Najważniejsi są ludzie

Salut wodny w podpoznanskich Krzesinach po ostatnim locie na F-16 Jastrzab. Fot. MON

Salut wodny w pod­po­znan­skich Krzesinach po ostat­nim locie na F‑16 Jastrzab. Fot. MON

8 maja 2018 r. po raz ostatni w kok­pi­cie wie­lo­za­da­nio­wego samo­lotu bojo­wego F‑16 zasiadł płk dypl. inż. pil. Rościsław Stepaniuk. Ten zasłu­żony dla pol­skiego lot­nic­twa woj­sko­wego pilot w chwili odej­ścia ze służby 31 maja bie­żą­cego roku miał na swoim kon­cie wyla­tane ponad 2200 godzin na samo­lo­tach odrzu­to­wych. Jako pierw­szy Polak ukoń­czył kurs pilo­tażu na samo­lo­cie F‑16 sta­jąc się od razu instruk­to­rem na tym typie. W cza­sie swej kariery był dowódcą 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego, a następ­nie 1. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego.

Jak zaczęła się Pana przy­goda z lot­nic­twem? Czy od małego chciał Pan zostać pilo­tem?
Gdy zaczą­łem na poważ­nie roz­my­ślać o lot­nic­twie byłem jesz­cze w szkole pod­sta­wo­wej, która trwała wtedy osiem lat. Rozpocząłem poszu­ki­wa­nie infor­ma­cji na temat lot­nic­twa zbie­ra­jąc arty­kuły i kolek­cjo­nu­jąc modele, a trzeba pamię­tać, że dostęp do tego typu mate­ria­łów mie­li­śmy wtedy bar­dzo ogra­ni­czony. Pamiętam, że sam odkry­łem, że w Polsce ist­nieje coś takiego jak liceum lot­ni­cze zlo­ka­li­zo­wane dość daleko od mojego domu, bo w Dęblinie i stwier­dzi­łem, że muszę spró­bo­wać. Gdyby to nie wypa­liło plan B prze­wi­dy­wał liceum mor­skie, ale woda nigdy nie była moim żywio­łem. Gdyby i to się nie udało mia­łem jesz­cze plan C, w postaci tech­ni­kum mecha­nicz­nego. Dostać się do szkoły lot­ni­czej nie było wcale tak pro­sto i na pierw­szym eta­pie nie­zbędne były wszech­stronne bada­nia lekar­skie. Decyzję o tym w którą stronę pójść posta­no­wi­łem zosta­wić do czasu przej­ścia lub nie tychże badań. Pamiętam, że na bada­nia lekar­skie, które trwały dwa lub trzy dni uda­łem się z tatą i cała pro­ce­dura skoń­czyła się z wyni­kiem pozy­tyw­nym co auto­ma­tycz­nie spra­wiło, że plan A wszedł w życie. Po zali­cze­niu badań cze­kały mnie jesz­cze egza­miny, na wynik któ­rych musia­łem cze­kać całe waka­cje. Do dziś pamię­tam listo­no­sza, który pod koniec sierp­nia przy­niósł infor­ma­cję o tym, że zosta­łem przy­jęty. Nauka w szkole trwała cztery lata i prze­bie­gała w ten spo­sób, że poza nor­mal­nym kur­sem lice­al­nym ucznio­wie mieli moż­li­wość wyko­ny­wa­nia sko­ków ze spa­do­chro­nem na dru­gim roku nauki, a na trze­cim dostępne były loty na szy­bow­cach. Po matu­rze można już było wyko­ny­wać pierw­sze loty na samo­lo­tach. Mnie przy­padł w udziale Zlin 526F do któ­rego wsia­dłem na lot­ni­sku w Aeroklubie Toruńskim. Za prze­szko­le­nie tego typu pła­ciło ówcze­sne Ministerstwo Obrony Narodowej, a jego celem było przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów na woj­skowe stu­dia lot­ni­cze.
16 wrze­śnia 1985 r. roz­po­czą­łem naukę w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej. Pierwszy rok zwią­zany był tra­dy­cyj­nie ze szko­le­niem uni­tar­nym i nor­malną nauką, ale w dru­gim roku stu­diów wyje­cha­li­śmy już na lot­ni­ska. Latanie odby­wało się na dru­gim, trze­cim i czwar­tym roku i w sumie w 1989 r. naukę zakoń­czy­łem z ponad 250 godzi­nami w powie­trzu. Pamiętam, że był to okres w któ­rym tro­chę eks­pe­ry­men­to­wano i część pod­cho­rą­żych o pro­filu pilot samo­lo­tów odrzu­to­wych latała na 2 i 3 roku na samo­lo­tach Lim, a dopiero na czwar­tym roku na samo­lo­tach TS-11 Iskra. Ja tra­fi­łem do pro­gramu eks­pe­ry­men­tal­nego w któ­rym przez 3 lata lata­łem tylko na samo­lo­tach TS-11.

Jaka była Pana pierw­sza jed­nostka po ukoń­cze­niu WOSL?
Dość przy­pad­kowo tra­fi­łem do Wielkopolski, do 62. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego sta­cjo­nu­ją­cego w pod­po­zań­skich Krzesinach. Tam zetkną­łem się z samo­lo­tami MiG-21. Szkolenie zaczą­łem na wer­sji MiG-21MF, następ­nie w ramach tzw. ’uno­wo­cze­śnia­nia’ lot­nic­twa dosta­li­śmy star­sze MiG-21PFM, które stały w Mierzęcicach i były prze­zna­czone na złom. Decyzją dowódz­twa odtwo­rzono naj­le­piej zacho­wane egzem­pla­rze i wysłano do Poznania. Musiałem więc prze­siąść się z now­szego typu na star­szy. Latałem jed­no­cze­śnie na maszy­nach szkolno-bojo­wych MiG-21US i UM. Pamiętam, że zwra­cano nam wtedy uwagę, że prze­skok z TS-11 Iskra będzie dość dra­styczny i że trzeba będzie bar­dzo uwa­żać by nadą­żyć za tym co będzie działo się w powie­trzu. Przeszkolenie na tym typie nie odby­wało się tak szybko jak w przy­padku F‑16, gdzie już czwarty lot jest lotem samo­dziel­nym, ale nie trwało rów­nież jakoś spe­cjal­nie długo. Samoloty MiG-21 były momen­tami bar­dzo wyma­ga­jące zwłasz­cza pod­czas szko­le­nia zaawan­so­wa­nego oraz szko­leń spe­cja­li­stycz­nych takich jak loty koszące, walki powietrzne czy też gru­powe walki powietrzne. Szło mi cał­kiem nie­źle i tak się zło­żyło, że tra­fi­łem do pro­gramu instruk­tor­skiego i zali­czy­łem wszyst­kie etapy szko­le­nia instruk­tor­skiego na tym samo­lo­cie. Również tam wyma­ga­nia jakie sta­wiała maszyna przed pilo­tem były wyso­kie. Zwłaszcza lądo­wa­nie w nocy z dru­giej kabiny (kabiny instruk­tora), przy mini­mal­nych warun­kach atmos­fe­rycz­nych i wła­snym reflek­to­rze pokła­do­wym potra­fiło być bar­dzo wyma­ga­jące.

Po osią­gnię­ciu upraw­nień instruk­tora na MiG-ach i zyska­niu spo­rego doświad­cze­nia na tym typie został Pan rzu­cony na głę­boką wodę i wysłany na szko­le­nie na F‑16 do USA. Można powie­dzieć, że prze­cie­rał Pan szlak i był nie­jako repre­zen­tan­tem całego naszego lot­nic­twa…
W tam­tym cza­sie byłem dowódcą 3. eska­dry lot­nic­twa tak­tycz­nego w Poznaniu i decy­zją prze­ło­żo­nych zosta­łem skie­ro­wany w ramach pro­gramu Guest Pilot Program na prze­szko­le­nie na samo­lot wie­lo­za­da­niowy F‑16 do USA. Przeskok był gigan­tyczny. Amerykanie sami zapro­po­no­wali, by na począ­tek wziąć jed­nego pilota i przejść z nim kurs szko­le­niowy po to, by zapo­znać się z sys­te­mem szko­le­nia jaki był reali­zo­wany w Siłach Powietrznych i na tej pod­sta­wie kory­go­wać plan szko­le­niowy dla kolej­nych pol­skich pilo­tów. Było to o tyle cie­kawe, że uczy­łem się sam, szko­lili tylko mnie, latali tylko ze mną i wykłady teo­re­tyczne, tzw. Academics reali­zo­wali tylko dla mnie. Jeżeli szko­le­nie wyma­gało więk­szej liczby samo­lo­tów to lecia­łem tylko z Amerykanami. Tak prze­sze­dłem całe szko­le­nie i było to swego rodzaju spraw­dze­nie tego, czego instruk­to­rzy ame­ry­kań­scy mogą spo­dzie­wać się z kolej­nymi lot­ni­kami z Polski.

  • Krzysztof Kuska

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE