Pierwsze powo­jenne wodo­wa­nie w Polsce

Oliwa przed wodowaniem.

Oliwa przed wodo­wa­niem.

24 kwiet­nia 2018 r. minie 70 lat od pierw­szego w powo­jen­nej Polsce wodo­wa­nia peł­no­mor­skiego statku, któ­rym był drob­ni­co­wiec Oliwa. Działo się to wszystko w szcze­ciń­skiej Stoczni „Odra”, a fakt ten nie jest zbyt znany.

Wydarzenie to więk­szo­ści koja­rzy się pew­nie ze sław­nym gdań­skim Sołdkiem, no ale są tutaj w błę­dzie. Rudowęglowiec Sołdek, to pierw­szy sta­tek zbu­do­wany cał­ko­wi­cie w Polsce. Jedynie jego doku­men­ta­cję warsz­ta­tową opra­co­wała fran­cu­ska stocz­nia Augustin Normand w Hawrze. Pierwszą jed­nostką zwo­do­waną w naszym kraju była jed­nak Oliwa, co odbyło się pra­wie 7 mie­sięcy przed wodo­wa­niem Sołdka. Jej twór­cami byli w więk­szo­ści gdyń­scy stocz­niowcy. Pomagało im tylko kilku kole­gów ze Szczecina była też pierw­szym zbu­do­wa­nym w Polsce drob­ni­cow­cem eks­plo­ato­wa­nym w żeglu­dze regu­lar­nej. Wcześniej niż inne statki po woj­nie wyko­nała także swoją pierw­szą usługę trans­por­tową, którą był prze­wóz ze Szczecina do Gdańska dźwigu, płóz do wodo­wa­nia, łań­cu­chów kotwicz­nych i maszyn, trak­to­wa­nych jed­no­cze­śnie jako balast. Historia tej jed­nostki nie miała takiej siły prze­bi­cia i przy­chyl­no­ści władz, jak histo­ria Sołdka. Jednym z powo­dów było to, że jej budowę roz­po­częli Niemcy, a to prze­cież nie wyglą­dało by naj­le­piej w ofi­cjal­nym prze­ka­zie.
Drobnicowiec wojenny typu Hansa A Niemcy roz­po­częli budo­wać od poło­że­nia stępki 1 lipca 1943 r. w stoczni Stettiner Oderwerke. Odbywało się to na rzą­dowe zle­ce­nie z prze­zna­cze­niem dla arma­tora Argo Reederei z Bremy (numer budowy 852). Przewidywano dla statku nazwę Olivia. Takie jed­nostki były seryj­nie budo­wane w Niemczech oraz w oku­po­wa­nej Belgii i Holandii, a nawet w Danii. W kwiet­niu 1945 r. woj­ska radziec­kie zajęły jed­nak ten sta­tek znaj­du­jący się jesz­cze na pochylni. Wcześniej Niemcy zamie­rzali zato­pić go w Odrze i zata­ra­so­wać rzekę, ale nie zdą­żyli tego zro­bić. W cza­sie wojny i nalotu bomby alianc­kie tra­fiły w ładow­nię Olivii i prze­biw­szy dno statku spo­wo­do­wały duże znisz­cze­nia kadłuba. Uszkodziły także pochyl­nię.
W ramach powo­jen­nej rewin­dy­ka­cji i podziału ponie­miec­kiej floty drob­ni­co­wiec ten przy­dzie­lono Polsce. We wrze­śniu 1947 r. pod­jęto w naszym kraju decy­zję o odbu­do­wie prze­my­słu stocz­nio­wego, a już w paź­dzier­niku posta­no­wiono wykoń­czyć Olivię. Zamówienie na nią zło­żył GAL (Gdynia – Ameryka Linie Żeglugowe) i wtedy zmie­niono jej nazwę na Oliwa.
Dla szcze­ciń­skiej „Odry” było to za trudne zada­nie, głów­nie ze względu na brak odpo­wied­nich fachow­ców, sprzętu i narzę­dzi. Dlatego Zjednoczenie Stoczni Polskich zle­ciło pracę Stoczni Gdyńskiej, która miała więk­sze doświad­cze­nie i moż­li­wo­ści. Ponieważ kadłuba nie można było prze­trans­por­to­wać, posta­no­wiono wysłać do Szczecina dele­ga­cję z tego zakładu. Dyrektor tech­niczny stoczni inż. Mieczysław Filipowicz wybrał 24 naj­lep­szych swo­ich fachow­ców i latem 1947 r. poje­chali tam oni z narzę­dziami i całym sprzę­tem. Na miej­scu zastali okropne warunki, wszę­dzie jesz­cze ruiny
i zglisz­cza. Stocznia „Odra” w cza­sie wojny znisz­czona była aż w 90%, stop­niowo zaczęto ją uru­cha­miać od czerwca 1947 r.
Życie gdyń­skiej dele­ga­cji było więc trudne i praca nie­ła­twa. Starsi stocz­niowcy zamiesz­kali w domu dele­ga­tury ZSP przy ul. Matejki 6, a młodsi w opusz­czo­nych przez Niemców domach czyn­szo­wych. Bywało i tak, że po przyj­ściu z pracy nie znaj­do­wali swo­jego dobytku. Rozboje i kra­dzieże były tam bowiem na porządku dzien­nym i strach było wycho­dzić wie­czo­rami na ulicę. Zawsze na obiad ze wspól­nego kotła spo­ży­wano zupę, a śnia­da­nia i kola­cje orga­ni­zo­wano na wła­sną rękę. Zardzewiały kadłub, który gdy­nia­nie zastali na pochylni, był w opła­ka­nym sta­nie. Niemcy przed swoją ewa­ku­acją jesz­cze spe­cjal­nie pocięli poszy­cie rufy. Na doda­tek sza­brow­nicy, któ­rzy buszo­wali po stoczni, ogo­ło­cili sta­tek ze wszyst­kiego, zabrali nawet na opał drew­niane rusz­to­wa­nia.
W samej Stoczni „Odra” wyko­ny­wa­nie powie­rzo­nego zada­nia roz­po­częto od upo­rząd­ko­wa­nia pochylni, a przede wszyst­kim od dopro­wa­dze­nia do niej wody i ener­gii elek­trycz­nej. Wszędzie też gdzie się dało, w innych zakła­dach i zaka­mar­kach miej­skich, szu­kano róż­nych mate­ria­łów przy­dat­nych do pracy, takich jak: bla­chy, deski, liny, druty, śruby, nity, gwoź­dzie itp.
Całe zada­nie opra­co­wał i kie­ro­wał nim inż. Feliks Kamieński, a poma­gali mu inż. Zygmunt Śliwiński i koń­czący wła­śnie stu­dia na Politechnice Gdańskiej Andrzej Robakiewicz. Wszystkimi pra­cami na pochylni kie­ro­wał star­szy mistrz szkut­ni­czy Piotr Dąbrowski. Razem z nim pra­co­wał bry­ga­dzi­sta Jan Szornak oraz cie­śle: Ludwik Jocek, Józef Phonke, Jacek Gwizdała i Warmbier. Takielunkiem zajęli się: mistrz dokowy Stefan Świątek i takie­la­rze – Ignacy Cichosz i Leon Muma. Mistrz Bolesław Przybylski sta­nął na czele kadłu­bow­ców: Pawła Góreckiego, Kazimierza Majchrzaka i Klemensa Petty. Byli jesz­cze razem z nimi: kie­row­nik stocz­nio­wego taboru pły­wa­ją­cego z Gdyni Bronisław Dobbek, niter Mieczysław Gocek, spa­wacz Wawrzyniec Fandrejewski, spa­wacz Tomasz Michna, ślu­sarz Konrad Hildebrandt, nurek Franciszek Pastuszko, Bronisław Starzyński i Wiktor Wróblewski. Oni to mieli wymie­nić dziu­rawe płyty poszy­cia i uzu­peł­nić bra­ku­jące czę­ści. Do pomocy dodano im także kilku naj­lep­szych stocz­niow­ców ze szcze­ciń­skiej „Odry”, któ­rymi kie­ro­wał inż. Władysław Tarnowski.
„Głos Szczeciński” 15 listo­pada 1947 r. pisał m.in.: Zgrana i ofiarna praca ekipy gdyń­skiej posiada bar­dzo ważne zna­cze­nie wycho­waw­cze. Jest ona dla robot­ni­ków „Odry” nie tylko przy­kła­dem dys­cy­pliny, świa­do­mego sto­sunku do pracy i dziel­no­ści – naj­su­mien­niejsi robot­nicy stoczni, przy­dzie­leni „gościom” do pomocy, nie opusz­czają oka­zji, aby się przy nich wię­cej nauczyć, zdo­być odpo­wie­dzialny i cenny zawód stocz­niowca i utwo­rzyć w nie­da­le­kiej przy­szło­ści kadrę fachow­ców
w „Odrze”.

  • Krzysztof Stefański

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE