Tajemnice pią­tego patrolu ORP Orzeł

ORP Orzeł 29 grudnia 1939 r. w Rosyth. Widoczny na kadłubie żółto-czerwony znak identyfikacyjny dla alianckich lotników.

ORP Orzeł 29 grud­nia 1939 r. w Rosyth. Widoczny na kadłu­bie żółto-czer­wony znak iden­ty­fi­ka­cyjny dla alianc­kich lot­ni­ków.

Historia V patrolu bojo­wego okrętu pod­wod­nego ORP Orzeł, w któ­rym odniósł on swój słynny, a zara­zem jedyny suk­ces bojowy, z pozoru wydaje się być dobrze znana. Jest jed­nak kilka kwe­stii spor­nych, któ­rych w związku z kon­kret­nymi wyda­rze­niami tego rejsu do dziś nie wyja­śniono. Artykuł ten ma na celu roz­wi­kła­nie nie­któ­rych tajem­nic, zwią­za­nych z tym patro­lem, boga­tym w dra­ma­tyczne prze­ży­cia dla całej załogi okrętu.

Cztery pierw­sze patrole bojowe wyko­nane z bazy bry­tyj­skiej w Rosyth nie przy­nio­sły dotąd zało­dze Orła suk­cesu bojo­wego, choć nie­wiele bra­ko­wało w cza­sie czwar­tego, gdy okręt nie­długo po pół­nocy 11 marca 1940 r. roz­mi­nął się we mgle z poszu­ki­wa­nym (otrzy­mał drogą radiową infor­ma­cję o jego tra­sie) nie­miec­kim parow­cem Helene Russ (993 BRT), eskor­to­wa­nym przez nisz­czy­ciel lub tor­pe­do­wiec. Orzeł wów­czas napo­tkał te jed­nostki, naj­pierw o godz. 00:40, lecz musiał wów­czas ostro skrę­cić w prawo, by nie zde­rzyć się z eskor­tow­cem. Oświetlony sta­tek spo­strze­żono drugi raz na krótko na pozy­cji 56°49’N i 08°10’E o godz. 1:50, lecz i tym razem było konieczne zwięk­sze­nie dystansu, by unik­nąć zde­rze­nia, i póź­niej jed­nostka znik­nęła z pola widze­nia. Dopiero kilka godzin póź­niej tego dnia Orzeł napo­tkał dwa duń­skie statki i skon­tro­lo­wał jeden z nich o nazwie Tomsk (1229 BRT; dru­giego napo­tka­nego statku – Vidar, 1353 BRT, nie kon­tro­lo­wano). Do bazy z IV patrolu powró­cił 17 marca 1940 r.
Należy wspo­mnieć, że wszyst­kie dotych­cza­sowe patrole bojowe z Rosyth ORP Orzeł wyko­ny­wał mając kom­pletne jedy­nie uzbro­je­nie tor­pe­dowe. Choć pod­czas inter­no­wa­nia w Tallinie we wrze­śniu 1939 r. Estończycy zdo­łali zabrać z okrętu łącz­nie 14 tor­ped (6 typu AB oca­lił udany sabo­taż kpt. Grudzińskiego, który uszko­dził dźwig por­towy pod­no­szący tor­pedy, i póź­niej Orzeł uciekł z portu nadal mając tych kilka oca­la­łych „rybek”), to ich brak udało się w miarę łatwo uzu­peł­nić po dotar­ciu do Wielkiej Brytanii. Wiosną 1939 r. zaku­piono dla Polskiej Marynarki Wojennej zapas 27 tor­ped typu 1924V i cze­kały one na odbiór w Cherbourgu jesz­cze tuż przed wybu­chem wojny. Większość tego zapasu tra­fiła na Orła (choć kilka tor­ped AB do czte­rech wyrzutni obra­cal­nych powinno było na nim zostać), resztę prze­ka­zano na zapas do nisz­czy­cieli Grom i Błyskawica. Znacznie trud­niej było coś zro­bić z nie­czynną arty­le­rią, po tym, jak Estończycy zabrali w Tallinie zamki do armaty kal. 105 mm L/40 wz. 36 i podwój­nie sprzę­żo­nego działka plot. kal. 40 mm L/60 wz. 36 – oba szwedz­kiej firmy A.B. Bofors. Poczyniono sta­ra­nia, by zaku­pić bra­ku­jące zamki u Szwedów, ale trwało to dość długo i na V patrolu załoga Orła dys­po­no­wała jesz­cze tylko dwoma kara­bi­nami maszy­no­wymi Lewis kal. 7,7 mm1. Była to bar­dzo słaba obrona przed samo­lo­tami Luftwaffe, przed któ­rymi okręt kpt. mar. Jana Grudzińskiego musiał bły­ska­wicz­nie kryć się w głę­bi­nach.
3 kwiet­nia 1940 r. ORP Orzeł opu­ścił Rosyth, roz­po­czy­na­jąc V patrol bojowy. Tym razem kpt. Grudziński otrzy­mał roz­kaz patro­lo­wa­nia w rejo­nie Skagerraku. Hubert Jando w swoim artykule2 wspo­mniał, że na początku tego rejsu Orzeł zajął wyzna­czony sek­tor z jed­no­dnio­wym opóź­nie­niem, bo w dro­dze mecha­nicy musieli usu­nąć awa­rię sil­nika. Po dotar­ciu w wyzna­czony rejon kolejne dwa dni patro­lo­wa­nia nie przy­nio­sły żad­nych szcze­gól­nych zda­rzeń. Miało się to jed­nak zmie­nić 8 kwiet­nia 1940 r., gdy okręt Grudzińskiego patro­lo­wał nie­da­leko wybrzeży nor­we­skich na połu­dnie od Lillesand.
Rozkaz jaki otrzy­mał, naka­zy­wały mu kon­tro­lo­wa­nie podej­rza­nych stat­ków zmie­rza­ją­cych z por­tów nor­we­skich lub kie­ru­ją­cych się w ich stronę, a w przy­padku pew­nego ziden­ty­fi­ko­wa­nia jed­no­stek nie­miec­kich można było je zato­pić dopiero po uprzed­nim ostrze­że­niu. Były to roz­kazy podobne do tych, jakie wybit­nie utrud­niły pol­skim okrę­tom pod­wod­nym odnie­sie­nie jakich­kol­wiek suk­ce­sów w kam­pa­nii wojen­nej 1939 r. na Bałtyku, tyle że w przy­padku dzia­łań na wodach Skagerraku w kwiet­niu 1940 r. szanse na zato­pie­nie w ten spo­sób jed­no­stek han­dlo­wych były nieco więk­sze – okręty Kriegsmarine i samo­loty Luftwaffe nie pano­wały jesz­cze nad tym obsza­rem w tak dużym stop­niu (to się zmie­niło dopiero po inwa­zji wojsk nie­miec­kich na Danię i Norwegię).

Atak na Rio de Janeiro

Około godz. 10:003 na ORP Orzeł dostrze­żono naj­pierw odle­gły dym, a potem zbli­ża­jący się dość duży frach­to­wiec, pły­nący kur­sem pół­noc­nym. Grudziński zbli­żył swój okręt w zanu­rze­niu do podej­rza­nego statku, który nie miał pod­nie­sio­nej ban­dery. Ze wspo­mnień ówcze­snego pchor. mar. Eryka Sopoćki wynika, że Orzeł zbli­żył się do frach­towca na tyle bli­sko, że po godz. 11:00 można było odczy­tać na rufie jego nazwę Rio de Janeiro4, a gdy nie­świa­domy obec­no­ści okrętu pod­wod­nego sta­tek mijał go, nawet (zbyt słabo zama­lo­waną) nazwę portu macie­rzy­stego – Hamburg. Nie było zatem wąt­pli­wo­ści, że napo­tkano jed­nostkę nie­miecką. Realizując otrzy­mane roz­kazy, Grudziński zde­cy­do­wał swój okręt wynu­rzyć nie­cały kwa­drans póź­niej w odle­gło­ści około 1200 m od statku i nadał na Rio de Janeiro mię­dzy­na­ro­do­wym sygna­łem fla­go­wym roz­kaz zatrzy­ma­nia i przy­sła­nia w sza­lu­pie kapi­tana z doku­men­tami frach­towca. W pierw­szej chwili nie­miecki kapi­tan nie zamie­rzał posłu­chać tego pole­ce­nia, lecz zwięk­szył pręd­kość statku do mak­sy­mal­nej, kie­ru­jąc się w stronę nor­we­skiego brzegu. Orzeł jed­nak dys­po­no­wał pręd­ko­ścią mak­sy­malną o 9 w. więk­szą niż sta­tek, więc bez trudu dogo­nił ucie­ki­niera, i na roz­kaz Grudzińskiego posłano w stronę Rio de Janeiro serie z Lewisa – naj­pierw tuż koło burty, a potem po niej. Wycelowano też w jego stronę armatę kal. 105 mm, choć oczy­wi­ście nie mogła otwo­rzyć ognia, ale tego Niemcy nie wie­dzieli. Pociski kara­binu maszy­no­wego poskut­ko­wały i tym razem sta­tek się zatrzy­mał.
Jeszcze w tym momen­cie Polacy nie wie­dzieli, że zatrzy­many sta­tek peł­nił rolę trans­por­towca woj­ska i został zaan­ga­żo­wany w ope­ra­cję „Weserübung”, mającą na celu zaję­cie Danii i Norwegii przez woj­ska nie­miec­kie. Operacja ta miała się roz­po­cząć naza­jutrz – 9 kwiet­nia. Frachtowiec nale­żał do grupy 15 stat­ków (I Seetransportstaffel), które zaan­ga­żo­wano do opa­no­wa­nia por­tów nor­we­skich, i miał ukry­tych pod pokła­dem 313 żoł­nie­rzy ze 159. Pułku Piechoty (69. Dywizja Piechoty) oraz z 13. i 33. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej. W rejs zabrano rów­nież 4 armaty prze­ciw­lot­ni­cze kal. 105 mm, 6 armat plot kal. 20 mm, 71 róż­nych pojaz­dów, 73 konie i 292 t amu­ni­cji, ben­zyny lot­ni­czej i innego zaopatrzenia5. Statek wyszedł w swój ostatni rejs z portu w Szczecinie o godz. 4:00 rano 7 kwiet­nia 1940 r. Celem jego rejsu było Bergen.
W chwili zatrzy­ma­nia Rio de Janeiro, dowo­dzący frach­tow­cem kapi­tan miał świa­do­mość, że atak okrętu pod­wod­nego może zde­ma­sko­wać plany nie­miec­kiej ope­ra­cji inwa­zyj­nej jesz­cze przed cza­sem. Jedyne co Niemcy mogli wów­czas zro­bić, to grać jak naj­dłu­żej na zwłokę. Po wywie­sze­niu na statku sygnału, że roz­kazy z Orła zostały zro­zu­miane, z pokładu frach­towca spusz­czono łódź z dwiema oso­bami, jed­nak krę­ciła się ona naj­pierw tuż koło frach­towca, potem posu­wała się w stronę Orła bar­dzo opie­szale i można było dostrzec, że wio­sło­wa­nie na łodzi jest momen­tami pozo­ro­wane. Na pol­skim okrę­cie ode­brano rów­nież sygnały, wysy­łane z Rio de Janeiro, który pró­bo­wał ścią­gnąć na pomoc samo­loty Luftwaffe.
Ponieważ czas, w któ­rym łódź powinna już dotrzeć do Orła upły­nął (trwało to ponad kwa­drans), kpt. Grudziński wysłał sygnał, naka­zu­jący zało­dze natych­miast opu­ścić sta­tek, bo za pięć minut zosta­nie on storpedowany6. Z tego czasu Niemcy powinni od razu sko­rzy­stać, bo nie było wąt­pli­wo­ści, że skie­ro­wany dzio­bem w stronę pra­wej burty frach­towca okręt pod­wodny odpali wkrótce tor­pedę. Niemiecki kapi­tan powi­nien przy­naj­mniej opu­ścić sza­lupy z peł­nymi obsa­dami na lewej bur­cie Rio de Janeiro (w zasa­dzie powi­nien na obu), aby odpły­wa­jąc na pewien czas od statku mogły potem wró­cić i ura­to­wać w wię­cej roz­bit­ków. Niemcy musieli sobie bowiem zda­wać sprawę, że tra­fie­nie tor­pedy i koniecz­ność ewa­ku­acji żoł­nie­rzy zde­ma­skuje obec­ność tych ostat­nich. Tymczasem – jak wspo­mi­nał Sopoćko7 – nic się dalej nie działo i inne sza­lupy nie zostały wcale spusz­czone, pomimo potwier­dze­nia cho­rą­giewką na statku, że sygnał tam zro­zu­miano.
Pierwszy strzał i zagadki z nim zwią­zane Jeszcze w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia na Orle wyrzutni dzio­bo­wych nr 2 i 38 do strzału zauwa­żono zbli­ża­jące się od nor­we­skiego wybrzeża dwa kutry i „szyb­ko­bieżną moto­rówkę”, która także była kutrem (R. M. Kaczmarek podał ich nazwy: Lindebø, Agder 2 i Stjernen). Jedna z tych jed­no­stek na moment weszła na linię strzału i odcze­kano, aż się oddali na bez­pieczną odle­głość. Dopiero wów­czas Grudziński naka­zał odpa­le­nie tor­pedy z wyrzutni nr 2.

  • Tadeusz Kasperski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE