Stulecie lot­nic­twa mor­skiego Holandii

Morskie samoloty patrolowe przez ponad dwadziescia lat zapewnialy

Morskie samo­loty patro­lowe przez ponad dwa­dzie­scia lat zapew­nialy

Choć nie­kiedy trudno w to uwie­rzyć, ludzka aktyw­ność lot­ni­cza liczy sobie już ponad wiek. Niepostrzeżenie weszli­śmy w okres, gdy poszcze­gólne for­ma­cje lot­ni­cze państw euro­pej­skich, a nawet nie­które jed­nostki cele­brują jubi­le­usz stu lat ist­nie­nia. Jedną z nich jest Marineluchtvaartdienst (MLD) – Służba Lotnicza Marynarki Wojennej Holandii.

Królestwo Niderlandów – kraj pra­wie osiem razy mniej­szy od Polski, za to o naj­więk­szej w Europie gęsto­ści zalud­nie­nia, jesz­cze w pierw­szej poło­wie XX wieku był jed­nym z mocarstw kolo­nial­nych. Rozległość posia­dło­ści od Azji Południowo-Wschodniej po Karaiby wyma­gała utrzy­ma­nia znacz­nych sił zbroj­nych, zdol­nych do obrony nie tylko metro­po­lii, ale także jej tery­to­riów zamor­skich. Nic dziw­nego, że mary­narka wojenna Królestwa wcze­śnie prze­ko­nała się do zalet lot­nic­twa. Już w 1914 r. roz­po­częto budowę bazy wod­no­sa­mo­lo­tów na wyspie Texel, a rok póź­niej prze­szko­lono pierw­szą grupę lot­ni­ków. Do szko­le­nia wyko­rzy­sty­wano lądo­wego Farmana F-22 oraz wod­no­sa­mo­loty pły­wa­kowe Friedrichshafen FF-19 i FF-29 oraz Sopwith Baby wresz­cie łódź lata­jącą White & Thompson Type 3. Zachowując ści­słą neu­tral­ność pod­czas Wielkiej Wojny Holandia unik­nęła nad­mier­nego pośpie­chu przy two­rze­niu nowego rodzaju służby. Za to skwa­pli­wie wcie­lano do eks­plo­ata­cji inter­no­wane samo­loty obu wal­czą­cych stron, z wielką dwu­sil­ni­kową łodzią lata­jącą Felixtowe F-2A włącz­nie. Dopiero 18 sierp­nia 1917 r. ofi­cjal­nym dekre­tem została powo­łana do ist­nie­nia MLD z główną sie­dzibą w bazie De Mok.
Lata mię­dzy­woj­nia to roz­wój lot­nic­twa mor­skiego. Obok samo­lo­tów bazu­ją­cych na lądzie w służ­bie poja­wiło się kil­ka­na­ście typów wod­no­sa­mo­lo­tów róż­nych kate­go­rii – z dużymi, oce­anicz­nymi łodziami lata­ją­cymi włącz­nie. Szczególną rolę ode­grały dwu­sil­ni­kowe łodzie lata­jące Dornier Wal, któ­rych pierw­sze egzem­pla­rze zaku­piono w 1926 r. we wło­skiej filii zakła­dów Dorniera. Łącznie użyt­ko­wano aż 46 samo­lo­tów tego typu, więk­szość wypro­du­ko­wano na licen­cji w zakła­dach Aviolanda. Znaczna ich część sta­cjo­no­wała w Holenderskich Indiach Wschodnich (dzi­siej­sza Indonezja), wyko­nu­jąc zada­nia patro­lo­wa­nia wybrzeży i wód tery­to­rial­nych tego ogrom­nego archi­pe­lagu, ale także trans­por­tu­jąc per­so­nel i ładunki. Były to jesz­cze czasy, gdy przy­go­to­wa­nie sta­łego kotwi­co­wi­ska dla wod­no­sa­mo­lo­tów było o wiele prost­sze i tań­sze, niż budowa lot­ni­ska w tro­pi­kal­nej dżun­gli, a ich przy­szłość wyda­wała się nie­za­chwiana. Ostatnie „Wieloryby” latały jesz­cze na początku II wojny świa­to­wej, kilka zostało znisz­czo­nych pod­czas japoń­skich nalo­tów na bazę Morokrembangan na Jawie w 1942 r. Z kolei początki lot­nic­twa pokła­do­wego wiążą się z wypo­sa­że­niem krą­żow­nika Hr. Ms. De Ruyter w dwa wod­no­sa­mo­loty pły­wa­kowe Fokker C.XI W star­tu­jące z kata­pulty.

Przeciw dwóm wro­gom

Ponowne ogło­sze­nie neu­tral­no­ści nie ura­to­wało Holandii przed wcią­gnię­ciem w II wojnę świa­tową. W maju 1940 r. tery­to­rium kraju zaata­ko­wały woj­ska nie­miec­kie. Przemyślana obrona oraz udana ewa­ku­acja władz holen­der­skich (z kró­lową Wilhelminą na czele) pozwo­liła na zacho­wa­nie cią­gło­ści pań­stwo­wo­ści i ogra­ni­cze­nie kapi­tu­la­cji wyłącz­nie do sił zbroj­nych w metro­po­lii. Znaczna ilość woj­ska, w tym per­so­nelu lot­ni­czego prze­do­stała się na Wyspy Brytyjskie, co pozwo­liło wkrótce na odbu­dowę jed­no­stek woj­sko­wych u boku alian­tów, w tym także lot­nic­twa mor­skiego.
Azjatyckie posia­dło­ści cie­szyły się kru­chym poko­jem jesz­cze pół­tora roku, jed­nak w grud­niu 1941 r. padły ofiarą agre­sji Cesarstwa Japonii. W wal­kach chwa­lebną kartę zapi­sały zamó­wione kilka lat wcze­śniej nowo­cze­sne łodzie lata­jące Dornier Do 24K. Oprócz sze­regu uda­nych misji roz­po­znaw­czych i patro­lo­wych, walk powietrz­nych z bom­bow­cami prze­ciw­nika „X-boats” (jak je potocz­nie okre­ślano) zali­czyły sku­teczne napro­wa­dze­nie wła­snego okrętu pod­wod­nego na japoń­ską flotę desan­tową, a nawet zato­pie­nie nisz­czy­ciela Shinonome 17 grud­nia 1941 r. Te suk­cesy nie mogły jed­nak powstrzy­mać japoń­skich sił inwa­zyj­nych i wkrótce oca­lałe resztki lot­nic­twa mor­skiego (w tym świeżo dostar­czone łodzie lata­jące-amfi­bie Consolidated PBY Catalina) trzeba było ewa­ku­ować na Cejlon i do Australii. Dalsze dzieje skrom­nych, lecz sil­nie zaan­ga­żo­wa­nych w alianc­kie dzia­ła­nia jed­no­stek, dzia­ła­ją­cych z pro­wi­zo­rycz­nych baz od Cejlonu, przez Południową Afrykę, aż po Zatokę Adeńską zasłu­gują na odrębną szer­szą opo­wieść.
Z kolei na fron­cie euro­pej­skim nowe jed­nostki sfor­mo­wano dzięki pomocy Wielkiej Brytanii. Były to dywi­zjony patro­lowe o nume­rach 320 i 321 (póź­niej połą­czone i od marca 1943 r. ope­ru­jące jako 320 Squadron oraz kla­syczna jed­nostka bom­bowa), for­mal­nie włą­czone do struk­tury Coastal Command RAF. Pierwszy z nich przez kilka mie­sięcy uży­wał ewa­ku­owa­nych na Wyspy samo­lo­tów pły­wa­ko­wych Fokker T.VIII, zanim brak czę­ści zamien­nych nie wymu­sił prze­zbro­je­nia na Ansony i Hudsony. Z kolei w ramach Fleet Air Arm powstał w czerwcu 1943 r. 860 Dywizjon lot­nic­twa pokła­do­wego, wypo­sa­żony w archa­iczne, lecz nie­za­stą­pione dwu­pła­towce Fairey Swordfish. Operując z pokła­dów nie­wiel­kich lot­ni­skow­ców eskor­to­wych (prze­bu­do­wa­nych z tan­kow­ców Shella i nadal pły­wa­ją­cych pod holen­der­ską ban­derą han­dlową) MV Acavus, MV Gadila i MV Macoma dywi­zjon uczest­ni­czył w eskor­cie kon­wo­jów na Północnym Atlantyku, zapi­su­jąc chwa­lebne karty w żmud­nych misjach poszu­ki­wa­nia U-Bootów. Karty nie­jed­no­krot­nie tra­giczne – jak histo­ria załogi, która zma­ga­jąc się z prze­ciw­nym hura­ga­no­wym wia­trem nie zdo­łała dogo­nić macie­rzy­stego lot­ni­skowca. Ten z kolei – zgod­nie z suro­wymi zasa­dami mor­skich kon­wo­jów – nie mógł zawró­cić na spo­tka­nie poje­dyn­czego samo­lotu, któ­rego załoga osta­tecz­nie zgi­nęła w falach oce­anu, do końca utrzy­mu­jąc łącz­ność radiową. A sam dywi­zjon, cho­ciaż nie może poszczy­cić się zato­pio­nymi U-Bootami, ma swój chlubny udział w ochro­nie atlan­tyc­kich linii zaopa­trze­nio­wych alian­tów.

  • Miłosz Rusiecki

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE