta te zdo­byte zostały wcze­śniej przez woj­ska bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie, a pozo­stali w oddzia­łach biura pra­cow­nicy, a także znaj­du­jące się tam war­to­ściowe doku­menty zostały prze­jęte przez wywiad tech­niczny tych państw – przyp. red.), bio­rące udział w ich roz­woju, jak rów­nież zakłady Bruener-Kanis-Raeder w Dreźnie, w któ­rych pro­du­ko­wano tur­biny Waltera. W sowiec­kie ręce dostało się też kilka goto­wych i dzie­siątki znaj­du­ją­cych się w budo­wie w Gdańsku okrę­tów pod­wod­nych typu XXI. Amerykańscy ana­li­tycy zakła­dali. że dzięki zdo­by­czom wojen­nym Sowieci szybko zaadap­tują nie­miec­kie zaawan­so­wane roz­wią­za­nia w tej dzie­dzi­nie i wkrótce zaczną pro­du­ko­wać udo­sko­na­lone klony naj­no­wo­cze­śniej­szych U-Bootów Kriegsmarine. W 1948 r. na Zachodzie zało­żono, że w 1951 r. Wojenno-Morskoj Fłot (dalej – WMF) ZSRS będzie dys­po­no­wał 26 okrę­tami pod­wod­nymi o napę­dzie tur­bi­no­wym, 60 szyb­kimi okrę­tami pod­wod­nymi wypo­sa­żo­nymi w chrapy (powsta­łych na dro­dze ewo­lu­cji typu XXI) i 130 okrę­tami pod­wod­nymi star­szych typów. Największą panikę wzbu­dzały jed­nak, zawarte w zdo­by­tych nie­miec­kich doku­men­tach, wizje według któ­rych, po wdro­że­niu nowych metod pro­duk­cji i przy peł­nej wojen­nej mobi­li­za­cji, do 1960 r. miano zbu­do­wać aż… 2000 okrę­tów pod­wod­nych nowych typów. Jakie byłyby kon­se­kwen­cje, gdyby Sowietom udało się te plany zre­ali­zo­wać cho­ciażby tylko w poło­wie!

Narodziny zabójcy okrę­tów pod­wod­nych

Amerykańscy pla­ni­ści za naj­lep­sze kontr­po­su­nię­cie uznali przy­spie­szony roz­wój wła­snych wyspe­cja­li­zo­wa­nych okrę­tów do zwal­cza­nia okrę­tów pod­wod­nych, wypo­sa­żo­nych w zaawan­so­wane sys­temy hydro­lo­ka­cyjne, zdolne – w prze­ci­wień­stwie od wszyst­kich ówcze­snych eskor­tow­ców będą­cych w służ­bie – sku­tecz­nie wykry­wać i śle­dzić nowe okręty pod­wodne, także gdy ich nosi­ciel poru­szałby się z dużą pręd­ko­ścią. Ze względu na potrzebę wcie­le­nia znacz­nej liczby takich jed­no­stek, zakła­dano budowę dwóch ich typów, nale­żą­cych do róż­nych kate­go­rii ceno­wych. Tak zwani zabójcy (hun­ter-kil­lers) mieli słu­żyć do ofen­syw­nej walki z okrę­tami pod­wod­nymi, a mniej kosz­towne eskor­towce (escorts) miano wyko­rzy­sty­wać głów­nie do ochrony kon­wo­jów. Wymagania dla zabójcy z sierp­nia 1946 r. mówiły o okrę­cie o pręd­ko­ści mak­sy­mal­nej 35 w., zdol­nym do utrzy­ma­nia 30 w. na wzbu­rzo­nym morzu, co miało według ówcze­snych ana­liz wystar­czać do walki z okrę­tami prze­ciw­nika roz­wi­ja­ją­cymi pod wodą pręd­kość rzędu 25 w. Miała go także cecho­wać zdol­ność do szyb­kiego uzy­ska­nia wyso­kiej pręd­ko­ści i duży zasięg. Efektywnemu dzia­ła­niu sys­te­mów hydro­lo­ka­cyj­nych miały sprzy­jać: zespół napę­dowy wytwa­rza­jący hałas o mniej­szym natę­że­niu i nisko­obro­towe śruby (sze­ścio­skrzy­dłowe zda­niem JFS 1965 – 66), które jed­nak, z racji znacz­nej śred­nicy, wymu­szały zasto­so­wa­nie kadłuba o względ­nie dużym zanu­rze­niu. Oczywiście, okręty miały rów­nież otrzy­mać bar­dzo silne uzbro­je­nie prze­ciwko okrę­tom pod­wod­nym. Główną siłę miały two­rzyć 4 stałe wyrzut­nie z jed­nostką ognia skła­da­jącą się z 12 samo­na­pro­wa­dza­ją­cych się tor­ped nowego typu o dużym zasięgu i głę­bo­ko­ści biegu (czas ich prze­ła­do­wa­nia miał nie prze­kra­czać 15 minut), które uzu­peł­niać miały mio­ta­cze rakie­to­wych bomb głę­bi­no­wych (dalej – rbg). Tymczasowo tę rolę speł­niać miały 3 sys­temy RUR-4 Weapon Able, nie­ba­wem zwane Alpha, każdy z 36 sztu­kami amu­ni­cji goto­wymi do natych­mia­sto­wego uży­cia i dal­szymi 500 w maga­zy­nach pod pokła­dem. Zapas środ­ków bojo­wych do wszyst­kich typów uzbro­je­nia miał pozwo­lić na prze­pro­wa­dze­nie 20 ata­ków, a sys­te­mami prze­ciw­po­dwod­nymi miano kie­ro­wać z cen­trali umiesz­czo­nej w pobliżu bojo­wego cen­trum infor­ma­cyj­nego (BCI).
Uzbrojenie arty­le­ryj­skie miało speł­niać funk­cje pomoc­ni­cze, zaś same okręty dzia­łać pod osłoną samo­lo­tów i innych, bar­dziej uni­wer­sal­nych, jed­no­stek eskor­to­wych US Navy. Obejmować miało jedy­nie 2 nowego typu zdwo­jone 76 mm auto­ma­tyczne armaty uni­wer­salne w wie­żach, okre­ślane jako 3”/70, albo – jako roz­wią­za­nie przej­ściowe – mniej sku­teczne, ale już pro­du­ko­wane, także zdwo­jone, typu 3”/50.

  • Ivan Zajac

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE