Renault R35

Lekki czołg piechoty R35 (na zdjęciu) postał w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, jako następca pamiętających jeszcze czasy pierwszej wojny światowej czołgów Renault FT-17.

Lekki czołg pie­choty R35 (na zdję­ciu) postał w poło­wie lat trzy­dzie­stych ubie­głego wieku, jako następca pamię­ta­ją­cych jesz­cze czasy pierw­szej wojny świa­to­wej czoł­gów Renault FT-17.

Stworzony w począt­kach dru­giej połowy lat trzy­dzie­stych ubie­głego wieku pro­gram roz­bu­dowy pol­skiej broni pan­cer­nej był zało­że­niem ambit­nym i kosz­tow­nym. Liczebność samych tylko czoł­gów lek­kich miała wzro­snąć do 11 bata­lio­nów o dwu lub trzy­kom­pa­nij­nym skła­dzie, w któ­rych miało zna­leźć się nie mniej niż 443 wozy. Poza kra­jo­wymi czoł­gami lek­kimi 7TP oraz nieco star­szymi angiel­skimi Vickersami, ponad połowę pla­no­wa­nego parku maszyn sta­no­wi­łyby według pro­gramu czołgi zaku­pione zagra­nicą, naj­praw­do­po­dob­niej typu Renault R35 lub D1.

W momen­cie, gdy nad Wisłą kształ­to­wano zało­że­nia przy­wo­ła­nego planu, we Francji czołgi lek­kie nowych wzo­rów stop­niowo zastę­po­wały pamię­ta­jące jesz­cze Wielką Wojnę pojazdy Renault FT 17. Poza czoł­gami pie­choty opra­co­wano tam rów­nież maszyny mające swą mobil­no­ścią odpo­wia­dać wyma­ga­niom kawa­le­rii, np. lekki Hotchkiss H35. Obserwowane przez Polaków wozy bojowe nie sta­no­wiły jed­nak przez dłuż­szy czas poważ­niej­szego, han­dlo­wego obiektu zain­te­re­so­wa­nia, ustę­pu­jąc tutaj miej­sca zde­cy­do­wa­nie potrzeb­niej­szemu sprzę­towi prze­ciw­lot­ni­czemu. Wyjątkiem był wyraź­nie wyróż­nia­jący się szyb­ko­ścią i uzbro­je­niem wóz pro­duk­cji Société d’Outillage Méchanicque et d’Usinage d’Artillerie (SOMUA) czyli posia­da­jący 47 mm armatę czołg średni Somua S35.

Kiedy w Polsce dział czoł­gów lek­kich był jesz­cze zdo­mi­no­wany przez Vickersa Mk E Alternative A i B, a prace nad kra­jo­wym 7TP ogra­ni­czały się do wozu dwu­wie­żo­wego we Francji opra­co­wy­wano już nowy czołg lekki mający w przy­szło­ści zastą­pić wysłu­żone i nie­no­wo­cze­sne już Renaulty FT 17. W toku prac w latach 1932 – 34 kil­ku­krot­nie zmie­niano wytyczne, któ­rym odpo­wia­dać miał nowy czołg, jed­nak osta­tecz­nie w czerwcu 1934 r. pod­jęto decy­zję o wybo­rze i roz­po­czę­ciu pro­duk­cji nowego typu gąsie­ni­co­wego wozu bojo­wego lek­kiego pie­choty. Ówczesna, pełna nazwa tej maszyny brzmiała Char légere Renault R35 Modèle1935, a dziś naj­czę­ściej opi­suje się ją tylko skró­towo czołg R35 lub Renault R35. Pomyślana od początku dla pie­choty gąsie­ni­cowa kon­struk­cja odpo­wia­dała potrze­bom przy­pi­sa­nej jej broni i obo­wią­zu­ją­cej po zakoń­cze­niu Wielkiej Wojny dok­try­nie. Niewielka pręd­kość i prze­ciętny zasięg nie sta­no­wiły tutaj pro­blemu, liczył się bowiem pan­cerz oraz umiesz­cze­nie w wieży odpo­wied­nio sil­nego i szyb­ko­strzel­nego uzbro­je­nia. Pierwszy egzem­plarz nowej maszyny, jesz­cze pod ozna­cze­niem Renault ZM i z pan­ce­rzem gru­bo­ści 30 mm, zje­chał z taśmy pro­duk­cyj­nej pod­pa­ry­skich zakła­dów La Société Anonyme des Usines Renault jesz­cze przed koń­cem 1934 r.

Po krót­kich testach na przy­za­kła­do­wym poli­go­nie w Boulogne-Billancourt pro­to­typ prze­ka­zano do woj­sko­wego ośrodka w Mourmelon. Szybko zarzą­dzono zwięk­sze­nie gru­bo­ści pan­ce­rza do 40 mm, co dopro­wa­dziło do wzro­stu masy pojazdu z 6 do 9 t. Wiosną 1935 r. w pro­to­ty­pie zamon­to­wano też nową, więk­szą i cięż­szą, niż pier­wotna wieżę typu APX, opra­co­waną przez Ateliers de Construcion de Puteaux. Cechą cha­rak­te­ry­styczną kon­struk­cji APX były przy­rządy obser­wa­cyjne, tzw. epi­skopy typu E2B dające moż­li­wość obser­wa­cji pola o sze­ro­ko­ści 28o. Ważący 1400 kg ele­ment to już kon­struk­cja dwu­bro­niowa, z armatą pół­au­to­ma­tyczną typu SA 18 modèle 1934 kal. 37 mm oraz chło­dzo­nym powie­trzem kara­bi­nem maszy­no­wym Reibel modèle 1931. Po odby­ciu testów już z nową wieżą, jesz­cze w pierw­szej deka­dzie kwiet­nia 1935 r., zapada decy­zja o zamó­wie­niu pierw­szej par­tii seryj­nej.

Kadłub czołgu skła­dał się z kilku łączo­nych ze sobą odle­wa­nych ele­men­tów, a nie jak poprzed­nio z wal­co­wa­nych i utwar­dza­nych powierzch­niowo płyt pan­cer­nych łączo­nych nitami na ste­lażu z kątow­ni­ków. Zagadnienia takie jak dobór mate­ria­łów ich tem­pe­ra­tura czy spo­sób obróbki miały istotne zna­cze­nie dla trwa­ło­ści przy­szłego pan­ce­rza. Okazało się, że kadłub wyko­nany według nowej tech­no­lo­gii, pomimo zwięk­szo­nej gru­bo­ści, nie posiada ocze­ki­wa­nej odpor­no­ści na ostrzał. Przeprowadzone latem 1937 r. strze­la­nia z armaty prze­ciw­pan­cer­nej kal. 25 mm (zale­d­wie) dostar­czyły odpo­wied­nich dowo­dów, jed­nak nie był to w owym cza­sie argu­ment, który mógłby zagro­zić roz­wi­nię­tej już pro­duk­cji R35. Technologia odlew­ni­cza miała też pozwo­lić na obni­że­nie kosz­tów pro­duk­cji nowego czołgu pie­choty.

Niestety spo­rzą­dzone jesz­cze w pierw­szej poło­wie lat trzy­dzie­stych kal­ku­la­cje, mówiące o cenie prze­wi­dy­wa­nej na 100 00,00 fran­ków za sztukę, oka­zały się nie­re­alne. W toku pro­duk­cji cena jed­nost­kowa nie­mal podwo­iła się, a po dewa­lu­acji franka fran­cu­skiego i odej­ściu od tzw. zło­tego stan­dardu na prze­ło­mie 193637 r. osią­gnęła trzy­krot­ność zakła­da­nej war­to­ści. Wśród naj­do­kucz­liw­szych pro­ble­mów wieku dzie­cię­cego, z któ­rymi przy budo­wie swo­ich pro­to­ty­pów zma­gali się zarówno fran­cu­scy jak i pol­scy inży­nie­ro­wie, wymie­nić można odpa­rza­jące się rolki bieżne czy awa­ryjne sil­niki o zbyt małej mocy i skłon­no­ści do prze­grze­wa­nia się.

Czołg, któ­rego nie chcemy

Drugiego wrze­śnia 1936 r. Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, jesz­cze w stop­niu gene­rała dywi­zji, Edward Rydz-Śmigły przy udziale szefa Sztabu WP gen. bryg. Wacława Stachiewicza wziął udział w pre­zen­ta­cji pary czoł­gów Renault D1 oraz Renault R35. Cztery dni póź­niej, 6 wrze­śnia, pod­pi­sano w pod­pa­ry­skim pałacu Rambouillet nie­zwy­kle istotne dla Wojska Polskiego poro­zu­mie­nie. W myśl jego zapi­sów, będąca w owym cza­sie jedną z czo­ło­wych euro­pej­skich potęg mili­tar­nych, Francja udzie­liła Polsce dwu­mi­liar­do­wego kre­dytu na moder­ni­za­cję i roz­bu­dowę sił zbroj­nych.

Z kwoty około miliarda fran­ków począt­kowo miały zostać kupione m.in. dale­ko­no­śne armaty kal. 155 mm oraz pil­nie potrzeby sprzęt prze­ciw­lot­ni­czy – armaty, reflek­tory, nasłu­chow­niki, optyka itp. (wię­cej na ten temat zobacz w: „Zamknąć górny pułap. Polska ciężka arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza 1930−1939”, „Wojsko i Technika Historia”, numer spe­cjalny 4/2018, 5/2018 i 1/2019).
Przez kolejne dwa lata trwać będą zabiegi doty­czące urze­czy­wist­nie­nia kre­dy­to­wa­nych ocze­ki­wań, jed­nak trudne do pogo­dze­nia inte­resy obu stron osta­tecz­nie nie pozwolą na usta­le­nie nawet czę­ściowo satys­fak­cjo­nu­ją­cego roz­wią­za­nia. Na prze­ło­mie lipca-sierp­nia 1938 r. sprawa zakupu mate­riału prze­ciw­lot­ni­czego uznana zosta­nie przez pol­skiego atta­che woj­sko­wego w Paryżu, puł­kow­nika Wojciecha Fydę za prze­graną. Równocześnie, wobec coraz bar­dziej skom­pli­ko­wa­nej sytu­acji geo­po­li­tycz­nej w Europie środki z kre­dytu przyj­dzie zago­spo­da­ro­wać na dru­go­rzęd­nych dotych­czas kie­run­kach.

9 i 10 stycz­nia 1937 r. dys­ku­tu­jący sprawę czoł­gów dla Wojska Polskiego Komitet do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu (KSUS) przyj­muje zespół tzw. warun­ków opty­mal­nych dla nowego typu lek­kiego czołgu bojo­wego. Poza wagą około 10 t i sprzę­żo­nym w wieży uzbro­je­niem ciężki kara­bin maszy­nowy + działo kal. 37 mm pojazd mający sta­no­wić uzu­peł­nie­nie dla 7TP powi­nien na dro­dze osią­gać pręd­kość do 45 km/godz., a na szo­sie 15 km/godz. Dolnej gra­nicy opan­ce­rze­nia nie podano, choć w miej­scach naj­bar­dziej podat­nych na ostrzał powinno ono wyno­sić nie mniej niż 25, a naj­le­piej 30 mm. Ponadto wska­zano na zdol­ność do prze­kra­cza­nia rowów na pozio­mie dwóch metrów, zapas mate­ria­łów pęd­nych na 12 godzin pracy oraz trzy­oso­bową załogę.

Najbardziej realna z impor­to­wych pro­po­zy­cji czyli fran­cu­ski Renault R35 odpo­wia­dał tym wymo­gom tylko czę­ściowo – głów­nie jeśli mowa o gru­bo­ści pan­ce­rza i ogól­nej małej syl­wetce pojazdu. Prędkość mak­sy­malną na pozio­mie około 20 km/godz. i zapas paliwa na 8 godzin (w rze­czy­wi­sto­ści mniej) uzna­wano w Polsce za dosta­teczne i akcep­to­walne warun­kowo z punktu widze­nia naj­waż­niej­szego zada­nia sta­wia­nego przed tzw. czoł­gami bojo­wymi. Zadaniem tym było współ­dzia­ła­nie z pie­chotą w natar­ciu na przy­go­to­wa­nego i umoc­nio­nego prze­ciw­nika. Uwzględniając jed­nak pły­nące z Hiszpanii infor­ma­cje, na czoło wysu­wała się coraz bar­dziej odpor­ność pan­ce­rza, która miała rekom­pen­so­wać znane już nie­do­ma­ga­nia fran­cu­skiego modelu.

W tej sytu­acji, w pierw­szej poło­wie 1937 r. KSUS, uznał za moż­liwe warun­kowe przy­ję­cie wozów R35 do uzbro­je­nia w ramach prze­wi­dzia­nych stycz­niową uchwałą bata­lio­nów odwodu Naczelnego Wodza. Warunek jed­nak sta­no­wiła stan­da­ry­za­cja uzbro­je­nia – mon­taż pol­skiej armaty kal. 37 mm (lub fran­cu­skiej, tzw. wzmoc­nio­nej wer­sji tego samego kali­bru) oraz pol­skiego cięż­kiego kara­binu maszy­no­wego.

W marcu 1937 r. do Francji wyjeż­dża komi­sja w skła­dzie: mjr dypl. Antoni Korczyński (3. bata­lion pan­cerny) oraz mjr Rudolf Gundlach (Biuro Badań Technicznych Broni Pancernych). Kluczową sprawą w ramach trwa­ją­cego od 9 do 25 marca pobytu stają się nie tylko same para­me­try czołgu R35 i jego zdol­no­ści tere­nowe, ale rów­nież wieża i panu­jąca w niej cia­snota. Brak prze­strzeni oka­zuje się prze­szkodą cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wia­jącą mon­taż opra­co­wa­nej nie­dawno przez Boforsa armaty czoł­go­wej wz. 37 i pol­skiego ckm wz. 30. Komisja szybko stwier­dziła, że bez względu na typ zasto­so­wa­nego w wieży uzbro­je­nia, znaj­du­jący się niej dowódca-strze­lec-ładow­ni­czy w jed­nej oso­bie jest naj­zwy­czaj­niej w świe­cie prze­cią­żony zada­niami.

Wydane przez wyjaz­dem roz­kazy pole­cały rów­nież zain­te­re­so­wa­nie się zasto­so­wa­nym w czołgu sil­ni­kiem ben­zy­no­wym i roz­po­zna­niem jego moż­li­wo­ści pro­duk­cji nad Wisłą, względ­nie wyko­rzy­sta­nia go w innym sprzę­cie moto­ro­wym. Symptomatyczne jest, że czołg poka­zano Polakom tylko raz, 11 marca, na polach ćwi­czeń Camp de Satory pod Wersalem. Oględziny, w któ­rych brali rów­nież ofi­ce­ro­wie i inży­nie­rowi fran­cu­scy, trwały około dwóch godzin. Deszczowa, czy momen­tami wręcz ulewna, pogoda spo­wo­do­wała, że teren roz­mókł i stał się bar­dzo błot­ni­sty. Zadowoliło to obu pol­skich majo­rów, któ­rzy uznali, że stan ten odpo­wiada prze­cięt­nemu tere­nowi pol­skiemu w ana­lo­gicz­nej porze roku. Obaj człon­ko­wie Komisji obej­rzeli mode­lowy egzem­plarz z zewnątrz, a następ­nie zajęli miej­sca wewnątrz wery­fi­ku­jąc moż­li­wo­ści obser­wa­cji z czołgu, celo­wa­nia z broni oraz pracy mecha­ni­zmów, zwłasz­cza obrotu wieży. Dostarczony dla potrzeb pokazu czołg nie posia­dał amu­ni­cji do armaty i cięż­kiego kara­binu maszy­no­wego.

Właściwy pokaz w ruchu obej­mo­wał poru­sza­nie się w cięż­kim tere­nie, poko­ny­wa­nie rowów i skarp oraz bro­dze­nie. Po nasiąk­nię­tym wodą grun­cie R35 poru­szał się z szyb­ko­ścią 6 – 8 km/godz. Pokonał bez trud­no­ści i na wyraźne życze­nie komi­sji kil­ku­krot­nie rów o sze­ro­ko­ści 1,5 m oraz zbo­cze o nachy­le­niu 35o. Odnotowano małą zwrot­ność i duży pro­mień skrętu wyno­szący 4 m – dla porów­na­nia para­metr ten dla 7TP wyno­sił 2,5 m. W prak­tyce ozna­czało to, że w trak­cie jazdy tere­no­wej, np. na obsza­rze pokry­tym lejami, manew­ro­wa­nie czoł­giem będzie utrud­nione, a ryzyko wpad­nię­cia czołgu do zagłę­bie­nia duże.

Zaraz po tym teście wery­fi­ka­cji pod­dano zdol­ność do zmiany kie­runku ruchu, czyli zawra­ca­nia po zatrzy­ma­niu się czołgu. W tym celu kie­rowca musiał ope­ro­wać prze­ło­że­niem wstecz­nym, tak jak w przy­padku zawra­ca­nia na szo­sie zwy­kłym autem oso­bo­wym. Na wnio­sek pol­skiej komi­sji czołg zje­chał rów­nież w teren, aby spraw­dzić jego moż­li­wo­ści skrę­ca­nia poza szo­sami – uzy­skana war­tość była równa pro­mie­niowi skrętu (pro­mień skrętu liczono od zewnętrz­nej gąsie­nicy do środka koła obrotu). Próba bro­dze­nia, wyko­nana w for­mie przej­ścia przez lej wypeł­niony wodą, dała rezul­tat 0,7 m, przy czym ofi­cjalne dane mówiły o zdol­no­ści poko­ny­wa­nia prze­szkód wod­nych do głę­bo­ko­ści 0,8 m. Rozwinięcie mak­sy­mal­nej pręd­ko­ści na śli­skiej szo­sie asfal­to­wej wyno­szą­cej 18 – 20 km/godz. połą­czono ponow­nie z wyko­ny­wa­niem skrę­tów.

Odpowiedzi na kolejne pyta­nia mjr Korczyński i mjr Gundlach mieli uzy­skać już tylko z ust puł­kow­nika d’Amonville, z któ­rym spo­ty­kali się trzy­krot­nie lub od pra­cow­ni­ków fabryki Renault. Za każ­dym razem bez prawa do ponow­nego zapo­zna­nia się z czoł­giem i jak się oka­zało bez zbyt wielu szcze­gó­łów. O dal­szych poka­zach, czy bada­niu maszyny według okre­ślo­nych przez stronę pol­ską zało­żeń nie mogło być w takiej sytu­acji mowy.

Rozmowy z puł­kow­ni­kiem d’Amonville, choć czy­sto teo­re­tyczne, pozwo­liły na uzu­peł­nie­nie infor­ma­cji o tak­tycz­nym zasto­so­wa­niu R35 i jego miej­scu we fran­cu­skiej dra­bi­nie sprzętu pan­cer­nego. Indagowany gospo­darz pod­kre­ślał wyraź­nie, że przed­mio­towa maszyna to typowy wóz pie­choty, stwo­rzony wyłącz­nie z myślą o jej wspar­ciu. Zasugerowane naj­wy­raź­niej w roz­mo­wie okre­śle­nie „czołg uni­wer­salny” ski­to­wał on krót­kim stwier­dze­niem, że „takich czoł­gów nie ma.” Reprezentujący armię fran­cu­ską ofi­cer miał stwier­dzić, że armia fran­cu­ska do innych zadań używa innych typów czoł­gów.

  • Jędrzej Korbal

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE