Udany debiut Abdiela

Brytyjski stawiacz min Abdiel na zdjęciu wykonanym podczas prób stoczniowych. Fot. zbiory Autora

Brytyjski sta­wiacz min Abdiel na zdję­ciu wyko­na­nym pod­czas prób stocz­nio­wych. Fot. zbiory Autora

W ostatni dzień kwiet­nia 1941 r. do bazu­ją­cej w Aleksandrii Floty Śródziemnomorskiej dołą­czyła grupa okrę­tów. Były wśród nich dwie jed­nostki wcie­lone nie­dawno do służby – krą­żow­nik prze­ciw­lot­ni­czy Dido i sta­wiacz min Abdiel. Trzy tygo­dnie póź­niej Abdiel został po raz pierw­szy wyko­rzy­stany bojowo na Morzu Śródziemnym. Miny, nie­po­strze­że­nie posta­wione przez niego w new­ral­gicz­nym punk­cie u zachod­nich wybrzeży Grecji, już po nie­wielu godzi­nach od zna­le­zie­nia się w wodzie zadały prze­ciw­ni­kowi poważne straty.

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym kwe­stia ofen­syw­nego wyko­rzy­sta­nia min była jedną z tych, które na naj­wyż­szych szcze­blach bry­tyj­skiej Admiralicji prak­tycz­nie igno­ro­wano. Dopiero w stycz­niu 1937 r., wobec zaostrza­nia się sytu­acji w Europie i przy­spie­sza­ją­cego wyścigu zbro­jeń, trzeci lord mor­ski pole­cił ust­nie, by spo­rzą­dzono szkic pro­jek­towy szyb­kiego okrętu do sta­wia­nia zagród mino­wych w new­ral­gicz­nych punk­tach na wodach prze­ciw­nika. Takie prze­zna­cze­nie okre­ślało pod­sta­wowe jego cechy – konieczna była jak naj­wyż­sza pręd­kość mak­sy­malna oraz jak naj­trud­niej­sza do wypa­trze­nia, a więc nie­wielka, niska syl­wetka.
Przyjęcie, że ładu­nek musi być znacz­nie więk­szy niż w przy­padku nisz­czy­cieli (począt­kowo min miało być 100, wymóg osta­teczny mówił o 150), a okręt powi­nien osią­gać pręd­kość nie­mal 40 w. (co ozna­czało koniecz­ność uży­cia urzą­dzeń napę­do­wych o odpo­wied­nio dużej mocy) bez­po­śred­nio wpły­nęło na okre­śle­nie jego roz­mia­rów. Projekt finalny przed­sta­wiał jed­nostkę o wypor­no­ści stan­dar­do­wej 2650 ts, a więc sporo więk­szej od nisz­czy­ciela typu Tribal i jed­no­cze­śnie o 50% mniej­szej od krą­żow­nika lek­kiego typu Arethusa, które w Royal Navy two­rzyły odpo­wied­nio mak­si­mum i mini­mum w tych kate­go­riach. Względy tak­tyczne (skry­wa­nie ładunku) i prak­tyczne (zabez­pie­cze­nie min i mecha­ni­zmów ich sta­wia­nia przed wpły­wami atmos­fe­rycz­nymi) spra­wiły, że tory minowe ulo­ko­wano pod pokła­dem gór­nym gład­kiego na całej dłu­go­ści kadłuba, cechu­ją­cego się wysoką wolną burtą i nie­wielki wznio­sem na dzio­bie. Najwyżej wzno­siły się nad nim 2 pio­nowe maszty trój­nożne i 3 kominy (taka ich liczba była wyjąt­kową wśród ówcze­snych okrę­tów), dużo niż­sze były nad­bu­dówki.
Wobec przy­ję­cia, że okręt ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów musi uni­kać jed­no­stek pły­wa­ją­cych wroga i głów­nym zagro­że­niem będą dla niego samo­loty, uzbro­je­nie arty­le­ryj­skie sta­no­wiło 6 armat kal. 102 mm (3xII, w tym 2 sta­no­wi­ska dzio­bowe) na pod­sta­wach uni­wer­sal­nych. Dochodziły do tego – sta­no­wi­sko poczwór­nie sprzę­żo­nych dzia­łek kal. 40 mm („pom-pomów”) na plat­for­mie za komi­nem rufo­wym i 2 sta­no­wi­ska poczwór­nie sprzę­żo­nych wkm-ów kal. 12,7 mm na skrzy­dłach mostka.
Specyfikacja i rysunki pro­jek­towe nowego okrętu zostały zaak­cep­to­wane przez Radę Admiralicji 1 grud­nia 1938 r. W marcu 1939, po zamó­wie­niu w stocz­niach czte­rech, roz­po­częto budowę trzech. Był wśród nich powsta­jący na jed­nej z pochylni J. Samuel White Co. w Cowes (wyspa Wight) Abdiel, któ­rego zwo­do­wa­nie nastą­piło 23 kwiet­nia 1940 r. Niecały rok póź­niej, 20 marca, został on wysłany do Greenock, na próby odbior­cze. Gdy po 2 dniach oka­zało się, że do Brestu zawi­nęły, koń­cząc udany rajd przez Atlantyk, nie­miec­kie pan­cer­niki Gneisenau i Scharnhorst, z Admiralicji nad­szedł roz­kaz popły­nię­cia do Milford Haven w połu­dniowo-zachod­niej Walii. Abdiel, idąc ze śred­nią pręd­ko­ścią 35,5 w., dotarł tam 22 marca o 14:30, pobrał z miej­sco­wego składu 141 min i w nocy z 23 na 24, po wyj­ściu z Plymouth, posta­wił je w pobliżu bre­toń­skiej bazy wroga. Zadanie wyko­nał samot­nie, tylko na począt­ko­wym odcinku trasy eskor­to­wały go nisz­czy­ciele Kashmir i Kipling. W nocy z 28 na 29 pozo­sta­wił w nie­od­le­głym miej­scu 150 min. Tym razem 4 nisz­czy­ciele towa­rzy­szyły mu do punktu 25 Mm od Brestu i tam pocze­kały, w dro­dze powrot­nej po raz pierw­szy otwo­rzył ogień z armat, strze­la­jąc do natręt­nego zwia­dowcy Luftwaffe.
  • Wojciech Holicki

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE