Krwawy rok „Latających Fortec”

Formacja B-17 z 483. BG atakowana przez Sturmbocki z IV./JG 3 w trakcie przelotu nad Alpami, podczas wyprawy bombowej 15. AF nad Rzesze 18 lipca 1944 r. W efekcie trwajacego zaledwie kwadrans ataku Niemcy zestrzelili 14 Latajacych Fortec. (Nicolas Trudgian, www.nicolastrudgian.com).

Formacja B-17 z 483. BG ata­ko­wana przez Sturmbocki z IV./JG 3 w trak­cie prze­lotu nad Alpami, pod­czas wyprawy bom­bo­wej 15. AF nad Rzesze 18 lipca 1944 r. W efek­cie trwa­ja­cego zale­d­wie kwa­drans ataku Niemcy zestrze­lili 14 Latajacych Fortec. (Nicolas Trudgian, www.nicolastrudgian.com).

Przełomowy 1944 r. przy­niósł Luftwaffe klę­skę w wal­kach o pano­wa­nie w powie­trzu nad III Rzeszą. Sukcesy ame­ry­kań­skich myśliw­ców zepchnęły na mar­gi­nes histo­rii gehennę załóg bom­bow­ców cięż­kich B-17 Latająca Forteca, które w tej monu­men­tal­nej bata­lii czę­sto musiały toczyć wła­sne bitwy.

Pod koniec 1943 r. wyda­wało się, że VIII BC (Bomber Command) – for­ma­cja gru­pu­jąca sta­cjo­nu­jące w Anglii jed­nostki ame­ry­kań­skich bom­bow­ców cięż­kich – naj­gor­sze czasy ma już za sobą. Horrendalne straty, jakie ponio­sła pod­czas wypraw nad odle­głe cele, jak Schweinfurt i Regensburg, były wyni­kiem braku eskorty dys­po­nu­ją­cej odpo­wied­nim zasię­giem. Załogi bom­bow­ców wią­zały więc wiel­kie nadzieje z wpro­wa­dze­niem do służby „dale­ko­dy­stan­so­wych” myśliw­ców P-51 Mustang. Te jed­nak miały wła­sne prio­ry­tety.
Z począt­kiem stycz­nia 1944 r. na czele powietrz­nej armii, która mie­siąc póź­niej for­mal­nie przy­jęła nazwę 8. AF (Air Force), sta­nął gen. James Doolittle – dowódca pierw­szej, histo­rycz­nej wyprawy na Tokio. Natychmiast wpro­wa­dził rady­kalną zmianę w rela­cjach bom­bow­ców z myśliw­cami. Wizytując kwa­terę główną VIII FC (Fighter Command), zoba­czył baner z hasłem: Pierwszą powin­no­ścią myśliw­ców Ósmej Armii Powietrznej jest ochrona bom­bow­ców. Doolittle oświad­czył, że to nie­po­ro­zu­mie­nie i kazał go zastą­pić nowym, który gło­sił: Pierwszą powin­no­ścią myśliw­ców Ósmej Armii Powietrznej jest nisz­cze­nie Luftwaffe. On sam stwier­dził póź­niej, To była naj­waż­niej­sza i naj­bar­dziej brze­mienna w skut­kach decy­zja, jaką pod­ją­łem pod­czas całej wojny. Także naj­bar­dziej kon­tro­wer­syjna.
Ta nowa stra­te­gia wyni­kała z ana­lizy sytu­acji, jaką prze­pro­wa­dzili alianci, wycią­ga­jąc nie­we­sołe wnio­ski. Dotychczasowe naloty na ośrodki prze­my­słu lot­ni­czego III Rzeszy, pro­wa­dzone od połowy 1943 r. w ramach ope­ra­cji „Pointblank”, nie przy­nio­sły żad­nych efek­tów. Wywiad dono­sił, że w Niemczech pro­duk­cja myśliw­ców, zamiast maleć, rosła. Tymczasem naczelne dowódz­two alian­tów uznało zdo­by­cie pano­wa­nia w powie­trzu za waru­nek powo­dze­nia inwa­zji na kon­ty­nent. Pilne zada­nie osła­bie­nia Luftwaffe powie­rzono więc VIII FC. Aby tego doko­nać, piloci myśliw­ców musieli zyskać swo­bodę dzia­ła­nia i prze­jąć ini­cja­tywę, zamiast trzy­mać się bli­sko bom­bow­ców i cze­kać na atak. Załogi B-17, co zro­zu­miałe, przy­jęły to bez entu­zja­zmu. Lt. Truman Smith, pilot z 385. BG, stwier­dził: Kiedy do służby weszło wię­cej ame­ry­kań­skich myśliw­ców, nasza stra­te­gia znisz­cze­nia Luftwaffe zmie­niła się. Bombowce słu­żyły teraz za przy­nętę. Mieliśmy zwa­bić w powie­trze nie­miec­kie myśliwce, żeby nasza eskorta mogła je zestrze­lić – przy zało­że­niu, że Niemcom skoń­czą się myśliwce, zanim nam skoń­czą się bom­bowce.
Gwoli prawdy, eskorta myśliw­ska, nawet po prze­zbro­je­niu pra­wie całej VIII FC w Mustangi (co nastą­piło dopiero pod koniec 1944 r.), nigdy nie była ide­al­nym roz­wią­za­niem. Myśliwce, zyg­za­ku­jąc w pobliżu swo­ich wol­niej­szych pod­opiecz­nych, poko­ny­wały znacz­nie więk­szą odle­głość niż lecąc pro­sto. Z tego powodu cały kon­cept oparto na sys­te­mie zmia­no­wym, przy­po­mi­na­ją­cym szta­fetę. Każda z grup myśliw­skich towa­rzy­szyła bom­bow­com jedy­nie na okre­ślo­nym odcinku ich trasy (przez około 30 min.), aż do zlu­zo­wa­nia przez następną. Poszczególne for­ma­cje czę­sto miały opóź­nie­nie albo scho­dziły z kursu, przez co bom­bowce roz­mi­jały się z przy­pi­saną im eskortą i zosta­wały same. Ten sys­tem oka­zał się na tyle nie­prak­tyczny, że w póź­niej­szym okre­sie myśliwce jedy­nie patro­lo­wały poszcze­gólne sek­tory, przez które prze­la­ty­wał stru­mień bom­bow­ców. Załogi Fortec w razie potrzeby mogły wezwać myśliwce przez radio – i mieć nadzieję,
że odsiecz nadej­dzie w porę.
W prze­ko­na­niu załóg B-17 (cho­ciaż liczby tego nie potwier­dzają) rów­nie groźny, co myśliwce Luftwaffe, był tzw. Flak, jak powszech­nie nazy­wano nie­miecką arty­le­rię prze­ciw­lot­ni­czą. Wiosną 1944 r. Rzeszy bro­niło 6620 armat kali­bru 88 mm lub więk­szego. Część zamon­to­wano na plat­for­mach kole­jo­wych, zapew­nia­jąc im mobil­ność. Chociaż Fortece czę­sto bom­bar­do­wały przez pokrywę chmur, według wska­zań pokła­do­wego radaru H2X Mickey, dla arty­le­rzy­stów brak widocz­no­ści celu nie sta­no­wił pro­blemu, gdyż Flak mógł być napro­wa­dzany przez radary typu Würzburg. Do zagłu­sza­nia ich sygnału załogi B-17 uży­wały nadaj­ni­ków Carpet. Te urzą­dze­nia oka­zały się sto­sun­kowo sku­teczne, zwłasz­cza po wpro­wa­dze­niu w dru­giej poło­wie 1944 r. zesta­wów
AN/APQ-9 (Carpet III). Ponadto każdy B-17 wypo­sa­żano w tzw. chaff – wiązki tysięcy pokry­tych alu­mi­nium pasków papieru, które po wyrzu­ce­niu z samo­lotu gene­ro­wały fał­szywe echa rada­rowe. Flak był szcze­gól­nie groźny w trak­cie podej­ścia do celu, gdy pro­wa­dze­nie przej­mo­wał bom­bar­dier. Samoloty leciały wów­czas sta­łym kur­sem, bez wyko­ny­wa­nia uni­ków (i tak ogra­ni­czo­nych w przy­padku for­ma­cji tej wiel­ko­ści), co pozwa­lało arty­le­rzy­stom kory­go­wać ogień.
Dla Niemców nowa, ofen­sywna stra­te­gia Doolittle’a oka­zała się kata­strofą. Swoje lot­nic­two przy­go­to­wali do walki z bom­bow­cami, nie spo­dzie­wa­jąc się myśliw­ców o tak olbrzy­mim zasięgu (gdy wkrótce potem Göring zoba­czył nad Berlinem Mustangi, uznał wojnę za prze­graną). Messerschmitty Bf 109 i Focke-Wulfy Fw 190 dozbro­ili w działka kal. 30 mm albo dodat­kowe, pod­skrzy­dłowe gon­dole z dział­kami kal. 20 mm. W dwu­sil­ni­ko­wych Messerschmittach zamon­to­wali poje­dyn­cze działka o jesz­cze więk­szym, prze­ciw­czoł­go­wym kali­brze – 37 mm w Bf 110, a w Me 410 aż 50 mm. Ponadto, z myślą o roz­bi­ja­niu for­ma­cji bom­bow­ców, mon­to­wali pod­skrzy­dłowe wyrzut­nie poci­sków rakie­to­wych Werfer-Granate 21. Bf 110, który takich wyrzutni mógł prze­no­sić aż cztery, w tej wer­sji nosił przy­do­mek Pulkzerstörer – nisz­czy­ciel puł­ków (bom­bo­wych). W tym samym celu wpro­wa­dzili do służby Sturmbocki (niem. Sturmböcke) – opan­ce­rzone i sil­nie uzbro­jone Fw 190. Dla ame­ry­kań­skich myśliw­ców były one łatwym, bo prze­cią­żo­nym i przez to mało manew­ro­wym celem – dla załóg Latających Fortec prze­ra­ża­ją­cym prze­ciw­ni­kiem, który zio­nął ogniem niczym
lata­jąca bate­ria prze­ciw­lot­ni­cza.
  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE