Lotnictwo alian­tów w wal­kach o Birmę cz.1

Formacja „Latajacych Tygrysow” z 3. Dywizjonu AVG („Hell’s Angels”) w maju 1942 r. Na pierwszym planie samolot dowodcy dywizjonu, Charlesa Oldera.

Formacja „Latajacych Tygrysow” z 3. Dywizjonu AVG („Hell’s Angels”) w maju 1942 r. Na pierw­szym pla­nie samo­lot dowodcy dywi­zjonu, Charlesa Oldera.

Wkrótce po wybu­chu wojny na Pacyfiku w cen­trum dzia­łań w Azji połu­dniowo-wschod­niej zna­la­zła się Birma. Ta ówcze­sna bry­tyj­ska kolo­nia z racji stra­te­gicz­nego poło­że­nia była areną licz­nych ofen­syw i kontr­ofen­syw. Doniosłą rolę w tych wal­kach ode­grało lot­nic­two.

Podbój Europy Zachodniej przez Hitlera stwo­rzył dla Japończyków, jego azja­tyc­kich sojusz­ni­ków, zna­ko­mitą oka­zję do prze­ję­cia kon­troli nad posia­dło­ściami prze­ciw­ni­ków III Rzeszy w tej czę­ści świata. Bez trudu zagar­nęli roz­le­głe obszary Indochin Francuskich (obec­nie Laos, Kambodża i Wietnam) oraz Holenderskich Indii Wschodnich (m.in. Sumatra, Borneo, Jawa i znaczna część Nowej Gwinei). Następnie skie­ro­wali się prze­ciwko kolo­niom bry­tyj­skim, do ochrony któ­rych Anglia nie miała kogo wysłać. Dotyczyło to przede wszyst­kim Królewskich Sił Powietrznych (Royal Air Force, RAF), zaan­ga­żo­wa­nych w tym cza­sie w walki nad kana­łem La Manche, w Afryce Północnej i na Morzu Śródziemnym (gdzie m.in. bro­niły Malty).

Birmańska kość nie­zgody

Wojna dotarła do Birmy pod koniec grud­nia 1941 r. Ten górzy­sty, słabo roz­wi­nięty i trudno dostępny kraj, gra­ni­czący od zachodu z Indiami, a od wschodu z Chinami i Tajlandią, leżał na gra­nicy wpły­wów dwóch impe­riów – bry­tyj­skiego i japoń­skiego. Dla Japończyków miał klu­czowe zna­cze­nie z dwóch powo­dów: po pierw­sze znaj­do­wał się na dro­dze ich eks­pan­sji w kie­runku Indii – „perły w koro­nie” bry­tyj­skich kolo­nii, po dru­gie zaś z Birmy do Chin, które pod­bi­jali od kilku lat, pro­wa­dziła tak zwana Droga Birmańska, która po zaję­ciu przez nich por­tów na wybrzeżu Morza Południowochińskiego była jedy­nym szla­kiem łączą­cym ten kraj ze świa­tem zewnętrz­nym.
Inwazja na Birmę kusiła więc Japończyków per­spek­tywą mar­szu na Indie i jed­no­cze­snego odcię­cia gene­ra­lis­si­musa Czang Kaj-szeka (przy­wódcy nacjo­na­li­stycz­nych Chin) od jedy­nego szlaku, któ­rym docie­rała do niego pomoc woj­skowa, a następ­nie wdar­cia się tą samą drogą do Chin Zachodnich. Z tych samych powo­dów alianci nie mogli sobie pozwo­lić na to, by Birma podzie­liła los sąsied­niej Tajlandii i przy­łą­czyła się do Japończyków. Ten sce­na­riusz był cał­kiem realny, ponie­waż Brytyjczycy, któ­rzy pod koniec XIX wieku siłą uczy­nili z Birmy swoją kolo­nię, nie cie­szyli się tam szcze­gólną sym­pa­tią.
Słabość bry­tyj­sko-ame­ry­kań­sko-chiń­skiej koali­cji sta­no­wiły odmienne inte­resy two­rzą­cych ją państw. Dla Stanów Zjednoczonych prio­ry­te­tem było utrzy­ma­nie lądo­wego połą­cze­nia z Chinami, aby ten kraj mógł kon­ty­nu­ować walkę z Japończykami, wią­żąc ich siły, a doce­lowo sta­no­wił bazę dla przy­szłych ope­ra­cji prze­ciwko japoń­skim Wyspom Macierzystym. Ponadto wspar­cie Amerykanów dla Chin odzwier­cie­dlało ich nieco naiwną i roman­tyczną wizję tego olbrzy­miego kraju, rze­komo pro­wa­dzą­cego hero­iczną walkę z japoń­skim agre­so­rem. Tymczasem Czang Kaj-szek wolał zosta­wić poko­na­nie Japonii sojusz­ni­kom, a swoje siły oszczę­dzić na roz­prawę z wła­snym śmier­tel­nym wro­giem – chiń­skimi komu­ni­stami. Z kolei Brytyjczycy, ku wiel­kiej iry­ta­cji Amerykanów, inte­re­so­wali się jedy­nie obroną Indii i odzy­ska­niem kon­troli nad swoim kolo­nial­nym impe­rium.
Te wszyst­kie czyn­niki, a także zaan­ga­żo­wa­nie na innych fron­tach (dla alian­tów zachod­nich prio­ry­te­tem była Europa) spo­wo­do­wały, że walki o Birmę trwały do ostat­nich dni II wojny świa­to­wej. Wielki wpływ na tempo i czas trwa­nia tej bata­lii miały kli­mat i ukształ­to­wa­nie terenu. Potężne, sunące na połu­dnie rzeki Czinduin, Irawadi i Saluin w gór­nym biegu płyną głę­bo­kimi kanio­nami, roz­dzie­la­jąc pasma nie­do­stęp­nych, poro­śnię­tych dżun­glą gór. W porze mon­su­no­wej, kiedy deszcz pada pra­wie nie­prze­rwa­nie przez kilka mie­sięcy, na nie­licz­nych, toną­cych w bło­cie dro­gach zamie­rał wszelki ruch. Wśród żoł­nie­rzy spu­sto­sze­nie siały tro­pi­kalne cho­roby: mala­ria, dyzen­te­ria i tyfus. Kampania bir­mań­ska, tak istotna ze stra­te­gicz­nego punktu widze­nia, oka­zała się prze­kleń­stwem dla wszyst­kich uczest­ni­czą­cych w niej stron.

Narodziny legendy

W chwili przy­stą­pie­nia Japonii do wojny siły RAF wyzna­czone do obrony Birmy były zni­kome: dwa dywi­zjony, w tym jeden myśliw­ski, oba sta­cjo­nu­jące w Mingaladon na przed­mie­ściach Rangunu – naj­więk­szego portu i sto­licy kraju. Były to 60. Sqn, dywi­zjon bom­bow­ców Blenheim Mk IV, oraz 67. Sqn. Ten drugi miał na sta­nie 16 myśliw­ców Brewster Buffalo oraz 27 pilo­tów – nie­mal samych Nowozelandczyków.
Czang Kaj-szek, który wal­czył z Japończykami już od kilku lat, miał świa­do­mość, że jeśli nie napo­tkają zde­cy­do­wa­nego oporu w powie­trzu, szybko wedrą się w głąb Birmy i prze­rwą szlak, któ­rym otrzy­my­wał zaopa­trze­nie. Z tego względu zade­kla­ro­wał nie tylko wolę wysła­nia do Birmy kor­pusu eks­pe­dy­cyj­nego wojsk lądo­wych, ale także uży­cze­nia czę­ści sił grupy myśliw­skiej, któ­rej per­so­nel skła­dał się z ame­ry­kań­skich ochot­ni­ków.
Historia tej nie­zwy­kłej jed­nostki roz­po­częła się pod koniec 1940 r., gdy do Waszyngtonu przy­była z Chin dele­ga­cja, pro­sząc o pomoc w obro­nie tam­tej­szych miast, bez­kar­nie bom­bar­do­wa­nych przez japoń­skie lot­nic­two. Na czele dele­ga­cji stał Claire Chennault – kapi­tan ame­ry­kań­skiej armii, który po przej­ściu w stan spo­czynku wyje­chał jako doradca do Chin, by pomóc zre­or­ga­ni­zo­wać siły lot­ni­cze Czang Kaj-szeka. W reak­cji na chiń­skie pety­cje ame­ry­kań­ska armia, szy­ku­jąca się do nie­uchron­nej wojny z Japonią, kate­go­rycz­nie odmó­wiła dzie­le­nia się swo­imi zaso­bami ludzi i sprzętu. Dopiero oso­bi­sta inter­wen­cja pre­zy­denta Roosevelta, który inte­resy Ameryki postrze­gał dużo sze­rzej niż jego gene­ra­ło­wie, pozwo­liła na zor­ga­ni­zo­wa­nie ochot­ni­czego zaciągu. W grud­niu 1940 r. Roosevelt pod­pi­sał sto­sowny roz­kaz, powo­łu­jący do życia Amerykańską Grupę Ochotniczą (American Volunteer Group, AVG), mającą się skła­dać ze 100 samo­lo­tów myśliw­skich i 300 człon­ków per­so­nelu.
Formalnie AVG była pry­wat­nym przed­się­wzię­ciem ame­ry­kań­skiej firmy CAMCO (Central Aircraft Manufacturing Company), która od 1933 r. skła­dała i remon­to­wała dostar­czane Chinom samo­loty (przede wszyst­kim z wytwórni Curtissa – naj­więk­szego wów­czas pro­du­centa samo­lo­tów w Stanach Zjednoczonych). Organizację AVG powie­rzono Chennaultowi. Jego przed­sta­wi­ciele prze­pro­wa­dzili nabór w bazach i ośrod­kach lot­ni­czych na tere­nie Stanów Zjednoczonych, wer­bu­jąc prak­tycz­nie każ­dego, kto wyra­ził chęć i potra­fił na czym­kol­wiek latać. Przeważająca więk­szość pilo­tów AVG pocho­dziła z lot­nic­twa US Navy (59), pozo­stali z US Army Air Corps (33) i US Marine Corps (sied­miu).
Pozyskanym w ten spo­sób „pra­cow­ni­kom” CAMCO ofe­ro­wała roczne kon­trakty, z zacho­wa­niem stażu i zagwa­ran­to­waną moż­li­wo­ścią powrotu do byłych jed­no­stek po ich wyga­śnię­ciu. Piloci AVG, jak przy­stało na najem­ni­ków, byli sowi­cie opła­cani. Dowódcy każ­dego z trzech dywi­zjo­nów AVG mieli otrzy­my­wać po 750 dola­rów mie­sięcz­nie, dowódcy sek­cji po 650, a pozo­stali po 600. Ponadto Chińczycy zobo­wią­zali się do wypła­ca­nia po 500 dola­rów pre­mii za każdy znisz­czony japoń­ski samo­lot (począt­kowo tylko w powie­trzu, póź­niej rów­nież na ziemi). Z tego powodu w Birmie i Indiach krą­żyły pogło­ski, roz­po­wszech­nione choć naj­praw­do­po­dob­niej nie­praw­dziwe, jakoby nie­któ­rzy piloci AVG kupo­wali pre­mio­wane zwy­cię­stwa od pilo­tów RAF! Były też minusy bycia najem­ni­kiem. Kandydatom oznaj­miono, że gdyby wpa­dli w ręce wroga, rząd Stanów Zjednoczonych wyprze się, że ma z nimi cokol­wiek wspól­nego.

  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE