Superciężki czołg K-Wagen

With_spec_1_2015_kwagen

Model czołgu K-Wagen widziany od przodu. Na stro­pie widać basz­tową kopułę dwóch obser­wa­to­rów arty­le­ryj­skich, dalej znaj­dują się rury wyde­chowe z dwóch sil­ni­ków.

Wydawałoby się, że era wiel­kich i bar­dzo cięż­kich czoł­gów przy­pa­dała w histo­rii na okres dru­giej wojny świa­to­wej – wów­czas to, w Trzeciej Rzeszy, pra­co­wano nad pro­jek­tami sze­regu gąsie­ni­co­wych wozów bojo­wych o masie prze­kra­cza­ją­cej sto ton i wię­cej, a nie­które nawet urze­czy­wist­niono (E-100, Maus itp.). Często pomija się jed­nak fakt, że nad czoł­gami o takich przy­mio­tach Niemcy zaczęli pra­co­wać już pod­czas Wielkiej Wojny, nie­długo po debiu­cie tego nowego rodzaju uzbro­je­nia na polu walki po stro­nie alianc­kiej. Efektem koń­co­wym pod­ję­tych wysił­ków inży­nier­skich był K-Wagen – naj­więk­szy i naj­cięż­szy czołg pierw­szej wojny świa­to­wej.

Gdy we wrze­śniu 1916 r. na fron­cie zachod­nim Niemcy po raz pierw­szy zetknęli się z czoł­gami, nowa broń wywo­łała u nich dwa prze­ciw­stawne odczu­cia: prze­ra­że­nie i fascy­na­cję. Wyglądające z pozoru na nie­moż­liwe do zatrzy­ma­nia pojazdy wydały się cesar­skim żoł­nie­rzom i dowód­com wal­czą­cym na pierw­szej linii frontu groźną bro­nią, choć począt­kowo nie­miecka prasa i część naj­wyż­szych rangą ofi­ce­rów raczej pogar­dli­wie odno­siły się tego wyna­lazku. Niczym nie­uza­sad­nione, lek­ce­wa­żące nasta­wie­nie szybko ustą­piło jed­nak miej­sca real­nej kal­ku­la­cji i trzeź­wej oce­nie poten­cjału gąsie­ni­co­wych wozów bojo­wych, co zaowo­co­wało poja­wie­niem się zain­te­re­so­wa­nia ze strony nie­miec­kiego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberste Heersleitung – OHL), które zapra­gnęło mieć w swoim arse­nale odpo­wied­nik bry­tyj­skiego oręża, aby przy jego pomocy prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa
na swoją stronę.
Niemieckie wysiłki zmie­rza­jące do zbu­do­wa­nia pierw­szych czoł­gów zakoń­czyły się w zasa­dzie (nie licząc pro­jek­tów wozów, które pozo­stały na deskach kre­ślar­skich) na zbu­do­wa­niu dwóch pojaz­dów: A7V i Leichter Kampfwagen w wer­sjach I, II i III (część histo­ry­ków i miło­śni­ków woj­sko­wo­ści twier­dzi, że roz­wój LK III zatrzy­mał się na fazie pro­jek­to­wej). Pierwsza z maszyn – powolna, mało zwrotna, wypro­du­ko­wana w licz­bie zale­d­wie dwu­dzie­stu egzem­pla­rzy – zdo­łała wejść do służby linio­wej i wzięła udział w wal­kach, lecz ogólne nie­za­do­wo­le­nie z jej kon­struk­cji spo­wo­do­wało, że roz­wój wozu zarzu­cono na dobre w lutym 1918 r. Druga nato­miast, znacz­nie bar­dziej per­spek­ty­wiczna już nawet z racji lep­szych osią­gów, acz­kol­wiek rów­nież nie wolna od wad, pozo­stała kon­struk­cją eks­pe­ry­men­talną. Niemożność dostar­cze­nia two­rzo­nym naprędce nie­miec­kim woj­skom pan­cer­nym czoł­gów rodzi­mej pro­duk­cji spo­wo­do­wała, że ich sze­regi musiał zasi­lić sprzęt zdo­byczny. Żołnierze cesar­skiej armii usil­nie „polo­wali” na alianc­kie pojazdy, lecz z mizer­nym skut­kiem. Pierwszy zdatny do jazdy czołg (Mk IV) został zdo­byty dopiero ran­kiem 24 listo­pada 1917 r. w Fontaine-Notre-Dame, po akcji prze­pro­wa­dzo­nej przez zespół dowo­dzony przez kaprala (Unteroffizier) Fritza Leua z Armee Kraftwagen Park 2 (oczy­wi­ście przed tą datą Niemcom udało się zdo­być pewną liczbę bry­tyj­skich czoł­gów; były to jed­nak wozy znisz­czone lub na tyle uszko­dzone, że nie dało się ich napra­wić i wyko­rzy­stać w walce). Po zakoń­cze­niu walk o Cambrai w ręce Niemców wpa­dło kolejne sie­dem­dzie­siąt jeden bry­tyj­skich czoł­gów w róż­nym sta­nie tech­nicz­nym, acz­kol­wiek uszko­dze­nia trzy­dzie­stu z nich były na tyle powierz­chowne, że ich naprawa nie nastrę­czała pro­ble­mów. Wkrótce liczba zdo­by­tych angiel­skich maszyn osią­gnęła taki poziom, że moż­liwe stało się zor­ga­ni­zo­wa­nie i wyekwi­po­wa­nie w nie kilku bata­lio­nów czoł­gów, któ­rych następ­nie użyto w walce.
Oprócz wspo­mnia­nych już wyżej czoł­gów, Niemcom w około 85 – 90% udało się rów­nież ukoń­czyć dwa egzem­pla­rze ważą­cego około 150 ton czołgu K-Wagen (Kolossal-Wagen; inna spo­ty­kana nazwa to np. Grosskampfwagen), który pod wzglę­dem gaba­ry­tów i posia­da­nej masy nie miał sobie rów­nych do cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej.

  • Hubert Michalski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE