Polskie barki desan­towe LCT Mk5 i LCM Mk3

desant na plaży w Gdyni 1957 rok

Pokazowy desant na gdyń­skiej plaży, czer­wiec 1957 r.

Tworzenie mor­skich sił desan­to­wych naszej floty roz­po­częto od wcie­le­nia do służby na początku lat 50. jed­no­stek z ame­ry­kań­skiego demo­bilu oraz mie­nia pozo­sta­wio­nego przez Niemców na zie­miach zachod­nich włą­czo­nych do Polski.

Ich histo­ria jest warta przed­sta­wie­nia, bo po pierw­sze pra­wie w ogóle nie znana, a po dru­gie poszcze­gólne jed­nostki zanim tra­fiły pod naszą wojenną ban­derę prze­szły krótką, ale cie­kawą drogę.
Były pro­duk­tem stwo­rzo­nym na potrzeby total­nego kon­fliktu zbroj­nego. Gdy Stany Zjednoczone przy­stą­piły do wojny wia­domo było, że aby wygrać zma­ga­nia zarówno w Europie, jak i Azji trzeba będzie prze­pro­wa­dzić kil­ka­na­ście wiel­kich ope­ra­cji desan­to­wych. Dlatego też bar­dzo szybko stwo­rzono wiele pro­jek­tów jed­no­stek dla sił amfi­bij­nych, które byłyby w sta­nie prze­wieść i wysa­dzić na brzeg miliony żoł­nie­rzy, dzie­siątki tysięcy sztuk sprzętu i miliony ton ładun­ków róż­nego rodzaju. Potrzeba było do tego tysięcy jed­no­stek od dużych oce­anicz­nych okrę­tów desan­to­wych po małe łodzie i amfi­bie. Wśród zapro­jek­to­wa­nych wtedy jed­no­stek były rów­nież te, które po woj­nie tra­fiły do pol­skiej Marynarki Wojennej, czyli: LCT Mk5 (Landing Craft, Tank, Mark 5; okręt desan­towy do prze­wozu czoł­gów, model 5); LCM Mk3 (Landing Craft Mechanized, Mark 3; okręt desan­towy do prze­wozu pojaz­dów mecha­nicz­nych, model 3); LCP-L (Landing Craft Personnel, Large; łódź desan­towa do prze­wozu ludzi, duża). Uruchomiono ich pro­duk­cję na masową skalę. Powstawały nie­mal taśmowo. W 12 stocz­niach barek LCT Mk5 powstało w dru­giej poło­wie 1942 r. aż 470. Budowa każ­dej z osobna trwała zwy­kle od 30 do 50 dni, a archi­walne zdję­cia z tam­tych lat poka­zują, że jed­no­cze­śnie pro­du­ko­wano ich po kil­ka­na­ście sztuk. Po wcie­le­niu do służby część skie­ro­wano do służby w Europie, część nie­mal z mar­szu tra­fiła na Pacyfik. Te euro­pej­skie roz­dzie­lono mię­dzy US Navy i – w ramach pro­gramu Lend-Lease – Royal Navy. Ta ostat­nia prze­jęła łącz­nie 164 takie barki. Początkowo wszyst­kie otrzy­mały ozna­cze­nia ame­ry­kań­skie od LCT-1 do LCT-89 oraz LCT-119 do LCT-500. Jednostki prze­jęte przez Royal Navy otrzy­mały w ozna­cze­niu numery z zakresu 2000 – 2500, ade­kwatne do wcze­śniej­szych nume­rów ame­ry­kań­skich.

Tak się zło­żyło, że wszyst­kie barki tego typu, chyba tylko poza jedną, które po woj­nie tra­fiły w pol­skie ręce zostały prze­ka­zane Royal Navy albo pod koniec 1942 r., albo na początku następ­nego. Wyjątkiem była tylko LCT-438, choć zna­le­zione w archi­wach pol­skie doku­menty z lat 40. i 50. (do któ­rych jesz­cze wró­cimy) suge­rują, że nosiła ona ozna­cze­nie LCT-2438.
Pierwszym fron­tem dzia­łań euro­pej­skich LCT Mk5 było Morze Śródziemne i dla nie­któ­rych lądo­wa­nie w Afryce Północnej, a następ­nie ope­ra­cja u wybrzeży wło­skich. Na początku 1944 r. w ramach trwa­ją­cych przy­go­to­wań do desantu we Francji więk­szość sił amfi­bij­nych prze­su­nięto do por­tów bry­tyj­skich. Część barek z powro­tem zna­la­zła się w skła­dzie US Navy. Ponieważ wie­dziano, że plaże Normandii są przy­go­to­wane do odpar­cia desantu dla wielu środ­ków desan­to­wych przy­go­to­wano pro­jekt ich lep­szego uod­por­nie­nia na ostrzał nie­przy­ja­ciela. W marcu 1944 r. opra­co­wano wer­sję LCT(A) (‘A’ od słowa armor, czyli opan­ce­rze­nie). Łącznie 48 barek otrzy­mało zgod­nie z pla­nami tej mody­fi­ka­cji opan­ce­rze­nie ste­rówki, zbior­ni­ków paliwa, maszy­nowni i rampy desan­to­wej. Z kolei 18 barek stało się nosi­cie­lami samo­bież­nych hau­bic M7. LCT(HE) w zamy­śle twór­ców miały razić poci­skami wystrze­lo­nymi z M7 przy­brzeżne for­ty­fi­ka­cje.
Operacja „Overlord” nie zakoń­czyła ich udziału w woj­nie w Europie. Jedna znów tra­fiła na Morze Śródziemne, gdzie wzięła udział w sierp­nio­wym desan­cie na połu­dnio­wym wybrzeżu Francji. Część z aktyw­nej służby wyco­fano już pod koniec 1944 r. Pozostałe stały się przy­brzeż­nymi tak­sów­kami pomię­dzy por­tami na wyzwa­la­nych wybrze­żach Francji, Holandii i Belgii, a potem także w Niemczech. Tak dotrwały nie­które nawet do 1946 r. Po woj­nie szybko oka­zały się mie­niem zbęd­nym, na które w USA czy w Europie Zachodniej nie było zbyt dużego zapo­trze­bo­wa­nia, w związku z czym wysta­wiono je na sprze­daż na wol­nym rynku. Tak dla czę­ści z nich zaczyna się pol­ski roz­dział ich histo­rii.

  • Robert Rochowicz

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE