Flagowa Błyskawica

ORP Błyskawica z wizytą w Helsinkach, wrzesień 1961 r. Na zdjęciu widać też rufę jednej z „malutkich”, które towarzyszyły niszczycielowi.  Fot. Aarnio Jalmari/Helsinki Kuvia

ORP Błyskawica z wizytą w Helsinkach, wrze­sień 1961 r. Na zdję­ciu widać też rufę jed­nej z „malut­kich”, które towa­rzy­szyły nisz­czy­cie­lowi. Fot. Aarnio Jalmari/Helsinki Kuvia

Najbardziej znany pol­ski okręt koń­czy 80 lat. Zbudowany u kresu II Rzeczypospolitej, wal­czył całą wojnę na Atlantyku i Morzu Śródziemnym. W PRL był jed­nostką fla­gową floty, a od ponad 40 lat pełni rolę muzeum. W tym roku przy­pa­dają też inne okrą­głe rocz­nice zwią­zane z ORP Błyskawica, a mia­no­wi­cie 70 lat od powrotu z wojny do kraju, 50 lat od tra­gicz­nego wypadku w kotłowni czy 30. jubi­le­usz nada­nia Krzyża Złotego Orderu Virtuti Militari.

Historia nisz­czy­ciela była tema­tem setek ksią­żek, arty­ku­łów, albu­mów i fil­mów. A jed­nak bli­sko 30 lat powo­jen­nej służby, do czasu prze­kształ­ce­nia w obiekt muze­alny jest chyba sto­sun­kowo naj­mniej szcze­gó­łowo opi­sa­nym okre­sem w jego dzie­jach. W dostęp­nych opra­co­wa­niach sporo jest pro­pa­gan­do­wych uogól­nień z okresu PRL, nie­stety powie­la­nych w kolej­nych latach. A służba okrętu, czy może raczej jego załogi była pełna bla­sku, ale i nie pozba­wiona przy­sło­wio­wych cieni.

Wracać, nie wracać

Wraz z zakoń­cze­niem II wojny świa­to­wej w Europie przed trud­nym wybo­rem dal­szej życio­wej drogi sta­nęły dzie­siątki tysięcy żoł­nie­rzy pol­skich wal­czą­cych na zacho­dzie Starego Kontynentu. Nowa rze­czy­wi­stość poli­tyczna w naszym kraju nie zachę­cała do powrotu do domu z kil­ku­let­niej tułaczki.
Niszczyciel ORP Błyskawica był pol­ską wła­sno­ścią. Po uzna­niu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone wyda­wało się więc, że powrót okrętu, tak jak i pozo­sta­łych będzie tylko kwe­stią czasu. Formalnie jed­nak dowódz­two nad flotą spra­wo­wał szef Kierownictwa Marynarki Wojennej, wadm. Jerzy Świrski, który oczy­wi­ście nie miał w pla­nach pod­po­rząd­ko­wa­nia swo­jej osoby i sił któ­rymi dys­po­no­wał funk­cjo­nu­ją­cemu w Gdyni Dowództwu Marynarki Wojennej (DMW).
Z kolei powstałe w Gdyni dowódz­two prak­tycz­nie od początku zakła­dało szybki powrót okrę­tów z Wielkiej Brytanii. Początkowo nawet miano nadzieję, że flota na przej­mo­wa­nym w nowych gra­ni­cach Wybrzeżu będzie dys­po­no­wać nie tylko jed­nost­kami przed­wo­jen­nymi, ale także tymi wydzier­ża­wio­nymi przez Royal Navy. Plany z listo­pada 1945 r. były bar­dzo ambitne, ale szybko oka­zały się abso­lut­nie nie­re­alne do urze­czy­wist­nie­nia. Co wię­cej, poja­wiły się pro­blemy z powro­tem nawet okrę­tów będą­cych pol­ską wła­sno­ścią. W maju 1946 r. Admiralicja Brytyjska roz­po­częła likwi­da­cję ope­ra­cyj­nego zespołu pol­skiej MW. Nie chcąc odda­wać okrę­tów pod jurys­dyk­cję Naczelnego Dowódcy WP w kraju, wadm. Świrski zgo­dził się na prze­ka­za­nie ich w ręce Brytyjczyków. 28 maja 1946 r. na ORP Błyskawica opusz­czono biało-czer­woną ban­derę. Odstawiona jed­nostka stała bez­czyn­nie w bazie w Rosyth.
Co cie­kawe, z jed­nej strony planiści
w DMW nie mogli się docze­kać powrotu okrę­tów, z dru­giej zaś wła­dze woj­skowe w Warszawie począt­kowo nie wyka­zy­wały zbyt wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia odzy­ska­niem okrę­tów będą­cych naro­dową wła­sno­ścią. Działania funk­cjo­nu­ją­cej od końca 1945 r. Polskiej Misji Wojskowej w Wielkiej Brytanii nie obej­mo­wały sta­rań powrotu ani jed­no­stek pły­wa­ją­cych, ani ich załóg. Co prawda w pierw­szych dniach stycz­nia 1946 r. powstał w Londynie Attachat Morski przy Ambasadzie RP, ale jego szef, kmdr Jerzy Kłossowski usły­szał, że zwrot okrę­tów będzie moż­liwy dopiero po wyra­że­niu na to zgody bry­tyj­skiego MSZ. Taka wstępna zgoda poja­wiła się dopiero pod koniec 1946 r.
W celu uzgod­nie­nia szcze­gó­łów w lutym 1947 r. Naczelny Dowódca WP, Marszałek Polski Michał Rola-Żymierski, powo­łał do życia Misję Marynarki Wojennej w Londynie. Na jej czele sta­nął kmdr por. Stefan de Walden. W pierw­szych dniach marca roz­po­częły się trudne roz­mowy z Brytyjczykami. Po prze­pro­wa­dzo­nych oglę­dzi­nach okrę­tów człon­ko­wie komi­sji uznali, że jedy­nie Błyskawica po mniej wię­cej dwu­ty­go­dnio­wym prze­glą­dzie będzie w sta­nie wyjść w morze. Jednocześnie trwały roz­mowy w spra­wie skom­ple­to­wa­nia załóg na odsta­wione do rezerwy jed­nostki. Marynarze wio­sną 1946 r. zdjęci z pokła­dów okrę­tów zostali ulo­ko­wani w obo­zach repa­tria­cyj­nych sto­jąc mię­dzy przy­sło­wio­wym „mło­tem i kowa­dłem”. Nie mając w pełni wia­ry­god­nych infor­ma­cji o sytu­acji w kraju i jasnych dekla­ra­cji co do przy­szło­ści na obczyź­nie musieli podej­mo­wać życiowe decy­zje – wró­cić czy pozo­stać na emi­gra­cji. Członkowie Misji MW mając ogra­ni­czony dostęp do obo­zów w spra­wach rekru­ta­cji korzy­stali z pomocy ofi­ce­rów, któ­rzy chcieli wra­cać do kraju i sami zgło­sili się do pol­skiej amba­sady. Wśród nich byli kmdr ppor. Bolesław Romanowski i kpt. mar. Zbigniew Węglarz, któ­rzy osta­tecz­nie sta­nęli na czele załogi kom­ple­to­wa­nej dla ORP Błyskawica. Pierwszy z ofi­ce­rów został dowódcą na czas ostat­nich przy­go­to­wań i rejsu do Gdyni, zaś drugi jego zastępcą. Ogółem na nisz­czy­cielu powró­ciło 177 ofi­ce­rów, pod­ofi­ce­rów i marynarzy.
Dzięki dużemu wysił­kowi załogi nisz­czy­ciel udało się przy­go­to­wać do rejsu w 8 dni. 1 lipca na spraw­nym i zatan­ko­wa­nym okrę­cie pod­nie­siono biało-czer­woną ban­derę i roz­po­częto rejs do kraju. Cztery dni póź­niej zacu­mo­wano w por­cie wojen­nym na Oksywiu. Powitaniu nadano pro­pa­gan­dowy cha­rak­ter, łącz­nie z wiel­kim trans­pa­ren­tem przy drew­nia­nym molo: „Polska Ludowa wita O.R.P. Błyskawica”.

  • Robert Rochowicz

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE