Sto lat temu koło Premudy. Zatopienie pan­cer­nika Szent István

Ranek 10 czerwca 1918 r., wody na zachod od adriatyckiej wyspy Premuda. Storpedowany przez wloski kuter torpedowy MAS 15 austro-wegierski pancernik Szent István na krotko przed zatonieciem.

Ranek 10 czerwca 1918 r., wody na zachod od adria­tyc­kiej wyspy Premuda. Storpedowany przez wlo­ski kuter tor­pe­dowy MAS 15 austro-wegier­ski pan­cer­nik Szent István na krotko przed zato­nie­ciem.

Ponieważ w Italii ich patronką jest św. Barbara, dniem święta wło­skich sił zbroj­nych był pier­wot­nie 4 grud­nia. Gdy w marcu 1939 r. posta­no­wiono, że każdy ich rodzaj powi­nien świę­to­wać osobno, dowódz­two floty zde­cy­do­wało, że Regia Marina będzie to robić 10 czerwca, w kolejną rocz­nicę jed­nej z naj­bar­dziej śmia­łych, zwy­cię­skich akcji w jej dotych­cza­so­wych dzie­jach. Tego dnia, w ostat­nim roku I wojny świa­to­wej, kuter tor­pe­dowy MAS 15 zato­pił nie­da­leko adria­tyc­kiej wyspy Premuda austro-węgier­ski pan­cer­nik Szent István.

Flota Austro-Węgier, przy­go­to­wy­wana od dawna na taki wypa­dek, natych­miast zare­ago­wała na wypo­wie­dze­nie c.k. monar­chii wojny przez Włochy, prze­pro­wa­dza­jąc ope­ra­cję, któ­rej głów­nym celem było ostrze­la­nie Ankony. Wypad roz­po­częty tego samego dnia (23 maja 1915 r.), z udzia­łem m.in. trzech dred­no­tów – były nimi bliź­nia­cze Prinz Eugen, Tegetthoff i Viribus Unitis – zupeł­nie zasko­czył prze­ciw­nika, ale miał zna­cze­nie głów­nie psy­cho­lo­giczne, bo oprócz nie­wiel­kich szkód na lądzie (zaata­ko­wa­nych zostało wiele innych celów) przy­niósł tylko zato­pie­nie nisz­czy­ciela Turbine. Był pierw­szym i na długi czas ostat­nim w wyko­na­niu sił głów­nych, bo Austriacy, myśląc o ewen­tu­al­nej decy­du­ją­cej bitwie z „odwiecz­nym rywa­lem”, nie zamie­rzali ryzy­ko­wać utraty któ­rejś ze swo­ich naj­cięż­szych jed­no­stek w rezul­ta­cie wpad­nię­cia na minę (Włosi szybko zaczęli sta­wiać zagrody obronne w klu­czo­wych miej­cach) lub ataku spod wody. W rezul­ta­cie wojna na Adriatyku była wojną toczoną przez okręty lek­kie, doko­nu­jące nie­zbyt czę­stych raj­dów, oraz pod­wodne, co w przy­padku U-Bootów ozna­czało spore suk­cesy.
Bezczynność jed­no­stek linio­wych wyni­kała nie tylko ze wzglę­dów dok­try­nal­nych i tak­tycz­nych (siły główne prze­ciw­nika bazo­wały w odle­głym Tarencie) – pod­sta­wo­wym powo­dem tego, że nie odby­wały nawet ćwi­czeb­nych rej­sów mię­dzy wła­snymi bazami, był pro­za­iczny brak węgla, towaru defi­cy­to­wego w całej c.k. monar­chii. Stanie na kotwicy, w połą­cze­niu z pogar­sza­jącą się wiel­ko­ścią i jako­ścią wyży­wie­nia, ogra­ni­cza­niem urlo­pów i rota­cji wśród załóg oraz róż­ni­cami kla­so­wymi miało fatalny wpływ na morale. W rezul­ta­cie 1 lutego 1918 r. doszło do buntu na okrę­tach sto­ją­cych w bazie Cattaro (Kotor). Miał on ogra­ni­czony zasięg i został szybko stłu­miony, nie­mal bez roz­lewu krwi, jed­nak oczy­wi­ste stało się, że potrzebne są posu­nię­cia, które zapo­bie­gną następ­nemu, a nie tylko aresz­to­wa­nia i roz­strze­la­nie pro­wo­dy­rów.
Równocześnie z decy­zją o wyco­fa­niu z użytku naj­star­szych, mają­cych naj­mniej­szą war­tość bojową okrę­tów (głów­nie pan­cer­ni­ków obrony wybrzeża, krą­żow­ni­ków pan­cer­nych i kilku pan­cer­no­po­kła­do­wych), w Wiedniu posta­no­wiono odświe­żyć kadrę dowód­czą. Większość star­szych admi­ra­łów, w tym głów­no­do­wo­dzący, Maximilian Njegovan, prze­szła w stan spo­czynku. Cesarz Karol I, następca zmar­łego pod koniec 1916 r. Franciszka Józefa I, omi­ja­jąc wielu ofi­ce­rów star­szych rangą, wybrał na następcę Njegovana nie­spełna 50-let­niego kmdr. Miklósa Horthy’ego de Nagybánya, który odzna­czył się w poło­wie maja 1917 r., dowo­dząc uda­nym wypa­dem prze­ciwko alianc­kiej barie­rze w cie­śni­nie Otranto.
Gdy w Wiedniu posta­no­wiono, że 11 czerwca ruszy kolejna ofen­sywa na fron­cie wło­skim, Horthy uznał, iż dla pod­nie­sie­nia morale dobrze będzie tego dnia ponow­nie zaata­ko­wać barierę (choć
w prak­tyce nie sta­no­wiła ona dla U-Bootów więk­szej prze­szkody) i „wymieść” wody na połu­dnie od niej. Były to zada­nia dla dwóch zespo­łów, z któ­rych każdy two­rzyła para krą­żow­ni­ków i 4 nisz­czy­ciele. Ulegając suge­stii pod­wład­nego, który stał za pla­nem ope­ra­cji, posta­no­wił też wyrwać z letargu naj­więk­sze okręty – zespoły ude­rze­niowe ubez­pie­czać miał trzon c.k. floty: 7 pan­cer­ni­ków, 10 nisz­czy­cieli i 28 tor­pe­dow­ców. Zważywszy na skład sił prze­ciw­nika w Brindisi i Valonie, bazach naj­bli­żej cie­śniny, pozwa­lało to na uza­sad­niony opty­mizm co do jej prze­biegu.
Okręty lek­kie i 3 pan­cer­niki typu Erzherzog Karl stały w Cattaro, wybra­nym na miej­sce kon­cen­tra­cji sił. Ponieważ noce były krót­kie, a nale­żało zro­bić wszystko, by prze­rzut jed­no­stek z Poli na połu­dnie pozo­stał dla prze­ciw­nika tajem­nicą, konieczne było podzie­le­nie go na 2 etapy. Pierwszym był rejs do zatoki Tajer (Telašćica) na wyspie Dugi Otok. Choć z powodu fatal­nej sytu­acji zaopa­trze­nio­wej armii wspo­mniana ofen­sywa została prze­su­nięta na połowę mie­siąca, Horthy posta­no­wił trzy­mać się planu i 8 czerwca wyszły z Poli Viribus Unitis (z nim na pokła­dzie) i Prinz Eugen, eskor­to­wane przez grupę lek­kich okrę­tów. Nazajutrz wie­czo­rem ruszyły ich śla­dem nale­żące do tego samego typu Szent István, fla­go­wiec kmdr. Heinricha Seitza von Treffena (jed­no­cze­śnie był dowódcą Szenta Istvána), i Tegetthoff, z zespo­łem eskorty two­rzo­nym przez nisz­czy­ciel Velebit oraz tor­pe­dowce Tb. 76, Tb. 77, Tb. 78, Tb. 79, Tb. 81 i Tb. 87.
Seitz w grud­niu 1915 r. dowo­dził raj­dem na Durazzo, który nie zakoń­czył się naj­le­piej. Choć z kry­zy­so­wej sytu­acji, będą­cej rezul­ta­tem jego błędu, wybrnął umie­jęt­nie, ówcze­sny głów­no­do­wo­dzący c.k. floty, adm. Anton Haus, nabrał prze­ko­na­nia, że nie należy mu powie­rzać komendy nad ope­ra­cjami, bo po pro­stu nie ma szczę­ścia. To, co stało się krótko przed opusz­cze­niem bazy przez Szenta Istvána i Tegetthoffa, rów­nież nie było dobrym pro­gno­sty­kiem – przy­pad­kowy wybuch poci­sku na Velebicie zabił kilku mary­na­rzy i nisz­czy­ciel minął je z ban­derą do pół masztu, gdy pod­no­szono na nich parę w kotłach.
Niedociągnięcia infor­ma­cyjne, wyni­ka­jące ze szcze­gól­nego utaj­nia­nia ope­ra­cji, spra­wiły, że nie została otwarta na czas zapora bonowa i wyj­ście w morze opóź­niło się – zamiast o 21:00 zespół zna­lazł się za nią dopiero o 22:15. Na czele for­ma­cji pły­nął Velebit, mający po pra­wej bur­cie za rufą Tb. 77, a po lewej Tb. 79. Około 1000 m za nisz­czy­cie­lem szedł Szent István, mający w ćwiart­kach dzio­bo­wych Tb. 76 (prawa) i Tb. 87 (lewa); odle­głość mię­dzy nim a tor­pe­dow­cami wyno­siła około 800 m. Za fla­gow­cem, w odle­gło­ści 600 – 800 m, podą­żał Tegetthoff, z Tb. 87 i Tb. 78 w iden­tycz­nym usta­wie­niu.
  • Wojciech Holicki

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE