Gen. bryg. pil. Dariusz Wroński. Śmigłowcowy gene­rał

LAI_2_2016_GENERAL

Fot. Miłosz Rusiecki

26 stycz­nia 2015 r. na lot­ni­sku 49. Bazy Lotniczej w Pruszczu Gdańskim swój poże­gnalny lot na śmi­głowcu sztur­mo­wym Mi-24W wyko­nał gene­rał bry­gady pilot Dariusz Wroński, dowódca 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych. Jest on dru­gim, po kontr­ad­mi­rale pilo­cie Zbigniewie Smolarku, w histo­rii Sił Zbrojnych RP gene­ra­łem – pilo­tem śmi­głow­ców. 31 stycz­nia 2015 r. gen. bryg. pil. Dariusz Wroński prze­szedł w stan spo­czynku.

O latach spę­dzo­nych w mun­du­rze i za ste­rami śmi­głow­ców oraz nowych życio­wych wyzwa­niach z gen. bryg. pil. Dariuszem Wrońskim roz­ma­wia Miłosz Rusiecki

Jak się zaczęła przy­goda Pana Generała z lata­niem?
DW: Nie była to przy­sło­wiowa typowa droga – od mode­lar­stwa do pilota odrzu­to­wego samo­lotu. Początek był dość pro­za­iczny. Jeszcze w szkole pod­sta­wo­wej w moim rodzin­nym Nowym Dworze Gdańskim usły­sza­łem, że jeden z miesz­kań­ców naszego mia­sta lata na samo­lo­cie odrzu­to­wym. Pomyślałem: to nie­praw­do­po­dobne, żeby ktoś z takiej małej miej­sco­wo­ści mógł to robić. W latach sie­dem­dzie­sią­tych to było małe mia­sto z 10 – 15 tysią­cami miesz­kań­ców. Pomyślałem, a zawsze byłem zapa­lony do nowi­nek, że ja też spró­buję wzbić się w prze­stwo­rza. Nie udało mi się jed­nak dostać do Liceum Lotniczego w Dęblinie, ale nie pod­da­łem się i drugą próbę pod­ją­łem już w liceum ogól­no­kształ­cą­cym. Zdrowie dopi­sało i egza­miny zda­łem nie­źle.

Czy latał Pan naj­pierw w aero­klu­bie?
DW: Nie, nie zaczy­na­łem lata­nia od aero­klubu. Podczas egza­mi­nów z ćwi­czeń fizycz­nych osią­gną­łem naj­wyż­sze wyniki i dla­tego posta­no­wiono przy­jąć mnie do woj­ska. Już wtedy dużo bie­ga­łem. Podjęto decy­zję mimo tego, że odmó­wi­łem lata­nia w ramach Lotniczego Przysposobienia Wojskowego, bo LPW przy­go­to­wy­wało do lotów na małym samo­lo­cie, Zlinie albo Wildze. Ja w tym cza­sie potrze­bo­wa­łem bar­dziej spę­dzić ostat­nie waka­cje z przy­szłą żoną. I w ten spo­sób do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie dosta­łem się bez nalotu. Rozpocząłem swoją przy­godę na kom­pa­nii, która przy­go­to­wy­wała na samo­loty odrzu­towe. Z naszego 28-oso­bo­wego plu­tonu dzie­więć osób tra­fiło na lot­ni­ska w Białej Podlaskiej lub w Radomiu. Ja tra­fi­łem na prak­tyki do Radomia, pamię­tam, że moim instruk­to­rem był porucz­nik Kamiński. Potem prze­nie­siony zosta­łem na śmi­głowce, mimo że całe przy­go­to­wa­nie teo­re­tyczne prze­sze­dłem jak każdy kolega. Powodem tego prze­nie­sie­nia była pro­wa­dzona w tym cza­sie duża reor­ga­ni­za­cja nio­sąca za sobą zmiany struk­tu­ralne i zwią­zane z tym zwięk­szone zapo­trze­bo­wa­nie na pilo­tów śmi­głow­ców. Część osób musiała przejść na nawi­ga­cję, lata­jącą lub naziemną, a część na śmi­głowce. W ten spo­sób zna­la­złem się w 33-oso­bo­wej gru­pie prze­zna­czo­nej do lot­nic­twa śmi­głow­co­wego. Szkoliliśmy się w Nowym Mieście nad Pilicą. Pierwszy lot odby­łem 22 maja 1982 r. na pokła­dzie SM-1, słyn­nego Smutka.
Rozpocząłem loty na tzw. siłow­niku. Istniała jego wer­sja SM-1Wb z ukła­dem elek­trycz­nego wspo­ma­ga­nia ste­rów, ale ja roz­po­czą­łem szko­le­nie na tej trud­niej­szej, gdzie nie było takiego układu. To była nie­zła szkoła. Na SM-1 nala­ta­łem w ciągu pierw­szego roku prak­tyk około 100 godzin. Wyszkoliłem się do lotów samo­dziel­nych i w trud­nych warun­kach atmos­fe­rycz­nych. W 1983 r. prze­sia­dłem się na Mi-2 i prze­sze­dłem szko­le­nie na śmi­głowcu dwu­sil­ni­ko­wym. Z wielką sym­pa­tią wspo­mi­nam loty na róż­nych wer­sjach śmi­głow­ców SM-1 i SM-2. Pierwszym moim instruk­to­rem był por. Benedykt Terpiłowski, z korzy­ścią dla mnie, bo był to bar­dzo wyma­ga­jący instruk­tor. To on poło­żył pierw­sze pod­wa­liny pod całe moje przy­szłe lata­nie. Z przy­jem­no­ścią spo­ty­kam się z nim po latach. Warto wspo­mnieć, że w lipcu 1983 r., kiedy byłem na czwar­tym roku na prak­ty­kach w Nowym Mieście nad Pilicą i wyko­ny­wa­łem lot egza­mi­na­cyjny, w cza­sie lotu koszą­cego w rejo­nie Puszczy Kozienickiej prze­rwał pracę naj­pierw jeden, a potem drugi sil­nik i musia­łem wyko­nać lądo­wa­nie auto­ro­ta­cyjne. Na szczę­ście to, co wbi­jano nam do głowy zapro­cen­to­wało. Wykonałem mnó­stwo czyn­no­ści, które pozwo­liły bez­piecz­nie wylą­do­wać. Śmigłowiec był tro­chę poła­many, ale mnie i instruk­to­rowi pra­wie nic się nie stało. Okazało się, że był to typowy przy­pa­dek tech­niczny: poślizg sprzę­gła, w wyniku któ­rego nastą­piło roz­krę­ce­nie się sil­nika powy­żej 112 pro­cent mocy. Wtedy auto­ma­tycz­nie wycho­dzi z pracy drugi sil­nik, żeby nie znisz­czyć prze­kładni. Pamiętam miej­sco­wość, w któ­rej lądo­wa­li­śmy – Wilczowola pod Warką, takich rze­czy się nie zapo­mina… Zadałem sobie wtedy pyta­nie – co robić? Albo dam sobie spo­kój, bo śmi­głowce spa­dają i różne rze­czy się mogą wyda­rzyć, albo będę dobrym lot­ni­kiem. Wybrałem to dru­gie.

W któ­rym roku miała miej­sce Pańska pro­mo­cja?
DW: W 1983 r., w mroźny gru­dniowy dzień skła­da­li­śmy ślu­bo­wa­nie pro­mo­cyjne, mia­no­wano mnie na pod­po­rucz­nika w Dęblinie. Pamiętam po pro­mo­cji następ­nego dnia zapa­ko­wano nas do samo­lotu i poza­wo­żono tam gdzie każdy miał przy­dział do jed­nostki. Ja mia­łem przy­dział do 49. Pułku Śmigłowców Bojowych w Pruszczu Gdańskim.

Jakie były te pierw­sze lata?
DW: Zderzyliśmy się z cie­kawą rze­czy­wi­sto­ścią. W szkole wszystko, co robią pod­cho­rą­żo­wie jest przy­go­to­wane, czeka na nich. W warun­kach bojo­wych, takich jak w Pruszczu Gdańskim czy Inowrocławiu, nikt nie zwra­cał na to uwagi. Ja tra­fi­łem do eska­dry śmi­głow­ców sztur­mo­wych, pierw­sza moja eska­dra była wpraw­dzie szkolną, ale tak jak wszyst­kie eska­dry grupy, była okre­ślana jako sztur­mowa. Naszym dowódcą był major Ryszard Wojciechowski. Miał wspa­niały pseu­do­nim (dziś powie­dzie­li­by­śmy cal­l­sign) „Siergiej Siergiejewicz Jajecznica”, który wziął się od tego, że cho­dził w mary­nar­skim mun­du­rze pilota i mawiał, że ten jest w mary­narce wojen­nej waż­niej­szy, kto ma na man­kie­cie wię­cej jajecz­nicy. Robił srogą minę, sta­rał się być bar­dzo surowy, co powo­do­wało u nas nie stres czy obawy, ale radość i śmiech. Ten czło­wiek wyglą­dał na bar­dzo dobro­dusz­nego i przy­jaź­nie nasta­wio­nego miał też swoje powie­dze­nia, taki wła­sny slang lot­ni­czy. Cieszyło to, podob­nie jak i to, że był to taki typowy praw­dziwy dowódca-lot­nik. Byli też kapi­tan Wiesław Dobski i Wiesław Jucewicz. Ten ostatni był moim men­to­rem lot­nic­twa śmi­głow­co­wego, miał ogromną wie­dzę i pasję do lata­nia. Wdzięczny mu jestem za to, że prze­ka­zał mi wie­dzę prak­tyczną, jakiej nie mógł­bym w żad­nym pod­ręcz­niku wyczy­tać. To on nauczył mnie przy peł­nej auto­ro­ta­cji obrotu o 360 stopni przy utra­cie 50 m wyso­ko­ści, manew­rów wyż­szego rzędu, tzw. gór­nego poziomu, na pogra­ni­czu akro­ba­cji lot­ni­czej oraz walki powietrz­nej w stre­fie mię­dzy dwoma śmi­głow­cami. Kiedy on sta­rał się mnie zasko­czyć, ja sta­ra­łem się uciec i zmie­nić pozy­cję z ata­ko­wa­nego na ata­ku­ją­cego, ku jego zasko­cze­niu cza­sem mi się to uda­wało. Trzeba było przy­go­to­wać się dokład­nie do każ­dego lotu, na każdy ele­ment ina­czej spoj­rzeć, roz­ry­so­wać jak się siły roz­kła­dają. Jaki będzie na przy­kład efekt for­sow­nego zakrętu w lewo/prawo, na zni­ża­niu, jaki przy gwał­tow­nym manew­rze na wzno­sze­niu. To były doświad­cze­nia, które owo­co­wały, kiedy czło­wiek naby­wał doświad­cze­nie na misjach zagra­nicz­nych.

Kiedy prze­szko­lił się Pan na śmi­gło­wiec sztur­mowy Mi-24?
DW: W 2003 r. zaczęły się pierw­sze misje zagra­niczne i 25. Brygada Kawalerii Powietrznej zaczęła wysy­łać śmi­głowce do Iraku. Wiedziałem, że za chwilę nas też to będzie cze­kać. To był moment, w któ­rym powie­dzia­łem sobie, że muszę jak naj­szyb­ciej prze­szko­lić się na śmi­gło­wiec Mi-24. Nie wyobra­ża­łem sobie, żeby dowódca nie poszedł na wojnę i jego grupa pilo­tów, żoł­nie­rzy była tam bez niego. Dałem sobie pół­tora roku czasu na inten­sywne szko­le­nie – od zwy­kłego prze­szko­le­nia się na nowy typ po szko­le­nie bojowe. Jako jeden z ostat­nich mia­łem w tym cza­sie przy­jem­ność posma­ko­wa­nia jak odpala się prze­ciw­pan­cerny pocisk kie­ro­wany Falanga. Odpaliłem ich kilka, uzy­sku­jąc każ­do­ra­zowo bez­po­śred­nie tra­fie­nie i to jest nie­zwy­kłe doświad­cze­nie.

  • Miłosz Rusiecki

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE