P‑51 Mustang w woj­nie kore­ań­skiej

Lt.Col. Robert „Pancho” Pasqualicchio, dowódca 18. FBG, kołuje swoim Mustangiem o imieniu „Ol’ NaD SOB” (Old Napalm Dropping Son of a Bitch – „stary, zrzucający napalm sukinsyn”); wrzesień 1951 r. Widoczny na zdjęciu samolot (45-11742) powstał jako P-51D-30-NT i był ostatnim Mustangiem wyprodukowanym w wytwórni North American Aviation.

Lt.Col. Robert „Pancho” Pasqualicchio, dowódca 18. FBG, kołuje swoim Mustangiem o imie­niu „Ol’ NaD SOB” (Old Napalm Dropping Son of a Bitch – „stary, zrzu­ca­jący napalm sukin­syn”); wrze­sień 1951 r. Widoczny na zdję­ciu samo­lot (45−11742) powstał jako P‑51D-30-NT i był ostat­nim Mustangiem wypro­du­ko­wa­nym w wytwórni North American Aviation.

Mustang, legen­darny myśli­wiec, który prze­szedł do histo­rii w chwale tego, który w latach 1944 – 1945 zła­mał potęgę Luftwaffe, kilka lat póź­niej w Korei ode­grał nie­wdzięczną i nie­od­po­wied­nią dla niego rolę samo­lotu sztur­mo­wego. Jego udział w tej woj­nie jest do dziś trak­to­wany – nie­za­słu­że­nie! – bar­dziej jako cie­ka­wostka niż czyn­nik, który wpły­nął, a wręcz zawa­żył na wyniku tego kon­fliktu.

Wybuch wojny w Korei był tylko kwe­stią czasu już od chwili, gdy w 1945 r. Amerykanie i Rosjanie arbi­tral­nie podzie­lili ten kraj na pół, trzy lata póź­niej nad­zo­ru­jąc utwo­rze­nie dwóch wro­gich sobie państw – komu­ni­stycz­nego na pół­nocy i kapi­ta­li­stycz­nego na połu­dniu.
Chociaż wojna o pano­wa­nie nad Półwyspem Koreańskim była nie­unik­niona, a kon­flikt jątrzył się od lat, armia Korei Południowej była zupeł­nie do niej nie­przy­go­to­wana. Nie miała broni pan­cer­nej ani prak­tycz­nie żad­nego lot­nic­twa – Amerykanie woleli zło­mo­wać olbrzy­mią nad­wyżkę samo­lo­tów pozo­sta­łych im na Dalekim Wschodzie po II woj­nie świa­to­wej niż je prze­ka­zać kore­ań­skiemu sojusz­ni­kowi, by „nie zakłó­cić rów­no­wagi sił w regio­nie”. Tymczasem woj­ska KRLD (Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej) otrzy­mały od Rosjan m.in. dzie­siątki czoł­gów i samo­lo­tów (głów­nie myśliw­ców Jak-9P oraz samo­lo­tów sztur­mo­wych Ił-10). O świ­cie 25 czerwca 1950 r. prze­kro­czyły 38. rów­no­leż­nik.

Latające Tygrysy Korei”

Początkowo także Amerykanie, główni pro­tek­to­rzy Korei Południowej (cho­ciaż w skład sił ONZ osta­tecz­nie weszło 21 państw, 90% per­so­nelu woj­sko­wego pocho­dziło ze Stanów Zjednoczonych) – nie byli przy­go­to­wani na odpar­cie ataku na taką skalę.
Jednostki USAF były zgru­po­wane w FEAF (Far East Air Forces), czyli Dalekowschodnich Siłach Powietrznych. Ta nie­gdyś potężna for­ma­cja, cho­ciaż admi­ni­stra­cyj­nie nadal zło­żona z trzech armii lot­ni­czych, według stanu z 31 maja 1950 r. miała na sta­nie zale­d­wie 553 sprawne samo­loty, w tym 397 myśliw­ców: 365 odrzu­to­wych F‑80 Shooting Star oraz 32 dwu­ka­dłu­bowe, dwu­sil­ni­kowe F‑82 o napę­dzie tło­ko­wym. Trzon tych sił sta­no­wiły 8 i 49. FBG (Fighter Bomber Group) oraz 35. FIG (Fighter Interceptor Group), sta­cjo­nu­jące w Japonii, wcho­dząc w skład wojsk oku­pa­cyj­nych. Wszystkie trzy, podob­nie jak sta­cjo­nu­jąca na Filipinach 18. FBG, w latach 1949 – 1950 prze­zbro­iły się z myśliw­ców F‑51 Mustang na odrzu­towce F‑80 – nie­które zale­d­wie na kilka mie­sięcy przed wybu­chem wojny w Korei.
Przezbrojenie w F‑80, cho­ciaż wyda­wało się milo­wym kro­kiem (przej­ście z napędu tło­ko­wego na odrzu­towy) zepchnęło je do głę­bo­kiej defen­sywy. Zasięg ope­ra­cyjny Mustangów był legen­darny. Podczas II wojny świa­to­wej myśliwce tego typu latały z Iwo Jimy nad Tokio – ok. 1200 km w jedną stronę. Tymczasem F‑80 ze względu na duże zuży­cie paliwa miał bar­dzo mały pro­mień dzia­ła­nia – zale­d­wie ok. 160 km na zapa­sie w zbior­ni­kach wewnętrz­nych. Chociaż samo­lot można było dopo­sa­żyć w dwa zbior­niki zewnętrzne, które zwięk­szały jego pro­mień dzia­ła­nia do ok. 360 km, w takiej kon­fi­gu­ra­cji nie mógł on prze­no­sić bomb. Odległość z naj­bli­żej poło­żo­nych Wysp Japońskich (Kiusiu i Honsiu) do 38. rów­no­leż­nika, gdzie roz­go­rzały walki, wyno­siła ok. 580 km. Ponadto od samo­lo­tów wspar­cia tak­tycz­nego ocze­ki­wano nie tylko tego, że przy­lecą, zaata­kują i odlecą, ale przede wszyst­kim tego, że będą krą­żyć w pobliżu, gotowe udzie­lić pomocy na wezwa­nie z ziemi.
Ewentualne prze­nie­sie­nie jed­no­stek F‑80 do Korei Południowej nie roz­wią­zy­wało pro­blemu. Ten typ samo­lotu wyma­gał wzmoc­nio­nych pasów star­to­wych o dłu­go­ści 2200 m. W tym cza­sie nawet w Japonii ist­niały tylko cztery takie lot­ni­ska. W Korei Południowej nie było ani jed­nego, nato­miast pozo­stałe znaj­do­wały się w fatal­nym sta­nie. Chociaż Japończycy pod­czas oku­pa­cji tego kraju zbu­do­wali dzie­sięć lot­nisk, po zakoń­cze­niu II wojny świa­to­wej Koreańczycy, prak­tycz­nie nie mając wła­snego lot­nic­twa woj­sko­wego, utrzy­my­wali w sta­nie uży­wal­no­ści tylko dwa.
Z tego względu po wybu­chu wojny jako pierw­sze nad strefą walk poja­wiły się F‑82 – jedyne dostępne wów­czas myśliwce USAF, któ­rych zasięg pozwa­lał na tak dale­kie wypady. Ich załogi wyko­nały serię lotów roz­po­znaw­czych w rejon Seulu, sto­licy Korei Południowej, którą prze­ciw­nik zdo­był 28 czerwca. Tymczasem Syngman Rhee, pre­zy­dent Korei Południowej, naci­skał amba­sa­dora USA, by ten zor­ga­ni­zo­wał dla niego samo­loty bojowe – rze­komo chciał tylko dzie­się­ciu Mustangów. W odpo­wie­dzi Amerykanie spro­wa­dzili do bazy lot­ni­czej Itazuke w Japonii dzie­się­ciu połu­dnio­wo­ko­re­ań­skich pilo­tów, by ich prze­szko­lić na samo­lo­tach F‑51. Te dostępne w Japonii były jed­nak garstką wysłu­żo­nych samo­lo­tów, któ­rych uży­wano do holo­wa­nia ćwi­czeb­nych celów. Szkolenie kore­ań­skich pilo­tów, w ramach pro­gramu „Bout One”, powie­rzono ochot­ni­kom z 8. FBG. Dowodził nimi Maj. Dean Hess, wete­ran walk nad Francją w 1944 r. za ste­rami Thunderbolta.
Wkrótce stało się oczy­wi­ste, że Mustangów będzie potrzeb­nych dużo wię­cej niż te dzie­sięć, na któ­rych szko­lili się Koreańczycy. W bazach lot­ni­czych Johnson (obec­nie Iruma) i Tachikawa nie­da­leko Tokio znaj­do­wało się 37 samo­lo­tów tego typu, które cze­kały na zło­mo­wa­nie, ale wszyst­kie wyma­gały grun­tow­nego prze­glądu tech­nicz­nego. Aż 764 Mustangi słu­żyły w ame­ry­kań­skiej Gwardii Narodowej, a 794 zma­ga­zy­no­wano w rezer­wie – te jed­nak trzeba było spro­wa­dzić ze Stanów Zjednoczonych.
Doświadczenia z II wojny świa­to­wej wska­zy­wały, że lep­szym wspar­ciem z powie­trza wojsk lądo­wych byłyby samo­loty z sil­ni­kami gwiaz­do­wymi, jak Thunderbolt czy F4U Corsair (te dru­gie były z dużym powo­dze­niem użyt­ko­wane w Korei przez lot­nic­two US Navy i US Marines – wię­cej na ten temat można prze­czy­tać w: „Lotnictwo Aviation International” 8/2019). Mustang, napę­dzany chło­dzo­nym cie­czą sil­ni­kiem rzę­do­wym, był podatny na ostrzał z ziemi. Już Edgar Schmued, który zapro­jek­to­wał ten samo­lot, prze­strze­gał przed uży­ciem go do ata­ków na cele naziemne, tłu­ma­cząc, że w tej roli jest abso­lut­nie bez­na­dziejny, gdyż poje­dyn­cza kula kara­bi­nowa kali­bru 0,3 cala może zro­bić dziurę w chłod­nicy i wtedy zostają ci dwie minuty lotu, zanim sil­nik się zatrze. Rzeczywiście, gdy w ostat­nich mie­sią­cach II wojny świa­to­wej Mustangi skie­ro­wano do ata­ków na cele naziemne, ponio­sły one duże straty od ognia prze­ciw­lot­ni­czego W Korei było pod tym wzglę­dem jesz­cze gorzej, gdyż tu prze­ciw­nik miał zwy­czaj strze­lać do nisko prze­la­tu­ją­cych samo­lo­tów także z broni mało­ka­li­bro­wej, jak pisto­lety maszy­nowe.
Dlaczego więc nie spro­wa­dzono Thunderboltów? Gdy wybu­chła wojna w Korei, w Stanach Zjednoczonych dostęp­nych było aż 1167 sztuk F‑47, cho­ciaż więk­szość zma­ga­zy­no­wa­nych – czynną służbę w jed­nost­kach Gwardii Narodowej peł­niło tylko 265. Na decy­zji o uży­ciu F‑51 zawa­żył fakt, że wszyst­kie sta­cjo­nu­jące wów­czas na Dalekim Wschodzie jed­nostki myśliw­skie USAF w okre­sie przed prze­zbro­je­niem w odrzu­towce użyt­ko­wały Mustangi (nie­które dywi­zjony nawet zacho­wały sobie poje­dyn­cze egzem­pla­rze do celów łącz­ni­ko­wych). Z tego względu miały wprawę w lata­niu nimi, a per­so­nel naziemny w ich obsłu­dze. Ponadto część wyco­fa­nych z uży­cia F‑51 wciąż znaj­do­wała się na tere­nie Japonii, pod­czas gdy Thunderboltów nie było wcale – a czas naglił.
Niedługo po roz­po­czę­ciu pro­gramu „Bout One” zapa­dła decy­zja, by szko­le­nie kore­ań­skich pilo­tów prze­nieść do ich kraju. Akurat tego dnia, po połu­dniu 29 czerwca, wybrał się tam rów­nież gen. MacArthur, by w Suwon odbyć naradę z pre­zy­den­tem Rhee. Krótko po tym, jak wylą­do­wał, lot­ni­sko zostało zaata­ko­wane przez pół­noc­no­ko­re­ań­skie samo­loty. Generał i pre­zy­dent wyszli na zewnątrz zoba­czyć, co się dzieje. Zrządzeniem losu, wła­śnie wtedy nad­le­ciały cztery Mustangi, pilo­to­wane przez ame­ry­kań­skich instruk­to­rów. Ich piloci momen­tal­nie roz­pę­dzili prze­ciw­nika. 2/Lt. Orrin Fox zestrze­lił dwa sztur­mowce Ił-10, a Lt. Richard Burns jed­nego. Lt. Harry Sandlin zgło­sił myśli­wiec Ła‑7. Zachwycony pre­zy­dent Rhee, nawią­zu­jąc do ame­ry­kań­skich ochot­ni­ków wal­czą­cych w poprzed­niej woj­nie nad Birmą i Chinami, okrzyk­nął ich „Latającymi Tygrysami Korei”.
Wieczorem tego samego dnia (29 czerwca) pre­mier Australii wyra­ził zgodę na zaan­ga­żo­wa­nie w walki wypo­sa­żo­nego w Mustangi 77. Sqn. Był to ostatni dywi­zjon myśliw­ski RAAF, który po zakoń­cze­niu II wojny świa­to­wej wciąż sta­cjo­no­wał w Japonii. Dowodził nim W/Cdr Louis Spence, który na prze­ło­mie 194142 r., lata­jąc na Kittyhawkach w 3. Sqn RAAF, wyko­nał 99 lotów bojo­wych nad Afryką Północną i zestrze­lił dwa samo­loty. Później dowo­dził dywi­zjo­nem Spitfire’ów (452. Sqn RAAF) na Pacyfiku.
Australijczycy roz­po­częli dzia­ła­nia 2 lipca 1950 r., ze swo­jej bazy w Iwakuni nie­da­leko Hiroszimy, eskor­tu­jąc bom­bowce USAF. Najpierw odpro­wa­dzili nad Seul samo­loty B‑26 Invader, które wzięły na cel mosty na rzece Han-gang. Po dro­dze Australijczycy musieli ucie­kać ostrym wira­żem z linii ataku ame­ry­kań­skich F‑80, które ich wzięły za nie­przy­ja­ciela. Następnie eskor­to­wali nad Yonpo Superfortece B‑29. Nazajutrz (3 lipca) zle­cono im atak w rejo­nie mię­dzy Suwon a Pyeongtaek. W/Cdr Spence pod­dał w wąt­pli­wość infor­ma­cję, że nie­przy­ja­ciel dotarł tak daleko na połu­dnie. Zapewniono go jed­nak, że cel został roz­po­znany pra­wi­dłowo. W rze­czy­wi­sto­ści austra­lij­skie Mustangi zaata­ko­wały żoł­nie­rzy połu­dnio­wo­ko­re­ań­skich, zabi­ja­jąc 29 i raniąc wielu. Dywizjon poniósł pierw­szą stratę 7 lipca – pod­czas ataku na sta­cję roz­rzą­dową w Samcheok od ognia OPL zgi­nął zastępca dowódcy dywi­zjonu, S/Ldr Graham Strout.

Uzbrajanie Mustangów w poci­ski rakie­towe typu HVAR kal. 127 mm. Chociaż pan­cerz pół­noc­no­ko­re­ań­skich czoł­gów T‑34/85 był na nie odporny, to były one sku­teczne i powszech­nie sto­so­wane prze­ciwko innym pojaz­dom oraz sta­no­wi­skom ognio­wym arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej.

Wielka impro­wi­za­cja

Tymczasem 3 lipca piloci z pro­gramu „Bout One” – dzie­się­ciu ame­ry­kań­skich (instruk­to­rów) i sze­ściu połu­dnio­wo­ko­re­ań­skich – roz­po­częli dzia­ła­nia bojowe z lot­ni­ska polo­wego w Taegu (K‑2). Celem ich pierw­szego ataku były czo­łowe kolumny 4. Dywizji Zmechanizowanej KRLD, posu­wa­jące się z Yeongdeungpo w kie­runku Suwon. Nazajutrz (4 lipca) nie­da­leko Anyang, na połu­dnie od Seulu, wzięli na cel kolumnę czoł­gów T‑34/85 i innych pojaz­dów. W ataku na nie zgi­nął płk Geun-Seok Lee, przy­pusz­czal­nie zestrze­lony ogniem OPL, cho­ciaż według innej wer­sji wyda­rzeń nie zdo­łał wypro­wa­dzić swo­jego F‑51 z lotu nur­ko­wego i roz­bił się. W każ­dym razie, był pierw­szym pilo­tem Mustanga, który poległ w woj­nie w Korei. Co cie­kawe, pod­czas II wojny świa­to­wej Lee, wów­czas sier­żant, wal­czył (pod przy­bra­nym nazwi­skiem Aoki Akira) w lot­nic­twie japoń­skim, lata­jąc myśliw­cami Ki-27 Nate w 77. Sentai. W trak­cie star­cia 25 grud­nia 1941 r. nad Rangunem (iro­nią histo­rii, wła­śnie z „Latającymi Tygrysami”) został zestrze­lony i dostał się do nie­woli.
Wkrótce potem zapa­dła decy­zja, by pilo­tów kore­ań­skich tym­cza­sowo wyco­fać z walk i pozwo­lić im się dalej szko­lić. W tym celu zosta­wiono im sześć Mustangów oraz Maj. Hessa i Capt. Miltona Bellovina w roli instruk­to­rów. W dzia­ła­niach bojo­wych zastą­pili ich ochot­nicy z 18. FBG (w więk­szo­ści z jed­nego dywi­zjonu – 12. FBS), która sta­cjo­no­wała na Filipinach. Owa grupa, znana jako „Dallas Squadron”, razem z pilo­tami liczyła 338 osób, w tym 36 ofi­ce­rów. Dowodził nią Capt. Harry Moreland, który pod­czas II wojny świa­to­wej (słu­żąc w 27. FG) wyko­nał 150 lotów bojo­wych na Thunderboltach nad Włochami i Francją. Grupa przy­była do Japonii 10 lipca i kilka dni póź­niej wyru­szyła do Taegu, gdzie włą­czyła w swój skład byłych instruk­to­rów pro­gramu „Bout One” (oprócz Hessa i Bellovina).
Dywizjon Capt. Morelanda przy­jął ozna­cze­nie 51. FS℗ – litera „P” (Provisional) ozna­czała jego impro­wi­zo­waną, tym­cza­sową naturę. Działania bojowe roz­po­czął 15 lipca, mając na sta­nie zale­d­wie 16 samo­lo­tów. Pierwszym zada­niem dywi­zjonu było znisz­cze­nie wyła­do­wa­nych amu­ni­cją wago­nów kole­jo­wych, które pospiesz­nie wyco­fu­jący się Amerykanie porzu­cili w Daejeon. Kapitan Moreland, dowódca dywi­zjonu, tak wspo­mi­nał jeden z pierw­szych dni w Korei:
Lecieliśmy w dwa samo­loty wzdłuż drogi bie­gną­cej z Seulu do Daejeon, z zamia­rem ata­ko­wa­nia wszyst­kiego, co się nam nawi­nie pod lufy. Naszym pierw­szym celem było kilka pół­noc­no­ko­re­ań­skich cię­ża­ró­wek, które ostrze­la­li­śmy, następ­nie obrzu­ci­li­śmy napal­mem.
Na oko­licz­nych dro­gach pano­wał spory ruch. Chwilę po tym, jak zawró­ci­li­śmy na połu­dnie, zauwa­ży­łem na środku pola wielki stóg siana, do któ­rego wio­dły ślady gąsie­nic. Przeleciałem nad nim nisko i zorien­to­wa­łem się, że to zama­sko­wany czołg. Jako że do tego czasu zuży­li­śmy cały napalm, posta­no­wi­li­śmy spraw­dzić, czy nasze pół­ca­lowe kara­biny maszy­nowe są w sta­nie coś zdzia­łać. Kule nie mogły prze­bić pan­ce­rza, ale zapa­liły siano. Kiedy to nastą­piło, prze­le­cie­li­śmy kilka razy tuż nad sto­giem, by pędem powie­trza roz­nie­cić ogień. Płomienie dosłow­nie ugo­to­wały czołg – kiedy tak krą­ży­li­śmy powy­żej, nagle eks­plo­do­wał. Inny pilot zauwa­żył: Jeśli strze­la­łeś w taki stóg i sypały się z niego iskry, było wia­domo, że jest w nim coś jesz­cze oprócz siana.
Pierwszym pole­głym pilo­tem dywi­zjonu był 2/Lt. Bille Crabtree, który 25 lipca, ata­ku­jąc cel w Kwangju, wle­ciał w eks­plo­zję wła­snych bomb. Do końca mie­siąca 51. FS℗ stra­cił aż dzie­sięć Mustangów. W tym okre­sie, ze względu na dra­ma­tyczną sytu­ację na fron­cie, ata­ko­wał nie­przy­ja­ciel­skie kolumny mar­szowe nawet nocą, cho­ciaż F‑51 zupeł­nie się do tego nie nada­wał – pło­mie­nie ze strze­la­ją­cych kara­bi­nów maszy­no­wych i ogień z odpa­la­nych rakiet ośle­piały pilo­tów.
W sierp­niu dywi­zjon Morelanda, jako pierw­szy w Korei, wpro­wa­dził do uży­cia prze­ciw­pan­cerne poci­ski rakie­towe ATAR kal. 6,5 cala (165 mm) z gło­wicą kumu­la­cyjną. Pociski typu HVAR kal. 5 cali (127 mm) zwy­kle tylko unie­ru­cha­miały czołg, zry­wa­jąc gąsie­nice. Najgroźniejszym orę­żem Mustangów do końca wojny pozo­stał napalm, prze­no­szony w pod­skrzy­dło­wych zbior­ni­kach. Nawet jeśli pilot nie tra­fił bez­po­śred­nio w cel, ogni­sty roz­bryzg czę­sto powo­do­wał zapa­le­nie się gumy w gąsie­ni­cach T‑34/85 i pożar całego czołgu. Napalm był też jedyną bro­nią, któ­rej bali się pół­noc­no­ko­re­ań­scy żoł­nie­rze. Gdy ostrze­li­wano ich albo obrzu­cano bom­bami, nawet ci uzbro­jeni jedy­nie w kara­biny pie­choty kła­dli się na ple­cach i strze­lali pro­sto w niebo.
Capt. Marvin Wallace z 35. FIG wspo­mi­nał: W ata­kach napal­mem zaska­ku­jące było to, że wiele ciał kore­ań­skich żoł­nie­rzy nie miało na sobie śla­dów ognia. Prawdopodobnie działo się tak dla­tego, że ben­zyna zagęsz­czona do postaci gala­rety paliła się z wielką inten­syw­no­ścią, wysy­sa­jąc cały tlen z powie­trza. Ponadto wytwa­rzała mnó­stwo duszą­cego dymu.
Początkowo piloci Mustangów ata­ko­wali jedy­nie przy­god­nie napo­tkane cele, ope­ru­jąc w nie­zwy­kle trud­nych warun­kach – przy niskiej pod­sta­wie chmur, w górzy­stym tere­nie, kie­ru­jąc się wska­za­niami kom­pasu i wła­snym wyczu­ciem (bogaty zbiór map i zdjęć lot­ni­czych zagi­nął, gdy w 1949 r. Amerykanie wyco­fy­wali się z Korei). Skuteczność ich dzia­łań wydat­nie wzro­sła po tym, jak ame­ry­kań­skie woj­ska lądowe na nowo opa­no­wały, jakby zapo­mnianą po II woj­nie świa­to­wej, sztukę napro­wa­dza­nia na cel z pomocą radia.
W efek­cie narady, która odbyła się 7 lipca w Tokio, dowódz­two FEAF posta­no­wiło prze­pro­wa­dzić wtórne prze­zbro­je­nie sze­ściu dywi­zjo­nów F‑80 w F‑51 – w miarę dostęp­no­ści tych dru­gich. Liczba wyre­mon­to­wa­nych w Japonii Mustangów pozwo­liła na wypo­sa­że­nie w nie 40. FIS ze składu 35. FIG. Dywizjon otrzy­mał Mustangi 10 lipca i już pięć dni póź­niej roz­po­czął dzia­ła­nia bojowe z Pohang na wschod­nim wybrzeżu Korei, kiedy tylko bata­lion inży­nie­ryjny skoń­czył ukła­dać sta­lowe, per­fo­ro­wane maty PSP na sta­rym, eks-japoń­skim lot­ni­sku, które od tej pory nosiło ozna­cze­nie K‑3. Ten pośpiech dyk­to­wała sytu­acja na ziemi – woj­ska ONZ, spy­chane w stronę Pusan (naj­więk­szego portu Korei Południowej) nad Cieśniną Cuszimską, cofały się na całej linii frontu.
Na szczę­ście wkrótce potem przy­były pierw­sze posiłki zza oce­anu. Dostarczenia ich pod­jął się lot­ni­sko­wiec floty USS Boxer, który zabrał na pokład 145 Mustangów (79 z jed­no­stek Gwardii Narodowej i 66 z maga­zy­nów bazy lot­ni­czej McClelland) oraz 70 wyszko­lo­nych w lata­niu nimi pilo­tów. Okręt wyszedł w morze z Alameda w Kalifornii 14 lipca i w rekor­do­wym cza­sie ośmiu dni i sied­miu godzin przy­wiózł je 23 lipca do Yokosuki w Japonii.
Ta dostawa w pierw­szej kolej­no­ści posłu­żyła do uzu­peł­nie­nia obu dywi­zjo­nów w Korei – 51. FS℗ i 40. FIS – do eta­to­wego stanu 25 samo­lo­tów. Następnie prze­zbro­jono 67. FBS, który wraz ze szta­bem 18. FBG, swo­jej macie­rzy­stej jed­nostki, przy­był z Filipin do Japonii. Dywizjon roz­po­czął loty bojowe na Mustangach 1 sierp­nia z bazy Ashiya na wyspie Kiusiu. Dwa dni póź­niej sztab jed­nostki prze­niósł się do Taegu. Tam prze­jął kon­trolę nad ope­ru­ją­cym samo­dziel­nie 51. FS℗, następ­nie zmie­nił jego ozna­cze­nie na 12. FBS i bez­ce­re­mo­nial­nie wyzna­czył nowego dowódcę w stop­niu majora (Capt. Moreland musiał się zado­wo­lić sta­no­wi­skiem ofi­cera ope­ra­cyj­nego dywi­zjonu). W Taegu nie było miej­sca dla dru­giego dywi­zjonu, dla­tego 67. FBS pozo­stał w Ashiya.
Według stanu z 30 lipca 1950 r., siły FEAF miały do dys­po­zy­cji 264 Mustangi, cho­ciaż nie wszyst­kie w pełni sprawne. Notorycznie zda­rzało się, że piloci wyko­ny­wali loty bojowe samo­lo­tami, w któ­rych bra­ko­wało poszcze­gól­nych przy­rzą­dów pokła­do­wych. Niektórzy wra­cali z uszko­dzo­nymi skrzy­dłami, gdyż pod­czas strze­la­nia pękały zużyte lufy kara­bi­nów maszy­no­wych. Osobnym pro­ble­mem był nie­naj­lep­szy stan tech­niczny przy­wie­zio­nych zza oce­anu F‑51. W dywi­zjo­nach fron­to­wych pano­wało prze­ko­na­nie, że jed­nostki Gwardii Narodowej, które musiały oddać samo­loty na potrzeby toczą­cej się wojny, pozbyły się tych z naj­więk­szym resur­sem (pomi­ja­jąc fakt, że Mustangów nie pro­du­ko­wano od 1945 r., dla­tego wszyst­kie ist­nie­jące egzem­pla­rze, nawet te fabrycz­nie nowe, któ­rych nigdy nie użyto, były już „stare”). Tak czy ina­czej, usterki i awa­rie, szcze­gól­nie sil­ni­ków, oka­zały się jedną z głów­nych przy­czyn mno­żą­cych straty wśród pilo­tów F‑51 nad Koreą.

Pierwszy odwrót

Walki o tzw. przy­czó­łek pusań­ski były wyjąt­kowo zacie­kłe. Rankiem 5 sierp­nia dowódca 67. FBS, Maj. Louis Sebille, popro­wa­dził klucz trzech Mustangów do ataku na kolumnę zme­cha­ni­zo­waną, namie­rzoną nie­opo­dal wio­ski Hamchang. Pojazdy wła­śnie prze­kra­czały bro­dem rzekę Naktong, kie­ru­jąc się na przy­czó­łek, z któ­rego woj­ska KRLD roz­wi­jały natar­cie na Taegu. Samolot Sebille’a był uzbro­jony w sześć rakiet i dwie bomby 227 kg. Podczas pierw­szego podej­ścia nad cel jedna z bomb utknęła na wyrzut­niku i pilot, pró­bu­jąc odzy­skać kon­trolę nad zata­cza­ją­cym się F‑51, na moment stał się łatwym celem dla ostrzału z ziemi. Trafiony, prze­ka­zał swoim skrzy­dło­wym przez radio, że jest ranny, przy­pusz­czal­nie śmier­tel­nie. Namawiany przez nich, by spró­bo­wał dole­cieć do Taegu, odpo­wie­dział: Nie dam rady. Zawrócę i dopadnę sukin­syna. Następnie zanur­ko­wał w kie­runku nie­przy­ja­ciel­skiej kolumny, odpa­lił rakiety, otwo­rzył ogień z kaemów i roz­bił się o trans­por­ter opan­ce­rzony, powo­du­jąc eks­plo­zję zaklesz­czo­nej pod skrzy­dłem bomby. Za ten czyn Maj. Sebille został pośmiert­nie odzna­czony Medalem Honoru.
Niedługo póź­niej lot­ni­sko w Taegu (K‑2) zna­la­zło się zbyt bli­sko linii frontu i 8 sierp­nia sztab 18. FBG razem z 12. FBS musiały się wyco­fać do bazy Ashiya. Tego samego dnia do Pohang (K‑3) przy­był, razem ze szta­bem 35. FIG, drugi dywi­zjon tej jed­nostki – 39. FIS – który swoje Mustangi ode­brał zale­d­wie dzień wcze­śniej. W Pohang dołą­czyły do sta­cjo­nu­ją­cego tam 40. FIS, ale też nie na długo. Obsługa naziemna, która za dnia ser­wi­so­wała samo­loty, po zmroku musiała odpie­rać ataki par­ty­zan­tów, któ­rzy pod osłoną nocy pró­bo­wali się wedrzeć na lot­ni­sko. Ostatecznie 13 sierp­nia postępy nie­przy­ja­ciela zmu­siły całą 35. FIG do wyco­fa­nia się za Cieśninę Cuszimską, do Tsuiki.
Jako ostat­nia w Mustangi prze­zbro­iła się 8. FBG, nie tra­cąc przy tym ani jed­nego dnia dzia­łań. Rankiem 11 sierp­nia piloci dwóch dywi­zjo­nów skła­do­wych tej jed­nostki – 35. i 36. FBS – wystar­to­wali z Itazuke do pierw­szej misji na F‑51 nad Koreą, na zakoń­cze­nie lądu­jąc w Tsuiki, gdzie od tej pory sta­cjo­no­wali. Tego dnia Capt. Charles Brown z 36. FBS wziął na cel pół­noc­no­ko­re­ań­ski T‑34/85. Ten odpo­wie­dział ogniem, w dodatku cel­nym. Nie jest pewne, czy był to pocisk z armaty, gdyż załogi zaata­ko­wa­nych czoł­gów wojsk KRDL miały zwy­czaj otwie­rać wszyst­kie włazy i ostrze­li­wać się z pisto­le­tów maszy­no­wych! Tak czy ina­czej, Capt. Brown miał wąt­pliwy zaszczyt zosta­nia bodaj jedy­nym pilo­tem w tej woj­nie, któ­rego zestrze­lił czołg (lub jego załoga).
Notabene, wśród pilo­tów nie było wiel­kiego entu­zja­zmu do wtór­nego prze­zbra­ja­nia się w F‑51. Jak zauwa­żył histo­ryk 8. FBG, wielu z nich widziało na wła­sne oczy w poprzed­niej woj­nie, dla­czego Mustang nie spraw­dził się w roli samo­lotu bli­skiego wspar­cia wojsk lądo­wych. Nie byli zachwy­ceni wizją demon­stro­wa­nia tego jesz­cze raz wła­snym kosz­tem.
W poło­wie sierp­nia 1950 r. wszyst­kie regu­larne jed­nostki F‑51 zna­la­zły się z powro­tem w Japonii: 18. FBG (12. i 67. FBS) w Ashiya na Kiusiu, nato­miast 35. FIG (39. i 40. FIS) oraz 8. FBG (35. i 36. FBS) w pobli­skiej bazie Tsuiki. Australijczycy z 77. Sqn nadal sta­cjo­no­wali na stałe w Iwakuni na wyspie Honsiu, z lot­ni­ska w Taegu (K‑2) korzy­sta­jąc tylko w celu dozbro­je­nia się i uzu­peł­nie­nia paliwa. W Korei została jedy­nie szkółka lot­ni­cza z pro­jektu „Bout One” pod dowódz­twem Maj. Hessa, wyparta z Taegu na lot­ni­sko w Sacheon (K‑4), następ­nie do Chinhae (K‑10). Hess w ramach szko­le­nia zabie­rał swo­ich adep­tów nad pobli­ską linię frontu, by ich rodacy mogli zoba­czyć samo­loty z ozna­cze­niami połu­dnio­wo­ko­re­ań­skimi, co pod­no­siło ich morale. Ponadto sam wyko­ny­wał nie­au­to­ry­zo­wane loty bojowe – nawet dzie­sięć razy dzien­nie (sic!) – zaskar­bia­jąc sobie przy­do­mek „jed­no­oso­bo­wej armii powietrz­nej”.
Lotnisko w Chinhae znaj­do­wało się zbyt bli­sko ówcze­snej linii frontu, oka­la­ją­cej przy­czó­łek pusań­ski, by utrzy­my­wać tam regu­larną jed­nostkę lot­ni­czą. Na szczę­ście kil­ka­na­ście kilo­me­trów na wschód od Pusan Amerykanie odkryli zapo­mniane, eks-japoń­skie lot­ni­sko. Kiedy tylko woj­ska inży­nie­ryjne odbu­do­wały sys­tem rowów odwad­nia­ją­cych i uło­żyły meta­lowe maty, 8 wrze­śnia wpro­wa­dziły się tam Mustangi 18. FBG. Od tam­tej pory lot­ni­sko figu­ro­wało jako Pusan-East (K‑9).

  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE