Koniec floty spod biało-czer­wo­nej?

Fregata ORP Gen. K. Pułaski. Jej przejęcie w 2000 r. otworzyło w naszej flocie erę okrętów z uzbrojeniem i wyposażeniem standardowym dla krajów członkowskich NATO.

Fregata ORP Gen. K. Pułaski. Jej prze­ję­cie w 2000 r. otwo­rzyło w naszej flo­cie erę okrę­tów z uzbro­je­niem i wypo­sa­że­niem stan­dar­do­wym dla kra­jów człon­kow­skich NATO.

Jak się­gnąć pamię­cią w nie­da­leką histo­rię XXI w., to w ciągu tych lat tylko dwa plany doty­czące wypo­sa­że­nia tech­nicz­nego Marynarki Wojennej RP zostały zre­ali­zo­wane. Pierwszy wią­zał się z rezy­gna­cją z użyt­ko­wa­nia samo­lo­tów odrzu­to­wych w lot­nic­twie mor­skim. Drugi, opra­co­wany w 2003 r., doty­czył… wyco­fa­nia ze służby sta­rych, dawno już nie nada­ją­cych się do niczego okrę­tów. Pełna wymiana sta­rych jed­no­stek na nowe nastą­piła prak­tycz­nie tylko w dwóch kate­go­riach jed­no­stek pły­wa­ją­cych – moto­ró­wek hydro­gra­ficz­nych i jach­tów żaglo­wych. Zabawne? Raczej nie!

Wszystko wska­zuje na to, że za kil­ka­na­ście lat wojenną biało-czer­woną ban­derę będą repre­zen­to­wać nie­liczne jed­nostki pły­wa­jące zbli­ża­jące się do kresu swo­jej służby. Winni temu są rzą­dzący tym pań­stwem, i to wszy­scy jak leci od – lewej do pra­wej strony poli­tycz­nej. Kraj z kil­ku­set­ki­lo­me­tro­wym dostę­pem do morza, ambi­cjami spro­wa­dza­nia prze­zeń coraz więk­szych ilo­ści towa­rów o zna­cze­niu stra­te­gicz­nym dla jego funk­cjo­no­wa­nia, nie potrafi od czasu zmian ustro­jo­wych w 1989 r. usta­no­wić i zre­ali­zo­wać sen­sow­nego pro­gramu budowy skro­jo­nej na nasze potrzeby floty. Wstyd i żenada. Trzeba jed­nak przy­znać, że poli­ty­kom tro­chę poma­gają sami mary­na­rze. W corocz­nych spra­woz­da­niach do mini­stra, mimo wska­zy­wa­nych trud­no­ści, zawsze mel­dują goto­wość do wyko­na­nia sta­wia­nych zadań, a gdy już raz zda­rzył się wyją­tek od tej reguły, zabra­kło deter­mi­na­cji w dal­szym postę­po­wa­niu.

Długowieczna pro­wi­zorka

Marynarka Wojenna końca XX w. pod wzglę­dem wypo­sa­że­nia była zlep­kiem sprzętu z cza­sów Układu Warszawskiego z nie­licz­nymi ele­men­tami zachod­niej i nowej pol­skiej myśli tech­nicz­nej. Na papie­rze wyglą­dało to nawet nie­źle, gorzej było z realną siłą bojową posia­da­nych okrę­tów i stat­ków powietrz­nych. Niszczyciel ORP Warszawa proj. 61MP pogar­dli­wie był nazy­wany okrę­tem-celem, okręty rakie­towe prze­no­siły archa­iczne poci­ski, a siły prze­ciw­po­dwodne uzbro­jone były przede wszyst­kim w, pamię­ta­jące II wojnę świa­tową, bomby głę­bi­nowe. Względnie nowe były siły prze­ciw­mi­nowe, jed­nostki trans­por­towo-minowe, lot­nic­two roz­po­znaw­cze i śmi­głowce ratow­ni­cze.
Część okrę­tów nie była już w sta­nie nawet wycho­dzić z portu, a trzy­mano je w służ­bie tylko dla zacho­wa­nia eta­tów pod cały czas pla­no­wane w przy­szło­ści nowe jed­nostki. Jesienią 1997 r. rząd przy­jął wstępny pro­gram roz­woju sił zbroj­nych aż do 2012 r. Dla mor­skiego rodzaju sił zbroj­nych zało­żono budowę 7 kor­wet wie­lo­za­da­nio­wych i zakup 3 nowo­cze­snych okrę­tów pod­wod­nych. W Dowództwie Marynarki Wojennej (DMW) roz­po­częto stu­dia kon­cep­cyjne nad nisz­czy­cie­lem min i nowo­cze­snym okrę­tem patro­lo­wym, w tym celu odku­rzono zamro­żone na początku ostat­niej dekady XX w. pro­gramy jed­no­stek prze­ciw­mi­no­wych (proj. 255 Lodówka i 257 Kormoran) oraz dużego okrętu ZOP proj. 924 Pstrokosz (wię­cej w „Morzu” 6/2017). Zakładano także dozbro­je­nie w rakiety prze­ciw­o­krę­towe trójki Orkanów. Wizje wcie­le­nia tych nowych okrę­tów były jed­nak dość odle­głe. Uruchomiono więc jako tematy zastęp­cze kon­cep­cje pozy­ska­nia innych, któ­rymi można byłoby w krót­kim cza­sie zastą­pić relikty z cza­sów Układu Warszawskiego. Rozpoczęto co prawda kilka pro­gra­mów badaw­czo-roz­wo­jo­wych, które zaowo­co­wały wdro­że­niem cie­ka­wych sys­te­mów uzbro­je­nia i spe­cja­li­stycz­nego wypo­sa­że­nia, jed­nakże nie mogły one zmie­nić obli­cza nowo­cze­sno­ści mor­skiego rodzaju sił zbroj­nych.
Przyjęcie Polski do NATO 12 marca 1999 r. nało­żyło na MW oprócz sta­rych zadań rów­nież sze­reg nowych, wyni­ka­ją­cych m.in. z koniecz­no­ści przy­go­to­wa­nia sił zdol­nych do ope­ro­wa­nia w mię­dzy­na­ro­do­wych zespo­łach, na akwe­nach czę­sto odle­głych od Bałtyku. W tym cza­sie jed­nak mor­ski rodzaj sił zbroj­nych z tru­dem mógłby wywią­zać się z roli jaką miał ode­grać w obro­nie naszego wybrzeża, wód tery­to­rial­nych, strefy eko­no­micz­nej i szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych, do ope­ro­wa­nia na zachód od Cieśnin Duńskich nie był w żaden spo­sób przy­go­to­wany. Ani na morzu, ani w powie­trzu, ani na brzegu.
W kwe­stii wzmoc­nie­nia floty dość szybko zna­le­ziono roz­wią­za­nia tym­cza­sowe. Uznano je za wła­ściwe w sfe­rze „public rela­tions”, uwy­pu­kla­jąc roz­po­czę­cie pro­cesu prze­cho­dze­nia na uzbro­je­nie zachod­niej pro­we­nien­cji, czy naby­cie zdol­no­ści do wypeł­nia­nia zadań w ramach zobo­wią­zań sojusz­ni­czych, także poza Morzem Bałtyckim.

  • Robert Rochowicz

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE