Śmierć czyha w kosmo­sie

  • Lotnictwo Aviation International 7/2017
Apollo-13 – moduł serwisowy z rozszarpaną przez wybuch jedną sekcją.

Apollo-13 – moduł ser­wi­sowy z roz­szar­paną przez wybuch jedną sek­cją.

Gdyby przy­szło nam zgi­nąć, to pra­gnę­li­by­śmy, aby ludzie pogo­dzili się z tym. Podbój kosmosu wart jest takiego ryzyka. Słowa te wypo­wie­dział krótko po swym dru­gim locie kosmicz­nym w 1965 r. ame­ry­kań­ski astro­nauta Virgil Grissom. W jego ustach nabie­rają szcze­gól­nego zna­cze­nia, gdy przy­po­mnimy sobie, że jego pierw­szy lot o mało nie zakoń­czył się uto­nię­ciem pilota statku – sam sta­tek nato­miast zato­nął w Atlantyku. Jednak Grissomowi, typo­wa­nemu na pierw­szego czło­wieka, który miał stą­pać po Księżycu, prze­zna­czona było zgoła odmienna śmierć – w morzu pło­mieni. Wydarzyło się to pół wieku temu i było zapo­wie­dzią przy­szłych kata­strof kosmicz­nych, które pochło­nęły życie łącz­nie 21 astro­nau­tów.

Apollo-1 – pożar na wyrzutni

Jest wie­czór 27 stycz­nia 1967 r. Na kom­plek­sie star­to­wym nr 34 na Cape Kennedy (tak wów­czas zwał się Przylądek Canaveral) trwa test odli­cza­nia do startu i począt­ko­wych trzech godzin lotu pierw­szego zało­go­wego statku Apollo (CSM-012). Choć rze­czy­wi­sty start ma być prze­pro­wa­dzony dopiero za kilka tygo­dni, to w kabi­nie statku umiesz­czo­nego na szczy­cie rakiety nośnej Saturn-IB znaj­duje się cała załoga. Jej dowódcą jest wete­ran wśród astro­nau­tów NASA, 41-letni Virgil I. Grissom. Ma za sobą lot bali­styczny w Mercury-4 (1961 r.) i pierw­szy zało­gowy lot w pro­gra­mie Gemini (Gemini-3, 1965 r.). Pilotem jest 37-letni Edward H. White II, opro­mie­niony sławą pierw­szego Amerykanina, który wyszedł ze statku kosmicz­nego (Gemini-4, 1965 r.). Pilotem lądow­nika księ­ży­co­wego – tylko nomi­nal­nym, gdyż pierw­szy LM znaj­duje się jesz­cze na eta­pie wstęp­nego mon­tażu – jest 32-letni Roger B. Chaffee, dla któ­rego lot w Apollo-1 ma być debiu­tem. Test od początku nie idzie dobrze; zaraz po wej­ściu do kabiny astro­nauci zwra­cają uwagę na odra­ża­jący zapach, który póź­nej się ulat­nia. Jednak mimo że po raz pierw­szy kabina jest napeł­niona czy­stym tle­nem zamiast powie­trza, nikt nie przy­wią­zuje do tego wagi. Zresztą wydaje się to nie­istotne wobec lawiny uste­rek, które poja­wiają się w prze­biegu testu. Choć są one sto­sun­kowo drobne, to ich ilość fru­struje nie tylko kon­tro­le­rów lotu (chcą oni nawet prze­rwa­nia i odło­że­nia testu), lecz i załogę. Wobec cią­głych pro­ble­mów z komu­ni­ka­cją dowódca mówi zja­dli­wie: Jak my możemy wybie­rać się na Księżyc, jeśli nie możemy poro­zu­mieć się mię­dzy dwoma sąsied­nimi sta­no­wi­skami?
Jednak, choć śla­ma­zar­nie, test pomału dobiega końca. Zegar odli­cza­nia poka­zuje T-10 minut; jesz­cze tro­chę i wszy­scy uda­dzą się do domu na week­end. W tym momen­cie, o 23:30:55 UTC, doszło do zwar­cia w wiązce kabli w lewej czę­ści kabiny, przed krze­słem Grissoma. Powstały łuk elek­tryczny spo­wo­do­wał w atmos­fe­rze czy­stego tlenu pod ciśnie­niem 1151 hPa gwał­towny pożar, o któ­rym zamel­do­wał Chaffee o 23:31:03 sło­wami: Ogień, czuję dym. Zgodnie z instruk­cją sie­dzący w środ­ko­wym krze­śle White roz­po­czął pro­ce­durę otwie­ra­nia włazu i jed­no­cze­śnie potwier­dził nie­bez­pie­czeń­stwo: Pożar w kabi­nie! Ostatnie słowa Chaffee’ego, wypo­wie­dziane o 23:31:17, brzmiały: Wydostańcie nas stąd! Chwilę póź­niej kabina statku pękła pod ciśnie­niem gazów z pożaru, które wydo­stały się na zewnątrz i spo­wo­do­wały zatru­cie u dwóch z 27 śpie­szą­cych na ratu­nek tech­ni­ków. O 23:36 właz kabiny został otwarty, lecz wewnątrz zastano jedy­nie zglisz­cza – jak wyka­zały póź­niej­sze ana­lizy, tem­pe­ra­tura w nie­któ­rych miej­scach osią­gnęła 760°C. Astronauci zmarli w wyniku zatru­cia tlen­kiem węgla i innymi tok­sycz­nymi gazami, które powstały w wyniku pożaru. Odnieśli też popa­rze­nia – ska­fan­der Grissoma był osma­lony w 70%, White’a w 20, a Chaffee’go w 15. Jaka była przy­czyna pożaru?
Apollo to pierw­szy sta­tek kosmiczny budo­wany przez firmę North American. Opóźnienia były duże; wyzna­czony w 1961 r. przez pre­zy­denta Kennedy’ego na koniec dekady ter­min lądo­wa­nia Amerykanów na Księżycu mógł być zagro­żony. Olbrzymia była też ilość zmian kon­struk­cyj­nych – tylko w 1966 r. wnie­siono ich około 5300, z czego 758 nie zdą­żono jesz­cze zaim­ple­men­to­wać, a osta­nia doku­men­ta­cja tech­niczna pocho­dziła z sierp­nia 1966 r. W kabi­nie krzy­żo­wały się liczne wiązki prze­wo­dów elek­trycz­nych, prze­cie­kał sys­tem chło­dze­nia, opary pal­nego ety­le­no­gli­kolu ulat­niały się do tle­no­wej atmos­fery. Warunki do wybu­chu pożaru były wię­cej niż dosta­teczne. Instrukcji na jego wypa­dek nie zdą­żono napi­sać. Czy gdyby w NASA wie­dziano, że 23 marca 1961 r. w Gwiezdnym Miasteczku zmarł w wyniku popa­rzeń odnie­sio­nych pod­czas pożaru w komo­rze ciśnie­nio­wej, wypeł­nio­nej czy­stym tle­nem, naj­młod­szy spo­śród radziec­kich kan­dy­da­tów na kosmo­nau­tów – Walentin Bondarienko, ura­to­wa­łoby to załogę Apolla-1? Wydaje się to wąt­pliwe; par­cie na suk­ces było zbyt duże.

Sojuz 1 – lata­jąca trumna po raz pierw­szy

W chwili pożaru Apolla-1 Rosjanie dostali od losu szansę nad­ro­bie­nia swo­ich opóź­nień w wyścigu księ­ży­co­wym. Oni rów­nież przy­go­to­wy­wali się do pierw­szego lotu zało­go­wego nowego statku – Sojuza. Pomimo zakoń­czo­nych nie­po­wo­dze­niem lotów dwóch pierw­szych Sojuzów w try­bie auto­ma­tycz­nym (pod koniec 1966 r.) posta­no­wiono wyko­nać kolejne loty z udzia­łem kosmo­nau­tów. Plan lotu zakła­dał naj­pierw start aktyw­nego Sojuza 1, a następ­nie, po jed­nej dobie, pasyw­nego Sojuza 2. Po kolej­nych 24 godzi­nach statki miały się połą­czyć, a dwóch kosmo­nau­tów miało przejść z Sojuza 2 do Sojuza 1. Następnie statki miały się roz­łą­czyć i w odstę­pie doby powró­cić na Ziemię. Załogi sfor­mo­wano w skła­dzie: Sojuz 1 – Władimir Komarow (40 lat, poprzed­nio Woschod-1, 1964 r.), Sojuz 2 – Walerij Bykowskij (33 lata, Wostok-5, 1963 r.), Jewgienij Chrunow (34 lata) i Aleksiej Jelisiejew (33 lata). Sojuz 1 (7K-OK. №3) został wystrze­lony z wyrzutni 1/PU-5 na Bajkonurze o świ­cie 23 kwiet­nia 1967 r.
Kłopoty z nim zaczęły się zaraz po oddzie­le­niu się od trze­ciego stop­nia rakiety. Lewy panel bate­rii sło­necz­nych zaklesz­czył się i Komarow nie zdo­łał go otwo­rzyć. Podstawowy pro­blem sta­no­wiła dostęp­ność jedy­nie połowy zakła­da­nej ener­gii elek­trycz­nej, jed­nak w reżi­mie oszczęd­no­ści można by wyko­nać pod­sta­wowe zada­nia lotu. To, że pod pane­lem znaj­do­wały się anteny rezer­wo­wego sys­temu tele­me­trii i łącz­no­ści na falach krót­kich, też nie było pro­ble­mem – pod­sta­wowe funk­cjo­no­wały bez zarzutu. Najgorsze było to, że zapot­niał czuj­nik 45K nale­żący do sytemu orien­ta­cji, przez co sta­tek nie mógł się usy­tu­ować w spo­sób dający jedy­nemu otwar­temu pane­lowi moż­li­wość pod­ła­do­wy­wa­nia bate­rii aku­mu­la­to­rów w wystar­cza­ją­cym stop­niu – na statku roz­po­czął się „głód ener­ge­tyczny”. Komarow kil­ka­krot­nie pró­bo­wał ręcz­nie zorien­to­wać sta­tek, jed­nak z powodu jego nie­pla­no­wa­nej asy­me­trii oka­zało się to nie­moż­liwe. W tej sytu­acji start dru­giego Sojuza został odwo­łany, a Komarowowi pole­cono wyko­nać powrót na sie­dem­na­stym okrą­że­niu. W żąda­nej chwili jed­nak nie zadzia­łał sys­tem orien­ta­cji jono­wej i sil­nik hamu­jący nie został uru­cho­miony.

  • Waldemar Zwierzchlejski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE