Sinpo. Nowy pół­noc­no­ko­re­ań­ski okręt pod­wodny

Okręt podwodny z wyrzutnią pocisków balistycznych Sinpo.

Okręt pod­wodny z wyrzut­nią poci­sków bali­stycz­nych Sinpo.

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, naj­młod­sze „mocar­stwo ato­mowe”, naj­wy­raź­niej zde­cy­do­wała się na powtó­rze­nie sche­matu, wybra­nego przez wła­dze ZSRR pra­wie 70 lat temu. Najwyższy prio­ry­tet uzy­skały prace nad stwo­rze­niem broni jądro­wej, bez­po­śred­nio za nimi postę­po­wały próby rakiet bali­stycz­nych coraz więk­szego zasięgu, a jako kolejny krok potrak­to­wano opra­co­wa­nie całej gamy nosi­cieli broni jądro­wej.

Pomysł uzbro­je­nia okrę­tów pod­wod­nych w rakiety bali­styczne poja­wił się w III Rzeszy pod koniec II wojny świa­to­wej. Ówczesne rakiety miały bowiem bar­dzo ogra­ni­czony zasięg, a U-Booty mogły w miarę bez­piecz­nie „dostar­czyć” ich wyrzut­nie w pobliże celów w Wielkiej Brytanii, a nawet w USA. Niemcom nie udało się zre­ali­zo­wać tego pomy­słu w prak­tyce, ale wcie­lili go w życie Rosjanie, i uczy­nili to dokład­nie z tego samego powodu. Gdy na prze­ło­mie lat 50. i 60. ub.w. skon­stru­owano pierw­sze rakiety mię­dzy­kon­ty­nen­talne, okręty pod­wodne z wyrzut­niami rakiet bali­stycz­nych nie prze­stały być potrzebne – tym razem za sprawą moż­li­wo­ści ich skry­tego dzia­ła­nia. To wła­śnie one, już z napę­dem jądro­wym, uznano za naj­mniej podatne na wyprze­dza­jący atak prze­ciw­nika i ide­alną broń odwe­tową w przy­padku uda­nego nie­spo­dzie­wa­nego ataku wroga na wszyst­kie wyrzut­nie naziemne i lot­ni­ska bom­bow­ców stra­te­gicz­nych.
Północnokoreańskie próby jądrowe są owiane mgłą tajem­nicy i do dziś nie wia­domo nawet na pewno, czy wszyst­kie cztery, które publicz­nie feto­wano w Pjongjangu (nie­gdyś znany jako Phenian), były nimi w rze­czy­wi­sto­ści. Jeszcze mniej jasne jest, na ile udane były te próby, ale to temat, wyma­ga­jący oddziel­nej ana­lizy.
Niemal rów­nie nie­ja­sny jest sta­tus rakiet bali­stycz­nych KRL-D – poten­cjal­nych nosi­cieli rodzi­mych ładun­ków jądro­wych. Nie pod­lega dys­ku­sji fakt posia­da­nia przez reżim Kim Dzong Una rakiet o zasięgu do 600 km, bo takie wie­lo­krot­nie testo­wano, uzy­sku­jąc zado­wa­la­jące wyniki. Nie wia­domo jed­nak, jak cięż­kie gło­wice mogą te rakiety prze­no­sić na taką odle­głość. W ten spo­sób pewny zasięg pół­noc­no­ko­re­ań­skich rakiet z gło­wi­cami o masie rzędu 500 kg, a więc wystar­cza­ją­cej do prze­no­sze­nia pro­stych ładun­ków jądro­wych o nie­wiel­kiej mocy nie prze­kra­cza 350 km.
Próby rakiet o zasięgu ponad 600 km były bar­dzo nie­liczne i nie­mal wszyst­kie cał­ko­wi­cie nie­udane. To ozna­cza, że nawet, jeśli KRL-D rze­czy­wi­ście jest w sta­nie wypro­du­ko­wać nie­wielką liczbę ładun­ków jądro­wych, to jedy­nymi ich w miarę wia­ry­god­nymi nosi­cie­lami o zasięgu, umoż­li­wia­ją­cym zaata­ko­wa­nie nie tylko Republiki Korei, pozo­stają samo­loty. Jedynymi, które na pewno mogą prze­no­sić bomby ato­mowe pierw­szej gene­ra­cji, są archa­iczne bom­bowce H-5 – impor­to­wane z ChRL kopie radziec­kich Ił-28. Nie mają one nawet cie­nia szansy prze­bi­cia się przez współ­cze­sną obronę prze­ciw­lot­ni­czą Korei Południowej i Japonii. Nowsze, MiG-23 i 29, mogą prze­no­sić tak­tyczne bomby jądrowe, ale o nowo­cze­snej kon­struk­cji – nie­wiel­kie roz­mia­rami i odporne na czyn­niki kli­ma­tyczne. Takich KRL-D nie będzie posia­dać jesz­cze bar­dzo długo.
W świe­tle powyż­szych stwier­dzeń jedy­nym spo­so­bem na zwięk­sze­nie liczby celów, pozo­sta­ją­cych w zasięgu pół­noc­no­ko­re­ań­skiej broni, jest stwo­rze­nie mor­skich wyrzutni rakiet bali­stycz­nych o spraw­dzo­nej nie­za­wod­no­ści, a więc o nie­wiel­kim zasięgu. Można roz­mie­ścić je na pokła­dach okrę­tów nawod­nych, a nawet stat­ków, ale są one łatwe do iden­ty­fi­ka­cji, śle­dze­nia i ewen­tu­al­nego znisz­cze­nia. Trudno więc dzi­wić się dzia­ła­niom Pjongjangu, mają­cym na celu stwo­rze­nie okrę­tów pod­wod­nych uzbro­jo­nych w rakiety bali­styczne.

  • Tomasz Szulc

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE