Szturmowce MacArthura. „Air Apaches” i Morze Południowochińskie cz.3

Szturmowce MacArthura. Mitchell z „dywizjonu nietoperzy”.

Mitchell z „dywi­zjonu nie­to­pe­rzy”. Malowidła na poszcze­gól­nych samo­lo­tach czę­sto znacz­nie róż­niły się mię­dzy sobą. Dobrze widoczna górna wie­życzka, w wer­sji B-25C i D umiesz­czona w tyl­nej czę­ści kadłuba.

Gdy na prze­ło­mie 1944 i 1945 r. Amerykanie zdo­byli pierw­sze przy­czółki na Filipinach, roz­po­czął się nowy roz­dział w woj­nie powietrz­nej na Pacyfiku. W zasięgu Mitchelli 5. Armii Powietrznej USAAF zna­lazł się nie­mal cały akwen Morza Południowochińskiego – nie tylko bazy japoń­skiej mary­narki wojen­nej i lot­nic­twa na chiń­skim wybrzeżu, ale przede wszyst­kim stra­te­giczny szlak żeglu­gowy wio­dący z Borneo, Sumatry i Malajów wzdłuż wybrzeży Indochin Francuskich (obec­nie Wietnam) i Chin do japoń­skich Wysp Macierzystych.

Japonia, wyspiar­skie pań­stwo o wiel­kich aspi­ra­cjach i skrom­nych zaso­bach wła­snych, pozy­ski­wała wiele dóbr natu­ral­nych (żyw­ność, surowce itd.) kosz­tem sąsied­nich kra­jów. W miarę jak Japończycy tra­cili dostęp do swych zamor­skich zdo­by­czy, blo­kada szla­ków żeglu­go­wych nabrała klu­czo­wego zna­cze­nia dla obu wal­czą­cych stron. W tej krwa­wej bata­lii pierw­szo­pla­nową rolę ode­grały Mitchelle 345. Grupy Bombowej, noszą­cej przy­do­mek „Air Apaches”.
Jednostka skła­dała się z czte­rech dywi­zjo­nów: 498. BS „Falcons”, 499. BS „Bats Outa Hell”, 500. BS „Rough Raiders” i 501. BS „Black Panthers”. Powstała we wrze­śniu 1942 r., a do dzia­łań bojo­wych weszła w czerwcu 1943 r. w skła­dzie 5. Armii Powietrznej USAAF. Przez kolejny rok ata­ko­wała japoń­skie lot­ni­ska, mor­skie kon­woje i inne cele w rejo­nie Nowej Gwinei i Archipelagu Bismarcka – m.in. japoń­ską bazę w Rabaul. W lipcu 1944 r. przy­jęła nazwę „Air Apaches”; od tego czasu sta­tecz­niki pio­nowe samo­lo­tów zdo­bił wize­ru­nek głowy Indianina w pió­ro­pu­szu. Od lipca do listo­pada 1944 r. 345. BG sta­cjo­no­wała na wyspie Biak, skąd wypra­wiała się nad połu­dniowe Filipiny i Celebes. W listo­pa­dzie, krótko po inwa­zji w Zatoce Leyte, prze­nio­sła się na poło­żone w tym rejo­nie lot­ni­ska – kolejno Dulag i Tacloban, skąd począt­kowo wspie­rała woj­ska lądowe.
Od czasu prze­pro­wadzki na Filipiny „Air Apaches” mieli oso­bi­ste pora­chunki z wro­giem. 12 listo­pada 1944 r. wśród stat­ków sto­ją­cych na kotwicy w Zatoce Leyte i cze­ka­ją­cych na roz­ła­du­nek były dwa frach­towce – Thomas Nelson i Morrison Waite – wio­zące per­so­nel naziemny wszyst­kich czte­rech dywi­zjo­nów 345. BG. Oba statki zostały tra­fione przez samo­loty kami­ka­dze; zgi­nęło 92 człon­ków per­so­nelu „Air Apaches”, a 156 odnio­sło obra­że­nia (15 zmarło w kolej­nych dniach).
W poło­wie lutego 1945 r., po odbi­ciu przez Amerykanów połu­dnio­wej czę­ści wyspy Luzon, „Air Apaches” zało­żyli nową bazę ponad 650 km dalej na pół­nocny wschód, w San Marcelino nie­da­leko Manili. Do tego czasu 345. BG prze­zbro­iła się w B-25J, ostat­nią i naj­licz­niej­szą wer­sję Mitchella, któ­rej pro­duk­cję roz­po­częto w grud­niu 1943 r. B-25J był kom­pro­mi­sem pomię­dzy kla­sycz­nym bom­bow­cem a samo­lo­tem sztur­mo­wym. Miał prze­szklony dziób, miesz­czący sta­no­wi­sko bom­bar­diera, ale zacho­wał cztery strze­la­jące na wprost kara­biny maszy­nowe, mon­to­wane po dwa po bokach kadłuba. Ten kom­pro­mis oka­zał się bez­ce­lowy. W Europie, gdzie B-25 słu­żył jako kla­syczny bom­bo­wiec, w celu odcią­że­nia samo­lotu czę­sto demon­to­wano cztery boczne kaemy; z kolei na Pacyfiku, gdzie Mitchelle peł­niły przede wszyst­kim rolę samo­lo­tów sztur­mo­wych, więk­szość B-25J mody­fi­ko­wano ana­lo­gicz­nie jak w poprzed­nich wer­sjach, likwi­du­jąc sta­no­wi­sko bom­bar­diera. Tak prze­bu­do­wany B-25J dys­po­no­wał potężną siłą ognia: ośmioma kara­bi­nami maszy­no­wymi kali­bru 12,7 mm w dzio­bie samo­lotu i czte­rema po bokach kadłuba – łącz­nie 12 strze­la­ją­cych na wprost pół­ca­lów­kami (a nawet 14, gdyż górną wie­życzkę można było obró­cić do przodu).
Porucznik Ralph „Peppy” Blount, jeden z pilo­tów 501. BS, wspo­mi­nał: Lufy kaemów w dzio­bie samo­lotu zwy­kle były zakli­no­wane w dół pod kątem sze­ściu stopni i zsyn­chro­ni­zo­wane tak, by serie scho­dziły się nie­całe 200 metrów przed samo­lo­tem. Na moją prośbę sier­żant zbroj­mistrz pod­niósł lufy do kąta trzech stopni i usta­wił zbież­ność na około 250 metrów.
„Latamy tak nisko”, powie­dzia­łem sier­żan­towi, „że przy pochy­le­niu luf o sześć stopni będę strze­lał w zie­mię kil­ka­na­ście metrów przed dzio­bem samo­lotu! Nie zamie­rzam ata­ko­wać z wyso­ko­ści więk­szej niż sześć metrów”. Po sied­miu lotach bojo­wych pole­ci­łem pod­nieść lufy cał­ko­wi­cie do poziomu i prze­sta­wić zbież­ność na 300 metrów. I tak mia­łem wra­że­nie, że strze­la­jąc do więk­szo­ści celów raczej uno­szę niż opusz­czam dziób samo­lo­tu1.
  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE