Pięciu braci z Francji cz.1

mio_spec_3_2016_bracia

Dzieło inż. Lagane’a – pan­cer­nik Jauréguiberry na pró­bach prędkości.Fot. Marius Bar

Pod koniec lat 80. XIX w. fran­cu­ska admi­ra­li­cja wypra­co­wała wresz­cie kon­sen­sus pomię­dzy pomy­słami „Młodej Szkoły” a krę­gami kon­ser­wa­tyw­nymi. Można powie­dzieć, że dzięki względ­nej rów­no­wa­dze sił mógł ruszyć kolejny pro­gram roz­bu­dowy floty, a w szcze­gól­no­ści zama­wia­nie pan­cer­ni­ków. Minister mary­narki Édouard Barbey został „ojcem chrzest­nym” nowego pro­gramu z 1890 r., któ­rego trzo­nem było pięć nowych pan­cer­ni­ków. Wprowadzenie do służby tych okrę­tów ozna­czała ukoń­cze­nie łącz­nie 16 pan­cer­ni­ków – dokład­nie tyle, ile zakła­dał plan z 1872 r., ale należy pamię­tać o czte­ro­let­nim opóź­nie­niu wywo­ła­nym przez ide­olo­gów Jeune École.

Geneza

Korzeni pan­cer­ni­ków z pro­gramu na rok 1890 należy szu­kać w pro­jek­tach jed­no­stek zamó­wio­nych jesz­cze w ramach poprzed­niego pro­gramu z 1881 r. Francuska admi­ra­li­cja miała już odpo­wied­nio dużo doświad­czeń z eks­plo­ata­cji
i z prób Hoche’a oraz Marceaua i Ne- ptune’a, aby można było wycią­gnąć wnio­ski i zapro­jek­to­wać okręty kolej­nego poko­le­nia. Na tym tle przed­sta­wiany już w moim cyklu Brennus był nie­jako okrę­tem eks­pe­ry­men­tal­nym – wprawką kon­struk­cyjną, na któ­rej badano nowe roz­wią­za­nia tech­niczne, w tym armaty nowego wzoru na proch bez­dymny. Zwykło się uwa­żać, że 4 pan­cer­niki z pro­gramu z 1881 r. – Hoche, Marceau, Neptune i Magenta plus „bez­pro­gra­mowy” Brennus oraz piątka jed­no­stek z pro­gramu 1890, które będziemy tutaj opi­sy­wali sta­no­wiły tzw. flotę pro­to­ty­pów. Jest to jed­nak pewne uprosz­cze­nie. Podczas gdy star­sze pan­cer­niki rze­czy­wi­ście znacz­nie odbie­gały od sie­bie, to okręty o któ­rych będzie tutaj mowa powstały według iden­tycz­nych zało­żeń, ale mimo to róż­niły się zewnętrz­nie i wewnętrz­nie, co wyni­kało
z odmien­nego podej­ścia do kwe­stii pro­jek­to­wych kon­struk­to­rów i samych stoczni. Niemniej jed­nak pan­cer­niki sta­no­wiły jed­no­rodny zespół jed­no­stek iden­tycz­nie uzbro­jo­nych, podob­nie opan­ce­rzo­nych i mają­cych zbli­żoną pręd­kość oraz manew­ro­wość. Oczywiście nie było mowy
o swo­bod­nym przej­ściu załogi z pokładu jed­nej na drugą, gdyż taki pro­ces potrwałby kilka mie­sięcy potrzeb­nych na szko­le­nia i zapo­zna­nie się z kolej­nym okrę­tem. Problemem była także cała logi­styka, tj. dostar­cza­nie czę­ści zamien­nych, jako że jed­nostki znacz­nie róż­niły się w deta­lach wypo­sa­że­nia. Dodać trzeba, że w okre­sie tym fran­cu­ska flota miała na uzbro­je­niu aż 15 róż­nego rodzaju armat. Do tego iden­tyczne działa czę­sto miały zupeł­nie inne pod­stawy. Podobnie było z amu­ni­cją wszyst­kich uży­wa­nych we flo­cie kali­brów – posia­dano 45 róż­nych rodza­jów ładun­ków mio­ta­ją­cych i aż 128 róż­nego rodzaju poci­sków.
Rada Prac Marynarki w admi­ra­li­cji pod­jęła decy­zję o budo­wie nowej serii pan­cer­ni­ków, które miały być uno­wo­cze­śnioną wer­sją Hoche’a i Marceaua. Z tego pierw­szego okrętu „wzięto” rom­bowy układ arty­le­rii (poje­dyn­cze armaty kal. 340 mm miały znaj­do­wać się na dzio­bie i rufie, a działa kal. 274 mm w wie­żach przy­bur­to­wych), z dru­giego pocho­dził zaś kształt kadłuba z wyso­kimi bur­tami i dośrod­ko­wym ich pochy­le­niem i wspa­niałą dziel­no­ścią mor­ską. Aby zaosz­czę­dzić na wypor­no­ści (a rów­nież na kosz­tach budowy kadłuba), na nowych okrę­tach zde­cy­do­wano o ścię­ciu pokładu rufo­wego o jeden poziom (okręty typu Marceau miały kadłuby gład­ko­po­kła­dowe). Masséna (czwarty w kolej­no­ści pan­cer­nik pro­gramu 1890 r.) cecho­wał się dodat­kowo wydatną ostrogą dzio­bową, która lokal­nie utrzy­my­wała wypor­ność
w ryzach i zapew­niała pożą­daną dziel­ność mor­ską.
Warto także wspo­mnieć, dla­czego Francuzi pre­fe­ro­wali rom­bowe usta­wie­nie armat arty­le­rii głów­nej. Ich kon­cep­cje zakła­dały, że w razie boju klu­czowe będzie jak naj­szyb­sze skró­ce­nie dystansu do prze­ciw­nika tak, aby działa głów­nych kali­brów mające względ­nie niską szyb­ko­strzel­ność miały więk­szą szansę tra­fie­nia. Uznano, że okręty powinny pły­nąć ku prze­ciw­ni­kowi skie­ro­wane dzio­bami, tak aby sta­no­wiły jak naj­mniej­szy cel, a jed­no­cze­śnie zacho­wana została mak­sy­malna siła ognia.

  • Michał Glock

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE