Polska ciężka arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza 1930 – 1939 cz.2

Umocnione stanowisko jednej z nielicznych armat 90 mm wyprodukowanej w wersji dla wojsk ladowych. Wskutek blednych decyzji do momentu wybuchu wojny w zasobach DAC znajdowalo się zaledwie kilkadziesiat egzemplarzy.

Umocnione sta­no­wi­sko jed­nej z nie­licz­nych armat 90 mm wypro­du­ko­wa­nej w wer­sji dla wojsk lado­wych. Wskutek bled­nych decy­zji do momentu wybu­chu wojny w zaso­bach DAC znaj­do­walo się zale­d­wie kil­ka­dzie­siat egzem­pla­rzy.

Około 1935 r. w pol­skiej arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej wpro­wa­dzono trój­po­zio­mowy podział prze­strzeni powietrz­nej. Zdawano sobie dosko­nale sprawę, że poza arma­tami 75 mm będzie rów­nież potrzebny sprzęt cięż­szy, któ­rego poci­ski będą mogły razić samo­loty prze­ciw­nika wyraź­nie powy­żej usta­lo­nej dotych­czas gra­nicy 8000 m.

Jak napi­sano w jed­nym z doku­men­tów z połowy lat trzy­dzie­stych: Dla peł­no­war­to­ścio­wej obrony waż­nych i wiel­kich ośrod­ków, nale­ża­łoby wpro­wa­dzić dodat­kowo sprzęt cięż­szego kali­bru (88−100 mm) o więk­szym zasięgu i potęż­niej­szym dzia­ła­niu poci­sku w porów­na­niu do dział 75 mm. Zdanie to sta­no­wić może hasło prze­wod­nie dla całej idei wypo­sa­że­nia WP w ciężki sprzęt prze­ciw­lot­ni­czy.

Polska

Tworzenie nowo­cze­snej arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej WP w dru­giej poło­wie lat trzy­dzie­stych to jedno z naj­sła­biej opra­co­wa­nych zagad­nień pol­skiej woj­sko­wo­ści okresu mię­dzy­wo­jen­nego. Choć powstało kilka prac poświę­co­nych wybra­nym ele­men­tom wypo­sa­że­nia oraz zostały wydane zbiory rela­cji ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy jed­no­stek arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej, to nadal w histo­rii tej for­ma­cji można wska­zać białe plamy. Dobrze dziś znane 40 mm armaty Boforsa wz. 36 i pół­stałe wz. 38 oraz wpro­wa­dzane powoli do WP naj­cięż­sze kara­biny maszy­nowe 20 mm rodzi­mej pro­duk­cji miały zapew­nić obronę prze­ciw­lot­ni­czą niskiego i czę­ści śred­niego pułapu, tj. do 4000 m. Drugim kro­kiem w reali­za­cji zada­nia osłony pol­skiego nieba było wypo­sa­że­nie jed­no­stek WP w armaty 75 mm. Według począt­ko­wych zało­żeń miały to być fran­cu­skie armaty prze­ciw­lot­ni­cze wz. 32, osta­tecz­nie wyko­rzy­stano sprzęt rodzi­mej kon­struk­cji wz. 36 i pół­stałą wer­sję wz. 37. Zwieńczeniem tego zło­żo­nego i osią­gnię­tego nie­ma­łym wysił­kiem pro­cesu, była armata prze­ciw­lot­ni­cza 75 mm wz. 38, rów­nież pro­duk­cji Zakładów Starachowickich. Sprzęt bez wąt­pie­nia kla­sy­fi­ku­jący się w czo­łówce euro­pej­skiej, pozba­wiony dużej czę­ści wad swo­jej poprzed­niczki i wypo­sa­żony w naj­now­sze oprzy­rzą­do­wa­nie wspo­ma­ga­jące pro­wa­dze­nie ognia pocho­dzące z Polskich Zakładów Optycznych S.A. (PZO S.A.) w Warszawie.
W więk­szo­ści przy­pad­ków na tym eta­pie koń­czą się roz­wa­ża­nia na temat zapla­no­wa­nej obrony pol­skiego nieba. Brak w nich jed­nak ostat­niego roz­działu, będą­cego dopeł­nie­niem całej kon­cep­cji obrony prze­ciw­lot­ni­czej obszaru kraju. Bohaterem tej opo­wie­ści od początku był sprzęt zagra­niczny, swo­imi cha­rak­te­ry­sty­kami bali­stycz­nymi gwa­ran­tu­jący pro­wa­dze­nie ognia na tzw. wyż­szym lub naj­wyż­szym puła­pie. Mowa o fran­cu­skich arma­tach prze­ciw­lot­ni­czych 90 mm, które sta­no­wiły na tyle istotny obiekt zain­te­re­so­wań pol­skich woj­sko­wych, że rów­no­le­gle do ich importu zakła­dano pro­duk­cję dział tego typu w kraju.

Francja

Pod koniec czerwca 1930 r. zastępca atta­ché woj­sko­wego i mor­skiego we Francji mjr dypl. Aleksander Łubieński pisał do szefa Sztabu Głównego: Prace obec­nie we Franc[uskim] Min[isterstwie] Wojny w dzie­dzi­nie arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej skie­ro­wują się do skon­stru­owa­nia działa prze­ciw­lot­ni­czego o kali­brze 90 mm i działa auto­ma­tycz­nego wie­lo­lu­fo­wego sys­temu bęben­ko­wego o kali­brze lufy 20 mm. Pierwszym sygna­łem o wyko­rzy­sta­niu zatwier­dzo­nych przez armię fran­cu­ską armat prze­ciw­lot­ni­czych 90 mm było wpro­wa­dze­nie do służby sta­cjo­nar­nej armaty Canon de 90 mm CA Mle 192630 sur affût Mle 1931 oraz jej pół­sta­łej (przy­czep­ko­wej) wer­sji, zna­nej jako Canon de 90 mm CA Mle 192630 sur affût remo­rque Mle 1932. Niektórzy bada­cze wska­zują jesz­cze jako na wyj­ściową do roz­wa­żań nad wer­sją typowo lądową (ruchomą) armatę na kołach szpry­cho­wych z ban­da­żami gumo­wymi Mle 2831. Pierwsza z nich z racji swo­jego cha­rak­teru miała słu­żyć do sta­łej obrony prze­ciw­lot­ni­czej por­tów czy nad­mor­skich obiek­tów woj­sko­wych. Wersja przy­czep­kowa pozwa­lała nato­miast na zmianę loka­li­za­cji bate­rii i wybór opty­mal­nego sta­no­wi­ska ognio­wego, które z racji cię­żaru sprzętu powinno zostać wcze­śniej umoc­nione. Będące lide­rem w pro­duk­cji sprzętu prze­ciw­lot­ni­czego (DCA – Défense Contre Avions) zakłady Schneidera zapro­po­no­wały około 1932 r. nową wer­sję prze­ciw­lot­ni­czej „dzie­więć­dzie­siątki”. Rok póź­niej oglą­dał ją pol­ski rze­czo­znawca przy tych zakła­dach mjr Kazimierz Świderski. Niepowodzenia pro­wa­dzo­nych rów­no­cze­śnie prób ze sprzę­tem 82 i 105 mm spo­wo­do­wały, że to wła­śnie prace nad armatą 90 mm kon­ty­nu­owano przed­sta­wia­jąc jej kolejną wer­sję w 1935 r. Tym razem była to armata w wer­sji lądo­wej, która miała cha­rak­te­ry­zo­wać się lep­szymi para­me­trami niż jej odpo­wied­niczki przy­go­to­wane wcze­śniej dla mary­narki wojen­nej. Nadal jed­nak tkwiono w sta­rych przy­zwy­cza­je­niach, bo ciężką armatę osa­dzono na szpry­cho­wych kołach z gumo­wym ban­da­żem, na któ­rych nie mogła ona poru­szać się z racji swo­ich gaba­ry­tów szyb­ciej niż 12 km/godz. i to tylko na dro­gach o dobrej twar­dej nawierzchni. Studia nad obie­cu­ją­cym uzbro­je­niem kon­ty­nu­owano opra­co­wu­jąc m.in. apa­rat cen­tralny wz. 1935 posia­da­jący czę­ściowo odbior­niki i nadaj­niki dzia­łowe znane z armat 75 mm.

  • Jędrzej Korbal

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE