Lotnictwo pokła­dowe. Największe wyzwa­nie dla pilo­tów

F/A-18F z VFA-94 „Mighty Shrikes” podczas lotu szkolnego. Fot. US Navy

F/A-18F z VFA-94 „Mighty Shrikes” pod­czas lotu szkol­nego. Fot. US Navy

O lot­nic­twie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, szko­le­niu, bra­kach kadro­wych i życiu po karie­rze pilota myśliw­skiego roz­ma­wiamy z Vincentem „Jell-O” Aiello, który zasiadł za ste­rami takich samo­lo­tów jak F/A-18 Hornet, F/A-18 Super Hornet, F-16 Viper, A-4 Skyhawk i był instruk­to­rem w słyn­nej szkole TOPGUN, a pod koniec kariery latał w jed­no­stce agre­so­rów US Navy.

Kiedy zde­cy­do­wa­łeś o tym, że chcesz zostać pilo­tem? Czy Marynarka Wojenna była od zawsze twoim pierw­szym wybo­rem czy może roz­wa­ża­łeś też Siły Powietrzne lub Korpus Piechoty Morskiej?
W 1977 r. mia­łem sie­dem lat i mój ojczym zabrał nas na pokazy lot­ni­cze, które odby­wały się w oko­licy Los Angeles, gdzie wtedy miesz­ka­li­śmy i to tam zła­pa­łem bak­cyla. Oczywiście nie była to jedyna rzecz jaką chcia­łem wtedy robić, ale z pew­no­ścią to wyda­rze­nie miało klu­czowe zna­cze­nie dla mojej przy­szło­ści. Około osiem lat póź­niej będąc już w liceum pod­ją­łem osta­teczną decy­zję, że chcę zostać lot­ni­kiem i tutaj znów swój udział miał mój ojczym, gdyż w poło­wie trwa­nia nauki w liceum zapy­tał mnie, co zamie­rzam robić po skoń­cze­niu szkoły. Odpowiedziałem mu wtedy, że myślę o zosta­niu lot­ni­kiem, a on stwier­dził, że wydaje się, że lubię samo­loty i może rze­czy­wi­ście powi­nie­nem pójść tym tro­pem. Uznał, że dam radę, tylko muszę poszu­kać infor­ma­cji na temat wyma­gań w tym zawo­dzie i zacząć suk­ce­syw­nie podą­żać w tym kie­runku i prze­kuć marze­nie w rze­czy­wi­stość. Zrozumiałem, że każdy może osią­gnąć wyma­rzony cel, ale potrzeba do tego odro­biny wska­zó­wek i opieki men­tora, który pomoże na naj­trud­niej­szym począt­ko­wym eta­pie. Jeśli cho­dzi o rodzaj sił zbroj­nych wydaje mi się, że Marynarka Wojenna zawsze była mi naj­bliż­sza i chyba wynika to z faktu, że miesz­ka­łem bli­sko oce­anu oraz z faktu korzeni rodzin­nych, która pocho­dzi po czę­ści z Danii, którą czę­sto odwie­dza­łem. Muszę jed­nak przy­znać, że w pew­nym momen­cie byłem zachę­cany do wstą­pie­nia do Korpusu Piechoty Morskiej, który gwa­ran­to­wał mi przy­dział do lot­nic­twa, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łem się na US Navy i przy­stą­pi­łem do pro­gramu ROTC (Reserve Officers Training Corps), który pozwala na szko­le­nie pod­czas nauki i po jej zakoń­cze­niu wstą­pie­nie do Marynarki.
Czy mógł­byś opi­sać ścieżkę jaka pro­wa­dzi na pokład lot­ni­skowca? Jak wygląda szko­le­nie?
Proces ten cały czas pod­lega nie­wiel­kim mody­fi­ka­cjom więc mogę jedy­nie opi­sać jak on wyglą­dał w moim przy­padku. Po ukoń­cze­niu szkoły wstą­pi­łem do Marynarki i zosta­łem ofi­ce­rem i w związku z wyni­kami w nauce oraz odpo­wied­nimi pre­dys­po­zy­cjami zdro­wot­nymi zosta­łem wyzna­czony na kurs pilo­tów. Dostałem przy­dział do bazy Pensacola na Florydzie, ale musia­łem tro­chę pocze­kać na swoją kolej z racji dużego obło­że­nia kan­dy­da­tami. Na pierw­szym eta­pie prze­sze­dłem trzy­ty­go­dniowy kurs wpro­wa­dza­jący na temat lot­nic­twa, na któ­rym uczono nas pod­staw rze­mio­sła lot­ni­czego i oczy­wi­ście zali­czy­łem stan­dar­dowe szko­le­nie wyni­ka­jące z okresu uni­tar­nego, podobne do tego jakie zapewne macie w Polsce. Później nastą­pił podział na kilka grup. Niektórzy udali się do Corpus Christi w Teksasie, ale ja zosta­łem w bazie Pensacola, gdzie cze­kało mnie kolejne sześć tygo­dni szko­le­nia zanim po raz pierw­szy wsia­dłem do samo­lotu, któ­rym był T-34C Turbo Mentor. Jest to pierw­sza maszyna jaką lecą przy­szli piloci Marynarki. Na początku ćwi­czone są pod­sta­wowe manewry, loty w for­ma­cji, loty w nocy, loty według wska­zań przy­rzą­dów i pro­ste akro­ba­cje lot­ni­cze. Pozwala to zapo­znać kan­dy­data z pod­sta­wo­wymi spo­so­bami lata­nia i z samym lata­niem. Podobnie jak w przy­padku samego przy­działu rów­nież tutaj jest ważna ocena kan­dy­data, która odbywa się w zasa­dzie na każ­dym eta­pie i po każ­dym locie. Po szko­le­niu pod­sta­wo­wym nastą­piła prze­siadka na samo­loty T-2C Buckeye, które obec­nie nie są już wyko­rzy­sty­wane. W tym celu uda­łem się do bazy Meridian w sta­nie Missisipi. Na tym eta­pie wyko­nuje się podobne manewry jak w przy­padku T-34C z tą tylko róż­nicą, że teraz sie­dzi się w kok­pi­cie samo­lotu odrzu­to­wego i wszystko odbywa się szyb­ciej. Już tutaj zaczy­nało się przy­go­to­wy­wa­nie lot­nika do ope­ro­wa­nia z pokładu lot­ni­skowca. Oznaczało to ćwi­cze­nie lądo­wań z odpo­wied­nim pro­fi­lem podej­ścia i usta­wie­nie samo­lotu zupeł­nie jak w przy­padku lądo­wa­nia na pokła­dzie lot­ni­skowca, z tym że samo lądo­wa­nie odby­wało się na pasie star­to­wym, który jedy­nie go przy­po­mi­nał, ale był wypo­sa­żony w ten sam układ, te same ozna­cze­nia i to samo oświe­tle­nie. Kolejny etap szko­le­nia był zwią­zany z prze­siadką na samo­loty TA-4J Skyhawk, które rów­nież obec­nie nie są już użyt­ko­wane, a w ich miej­sce wpro­wa­dzono T-45C Goshawk. Na Skyhawkach znów ćwi­czone były te same manewry jak na poprzed­nich maszy­nach, ale dodat­ko­wym ele­men­tem była nauka walki w powie­trzu i bom­bar­do­wa­nia oraz uży­wa­nia działka pokła­do­wego. Każde lądo­wa­nie jakie wtedy reali­zo­wa­li­śmy miało nas osta­tecz­nie przy­go­to­wać do pierw­szego lądo­wa­nia na lot­ni­skowcu. Odbywa się to w ten spo­sób, że samo­lot star­tuje z bazy lądo­wej, jest pod­pro­wa­dzony pod lot­ni­sko­wiec i maszyn towa­rzy­sząca odla­tuje do bazy lądo­wej, a pilot wyko­nuje pierw­sze lądo­wa­nie. O ile samo wyda­rze­nie jest dość prze­ra­ża­jące, o tyle wkra­cza tutaj pamięć mię­śniowa i nabyte nawyki wyuczone pod­czas setek lądo­wań zali­czo­nych pod­czas szko­le­nia. Jedyna róż­nica jest taka, że dotych­cza­sowy obrys okrętu jest rze­czy­wi­stym okrę­tem i że pokład cza­sami faluje. Dopiero po uda­nym lądo­wa­niu na lot­ni­skowcu pilot może otrzy­mać „złote skrzy­dełka” potwier­dza­jące jego kwa­li­fi­ka­cje. Dodatkowo w szko­le­niu wyko­rzy­sty­wane są rów­nież symu­la­tory, ale klu­czowe są setki lądo­wań na pasie przy­po­mi­na­ją­cym lot­ni­sko­wiec, pod­czas któ­rych opa­no­wy­wane są pro­ce­dury i komendy dzięki czemu pod­czas wła­ści­wej próby nie trzeba o nich myśleć.

  • Krzysztof Kuska

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE