ORP Ślązak Dobry pasterz din­ghy

19 sierpnia 1942 r., niszczyciel eskortowy Slazak po rajdzie na  Dieppe wchodzi do  Portsmouth podczas alarmu przeciwlotniczego.

19 sierp­nia 1942 r., nisz­czy­ciel eskor­towy Slazak po raj­dzie na Dieppe wcho­dzi do Portsmouth pod­czas alarmu prze­ciw­lot­ni­czego.

Na początku 1942 r. pol­ska flota wojenna na obczyź­nie miała nisz­czy­ciele eskor­towe OORP Krakowiak i Kujawiak, które prze­ka­zane w dzier­żawę od Brytyjczyków, już od kilku mie­sięcy z powo­dze­niem wyko­ny­wały zada­nia ope­ra­cyjne pod skrzy­dłami Royal Navy. Trzeciego nawod­nego „musz­kie­tera”, który wkrótce dołą­czył do dwóch poprzed­nich jed­no­stek, nazwano ORP Ślązak.

Niszczyciele eskor­towe typu Hunt, które zostały zapro­jek­to­wane przez Admiralicję bry­tyj­ską pod koniec 1938 r., były zgrabne, nowo­cze­sne i ide­al­nie nada­wały się do współ­pracy z więk­szymi okrę­tami, ale nade wszystko eks­plo­ato­wano je do eskor­to­wa­nia i osłony kon­wo­jów u wschod­nich i połu­dnio­wych wybrzeży Anglii. Takie porty jak: Londyn, Hull, Newcastle-on-Tyne, Plymouth i Falmouth, ze względu na gro­żące im nie­bez­pie­czeń­stwo były nie­do­stępne dla wiel­kich stat­ków oce­anicz­nych. Było sprawą oczy­wi­stą, że cały cię­żar dostar­cze­nia do wschod­niej i połu­dnio­wej Anglii towa­rów wyła­do­wy­wa­nych w por­tach wybrzeża zachod­niego, wobec prze­cią­że­nia i czę­ścio­wego uszko­dze­nia linii kole­jo­wych, spadł na barki żeglugi przy­brzeż­nej.
Stępkę trze­ciego eskor­towca dla Polskiej Marynarki Wojennej, który nale­żał do ulep­szo­nej serii Hunt II, poło­żono 25 maja 1940 r. przez stocz­nię R. & W. Hawthorn, Leslie & Company Ltd., w Hebburn-on-Tyne w pół­nocno-wschod­niej Anglii. HMS Bedale, bo tak Brytyjczycy nazwali okręt, zwo­do­wano 23 lipca 1941 r. Minęło kolej­nych nie­spełna osiem mie­sięcy, gdy w pierw­szych dniach marca 1942 r. kpt. mar. (3 maja tr. otrzy­mał awans na koman­dora pod­po­rucz­nika) Romuald Nałęcz-Tymiński, jako dowódca okrętu, i jego zastępca – kpt. mar. Wszechwład Maracewicz, decy­zją szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej w Londynie, wyje­chali do Newcastle-on-Tyne, gdzie wykań­czano nasz eskor­to­wiec. Reszta ofi­ce­rów i załogi zaczęła suk­ce­syw­nie przy­by­wać do Hebburn-on-Tyne od 5 marca.

Początek służby trze­ciego pol­skiego eskor­towca

30 kwiet­nia budowa okrętu dobie­gła końca i tego samego dnia Bedale został prze­ka­zany pol­skiej zało­dze, która po pod­nie­sie­niu biało-czer­wo­nej ban­dery (rów­nież pro­porca i znaku dowódcy) nie­mal natych­miast zajęła się jego adap­ta­cją do swo­ich potrzeb. W tym wyjąt­ko­wym wyda­rze­niu wziął udział przed­sta­wi­ciel szefa KMW, kmdr por. Stanisław Nahorski. Trzy dni póź­niej, w uro­czy­stych obcho­dach Święta Narodowego 3 maja, w obec­no­ści licz­nie zgro­ma­dzo­nej grupy polo­nij­nej (wśród gości była także dele­ga­cja nisz­czy­ciela Garland), odbyło się poświę­ce­nie ban­dery i okrętu.
Poprzedziła ją msza św. odpra­wiona przez ks. kape­lana Bolesława Klementowskiego, który przy­je­chał z Plymouth. Pod nie­obec­ność wadm. Jerzego Świrskiego (awans 3 maja 1942), szefa KMW repre­zen­to­wał kmdr por. Włodzimierz Poraj-Kodrębski, p.o. komen­danta Komendy Morskiej „Północ” w Greenock, a w imie­niu Admiralicji wystę­po­wał kmdr Archibald Day. Depesze gra­tu­la­cyjne nade­słali do dowódcy okrętu m.in. pre­zy­dent RP Władysław Raczkiewicz i gen. broni Władysław Sikorski, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych. Nowo prze­jęty nisz­czy­ciel eskor­towy, który wszedł do kam­pa­nii, nazwano ofi­cjal­nie Ślązak; na bur­tach i pawęży został nama­lo­wany znak tak­tyczny L26. Od tego dnia roz­po­czął się dla załogi okres prób siłowni głów­nej, uzbro­je­nia i reszty wypo­sa­że­nia.
9 maja 1942 r. Ślązak wyszedł ze stoczni w stan­dar­do­wym malo­wa­niu masku­ją­cym typu Western Approaches (w dwóch kolo­rach – sza­ro­nie­bie­skim i jasno­sza­rym) na obo­wiąz­kowe pię­cio­ty­go­dniowe ćwi­cze­nia do Scapa Flow, co było wyma­ganą pro­ce­durą przed roz­po­czę­ciem służby bojo­wej u boku Royal Navy. Nazajutrz roz­po­częło się szko­le­nie na Orkadach. Na postoju odby­wa­li­śmy nie­koń­czące się alarmy, dzia­ło­czyny, ćwi­cze­nia w zwal­cza­niu okrę­tów pod­wod­nych, w komu­ni­ka­cji z lot­ni­kiem, ćwi­cze­nia prze­ciw­awa­ryjne itp., wspo­mi­nał po latach Nałęcz-Tymiński.
Poważnym pro­ble­mem na nowym okrę­cie był zespół arty­le­rzy­stów, który w 43% skła­dał się z mary­na­rzy-ochot­ni­ków, nie posia­da­ją­cych dosta­tecz­nego doświad­cze­nia. Jednak dzięki wytę­żo­nej pracy por. mar. Zbigniewa Plezi (I of. arty­le­rii) i bos­mat. Edmunda Gessnera ich pod­ko­mendni osią­gnęli w wyzna­czo­nym cza­sie wysoki sto­pień wyszko­le­nia, który zadzi­wił Brytyjczyków. Podczas wizyty w Scapa Flow, król Jerzy VI przy­jął 8 czerwca na pokła­dzie okrętu-bazy HMS Tyne dele­ga­cje sta­cjo­nu­ją­cych w bazie okrę­tów. Król Jerzy zwró­cił się do Tymińskiego nastę­pu­ją­cymi słowy: Powiedz Twoim ludziom, że z przy­jem­no­ścią ich tutaj widzę.

  • Mariusz Borowiak

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE