Zapisz się do naszego new­slet­tera

Wybierz listę(y):

ZAPOMNIAŁEŚ HASŁA?

Nowe rosyj­skie sys­temy roz­po­zna­nia i walki radio­elek­tro­nicz­nej

WiT-2_2016_systemy

1Ł269 Krasucha-2 jest jedną z naj­now­szych i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej tajem­ni­czych sta­cji zakłó­ca­ją­cych Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Ma impo­nu­jące roz­miary i nie­ty­pową dla tej funk­cji antenę.

Idea walki radio­elek­tro­nicz­nej naro­dziła się nie­mal rów­no­cze­śnie z zasto­so­wa­niem do celów woj­sko­wych łącz­no­ści na falach radio­wych. Wojskowi byli pierw­szymi, któ­rzy doce­nili rolę łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej – nie bez powodu zarówno pierw­sze próby Marconiego, jak i Popowa odby­wały się z pokła­dów okrę­tów wojen­nych. Byli też pierw­szymi, któ­rzy zaczęli zasta­na­wiać się, w jaki spo­sób utrud­nić prze­ciw­ni­kowi korzy­sta­nie z takiej łącz­no­ści. Najpierw jed­nak sko­rzy­stano w prak­tyce z moż­li­wo­ści pod­słu­chi­wa­nia prze­ciw­nika. Na przy­kład bitwa pod Tannenbergiem w 1914 r. została wygrana przez Niemców w dużej mie­rze dzięki zna­jo­mo­ści pla­nów prze­ciw­nika, o któ­rych przez radio roz­ma­wiali nie­fra­so­bli­wie rosyj­scy szta­bowcy.

Zakłócanie łącz­no­ści odby­wało się począt­kowo w spo­sób bar­dzo pry­mi­tywny: po ręcz­nym odszu­ka­niu czę­sto­tli­wo­ści, na któ­rej nada­wała radio­sta­cja prze­ciw­nika, zaczy­nano nada­wać na niej komu­ni­katy gło­sowe, nakła­da­jące się na roz­mowy nie­przy­ja­ciela. Z cza­sem zaczęto sto­so­wać zakłó­ce­nia szu­mowe, do któ­rych nie trzeba było wyko­rzy­sty­wać wielu ope­ra­to­rów, a tylko radio­sta­cje o dużej mocy. Kolejne kroki to auto­ma­tyczne poszu­ki­wa­nie czę­sto­tli­wo­ści i dostra­ja­nie się do niej, bar­dziej skom­pli­ko­wane rodzaje zakłó­ceń itd. Gdy poja­wiły się pierw­sze urzą­dze­nia radio­lo­ka­cyjne, zaczęto szu­kać spo­so­bów zakłó­ce­nia także ich pracy. W cza­sie II wojny świa­to­wej były to głów­nie metody pasywne, czyli two­rze­nie chmur dipoli (paski meta­li­zo­wa­nej folii), które odbi­jały impulsy rada­rów prze­ciw­nika.

Po II woj­nie świa­to­wej liczba i róż­no­rod­ność urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych uży­wa­nych przez woj­sko do łącz­no­ści, roz­po­zna­nia, nawi­ga­cji itp. bły­ska­wicz­nie rosła. Z cza­sem poja­wiły się także urzą­dze­nia, wyko­rzy­stu­jące ele­menty sate­li­tarne. Uzależnienie woj­ska od łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej sys­te­ma­tycz­nie rosło, a trud­no­ści z jej utrzy­ma­niem nie­rzadko para­li­żo­wały dzia­ła­nia bojowe. Na przy­kład pod­czas wojny fal­klandz­kiej w 1982 r. bry­tyj­scy mor­scy pie­chu­rzy mieli tak wiele radio­sta­cji, że te nie tylko zakłó­cały się wza­jem­nie, ale i zablo­ko­wały dzia­ła­nie trans­pon­de­rów sys­temu „swój-obcy”. Wskutek tego Brytyjczycy stra­cili wię­cej śmi­głow­ców od ognia wła­snych żoł­nie­rzy, niż prze­ciw­nika. Rozwiązaniem doraź­nym oka­zał się zakaz uży­wa­nia radio­sta­cji na szcze­blu dru­żyna – plu­ton i zastą­pie­nie ich… cho­rą­giew­kami sygna­ło­wymi, któ­rych wielką ilość dostar­czono spe­cjal­nym samo­lo­tem z maga­zy­nów w Anglii.

Trudno się dzi­wić, że nie­mal we wszyst­kich armiach świata ist­nieją jed­nostki walki radio­elek­tro­nicz­nej. Jest także oczy­wi­ste, że ich sprzęt należy do szcze­gól­nie chro­nio­nych – prze­ciw­nik nie powi­nien wie­dzieć, jakie metody zakłó­ca­nia mu zagra­żają, jakie urzą­dze­nia mogą po ich zasto­so­wa­niu stra­cić efek­tyw­ność itd. Szczegółowa wie­dza na ten temat daje moż­li­wość opra­co­wa­nia zawczasu kontr­po­su­nięć: wpro­wa­dze­nia innych czę­sto­tli­wo­ści, nowych metod szy­fro­wa­nia prze­sy­ła­nych infor­ma­cji lub wręcz nowych spo­so­bów uży­cia sprzętu elek­tro­nicz­nego. Dlatego publiczne pre­zen­ta­cje sprzętu do walki radio­elek­tro­nicz­nej (WRE, ang. ECM – elec­tro­nic coun­ter­me­asu­res, ros. REB – radio­elek­tron­naja borba) nie zda­rzają się czę­sto i nie­czę­sto podaje się szcze­gó­łowe cha­rak­te­ry­styki takiego sprzętu. Podczas salonu lot­ni­czo-kosmicz­nego MAKS 2015, który odbył się w sierp­niu 2015 r. w Moskwie, poka­zano rekor­dowo dużo takich urzą­dzeń i podano nieco infor­ma­cji na ich temat. Przyczyny takiej jaw­no­ści są pro­za­iczne: rosyj­ski prze­mysł obronny jest cią­gle nie­do­fi­nan­so­wany przez budżet i zamó­wie­nia cen­tralne, stąd sporą część docho­dów musi czer­pać z eks­portu. Znalezienie klien­tów zagra­nicz­nych wymaga mar­ke­tingu pro­duk­tów, co jest pro­ce­sem kosz­tow­nym i dłu­go­trwa­łym. Rzadko bowiem bywa tak, że zaraz po publicz­nej pre­zen­ta­cji nowego sprzętu woj­sko­wego poja­wia się klient gotowy kupić go od razu i zapła­cić z góry za nie­spraw­dzone roz­wią­za­nia. Dlatego prze­bieg kam­pa­nii mar­ke­tin­go­wej ma zwy­kle prze­bieg nastę­pu­jący: naj­pierw poja­wiają się w mediach kraju pro­du­centa ogól­ni­kowe i zwy­kle entu­zja­styczne infor­ma­cje o „nowej, rewe­la­cyj­nej broni”, potem podaje się infor­ma­cje o przy­ję­ciu jej do uzbro­je­nia w kraju pro­du­centa, następ­nie ma miej­sce pierw­sza publiczna pre­zen­ta­cja, zwy­kle w aurze sen­sa­cji i tajem­nicy (bez danych tech­nicz­nych, dla wybra­nych osób), a wresz­cie poka­zuje się dopusz­czony do eks­portu sprzęt na któ­rymś z pre­sti­żo­wych salo­nów mili­tar­nych.

  • Tomasz Szulc

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE
TOP