Dziwne losy pre­miera Składkowskiego

Sam Składkowski pomimo faktu, że nie należał do najbliższych współpracowników Piłsudskiego, pozostawał w ciągłym kontakcie z elitą obozu piłsudczykowskiego. Nie podejmował jednak decyzji o charakterze politycznym, będąc raczej sprawnym administratorem i energicznym wykonawcą decyzji sanacyjnego kierownictwa. W trakcie urlopów premiera Bartla i Świtalskiego pełnił jednak obowiązki szefa rządu.

Sam Składkowski pomimo faktu, że nie nale­żał do naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków Piłsudskiego, pozo­sta­wał w cią­głym kon­tak­cie z elitą obozu pił­sud­czy­kow­skiego. Nie podej­mo­wał jed­nak decy­zji o cha­rak­te­rze poli­tycz­nym, będąc raczej spraw­nym admi­ni­stra­to­rem i ener­gicz­nym wyko­nawcą decy­zji sana­cyj­nego kie­row­nic­twa. W trak­cie urlo­pów pre­miera Bartla i Świtalskiego peł­nił jed­nak obo­wiązki szefa rządu.

Ostatni pre­mier II Rzeczypospolitej nie miał dobrej prasy. W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym ata­ko­wała go opo­zy­cja, pod­czas wojny za wroga uznali go zwo­len­nicy gene­rała Sikorskiego, a potem sprawą zajęła się pro­pa­ganda PRL. W efek­cie z tego uczci­wego czło­wieka i szcze­rego patrioty zro­biono pośmie­wi­sko, uwa­ża­jąc go wyłącz­nie za mario­netkę w rękach Piłsudskiego i jego następców.

Wesoły zupak

Uczciwie trzeba jed­nak przy­znać, że Składkowski ide­al­nie nada­wał się na ofiarę tego rodzaju dzia­łań. Jako pre­mier (od połowy maja 1936 r.) był skru­pu­lat­nym wyko­nawcą pole­ceń Śmigłego i Mościckiego. Cat-Mackiewicz zauwa­żył zło­śli­wie, że oso­bi­ste ambi­cje kie­ro­wał na pod­nie­sie­nie higieny spo­łe­czeń­stwa – do legendy prze­szły malo­wane na biało płoty i przy­do­mowe ubi­ka­cje, do dzi­siaj nazy­wane „sła­woj­kami”. Zapominano jed­nak, że w ostat­nich latach wol­nej Polski pre­mier był praw­dzi­wym postra­chem wszel­kich samo­rzą­dów, oso­bi­ście doko­nu­jąc kon­troli i natych­miast wycią­ga­jąc kon­se­kwen­cje. Czasami jed­nak mania porząd­ko­wa­nia przy­bie­rała u Sławoja humo­ry­styczne kształty.
Wczesnym ran­kiem – opi­sy­wał wizytę gene­rała w Truskawcu Stanisław Boguski – około godziny szó­stej, dziadka mego, Rajmunda Jarosza [wła­ści­ciela uzdro­wi­ska – S.K.] obu­dziły dono­śne głosy, docho­dzące z tyłu willi przy ulicy Mickiewicza. Dziadek, zanie­po­ko­jony nagłym hała­sem, wyj­rzał przez okno sypialni i z ogrom­nym zdzi­wie­niem zoba­czył potężną postać gene­rała w koszuli, wyda­ją­cego tubal­nym gło­sem roz­kazy ogrodnikowi
pra­cu­ją­cemu u dziadka.
Okazało się, że gene­rał, widać nie mogąc spać, wybrał się na spa­cer uli­cami mia­sta, a że był znany z tego, że miał „bzika” na punk­cie schlud­nego wyglądu wsi i miast, więc nie omiesz­kał rzu­cić kry­tycz­nym okiem na ulicę Mickiewicza. Myszkując po zauł­kach i podwór­kach, natra­fił na stud­nię z pompą na tyłach domu dziadka. A na to tylko cze­kał! Nie tra­cąc czasu, kazał prze­ra­żo­nemu ogrod­ni­kowi zało­żyć długi wąż i pokrzy­ku­jąc, zaczął pom­po­wać wodę. Kurtka gene­ral­ska i roga­tywka spo­częły na pobli­skim kołku, a stru­mień zim­nej wody wyle­wał się na ulicę. Po pew­nym cza­sie zado­wo­lony ze swej pracy gene­rał dał ogrod­ni­kowi kilka zło­tych do łapy, upo­rząd­ko­wał umun­du­ro­wa­nie i dziar­skim kro­kiem poma­sze­ro­wał dalej. Gdzieś koło połu­dnia gene­rał – mini­ster zło­żył ofi­cjalną wizytę u dziadka na ratu­szu i nic nie wspo­mi­na­jąc o swo­ich poran­nych wyczy­nach, odje­chał służ­bo­wym samo­cho­dem w stronę Borysławia…
Nawet pod­czas tra­gicz­nego odwrotu we wrze­śniu 1939 r. pre­mier pro­wa­dził sumienne notatki, zapi­su­jąc wszel­kie zauwa­żone nie­do­cią­gnię­cia ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem higieny i porządku. Ale gene­rał był logiczny do bólu: wojna była wojną, to jed­nak nikogo nie zwal­niało od prze­strze­ga­nia obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów. Nikt zresztą nie mógł wie­dzieć, jak poto­czą się wyda­rze­nia, a raz roz­przę­gniętą karność
trudno potem przywrócić.

Zadziwiająca kariera lekarza

Biografia Felicjana Sławoja Składkowskiego jest zbli­żona do wielu innych pił­sud­czy­ków. Urodził się w czerwcu 1885 r. w mazo­wiec­kim Gąbinie, uczył się w Łowiczu i w Kielcach, po czym roz­po­czął stu­dia medyczne w Warszawie. Za udział w demon­stra­cji nie­pod­le­gło­ścio­wej na Placu Grzybowskim w listo­pa­dzie 1904 r. został aresz­to­wany, a po zwol­nie­niu rele­go­wano go z uczelni. Studia dokoń­czył w Krakowie, gdzie zwią­zał się z PPS. Nie prze­szko­dziło mu to uzy­skać dyplomu oraz spe­cja­li­za­cji – z chi­rur­gii i ginekologii.
Po wybu­chu I wojny świa­to­wej wstą­pił do Legionów Polskich; począt­kowo peł­nił funk­cję leka­rza 1. pułku. Wówczas to poznał oso­bi­ście Józefa Piłsudskiego, który miał się stać naj­więk­szą fascy­na­cją jego życia. Wojnę zakoń­czył pod­czas kry­zysu przy­się­go­wego. Jako oby­wa­tel rosyj­ski został inter­no­wany w Beniaminowie – był wów­czas już kapi­ta­nem i sze­fem medycz­nym 5. Pułku Legionów.
Jak przy­stało na pol­skiego patriotę, wziął udział w woj­nie z bol­sze­wi­kami. Od stycz­nia 1921 r. peł­nił funk­cję inspek­tora sani­tar­nego Wojska Polskiego, już w stop­niu puł­kow­nika. Generałem mia­no­wano go 1 grud­nia 1924 r. Podczas prze­wrotu majo­wego opo­wie­dział się za mar­szał­kiem, a jako świetny orga­ni­za­tor zaraz po zakoń­cze­niu walk został mia­no­wany komi­sa­rzem rządu dla Warszawy.
Stał się – pisali Andrzej Chojnowski i Piotr Wróbel – […] wzo­rem punk­tu­al­no­ści, dosko­nale orga­ni­zu­ją­cym sobie dzień pracy, a przy­cho­dząc jako pierw­szy do biura rzu­cał blady strach na spóź­nia­ją­cych się urzęd­ni­ków. Był też wszę­do­byl­skim i ruchli­wym kon­tro­le­rem – bez­u­stan­nie pene­tro­wał bazary, z note­sem w ręku śle­dząc ruchy cen (walkę z postę­pu­jącą dro­ży­zną trak­to­wał jako swe główne zada­nie), inspek­cjo­no­wał (w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nych porach) tar­gowe maga­zyny i zaplecza.

Pan Minister Spraw Wewnętrznych

W paź­dzier­niku 1926 r. Piłsudski powo­łał go w skład swo­jego rządu. Generał został wezwany do Belwederu, nic nie wie­dząc wcze­śniej o nominacji:
Pan Marszałek podał mi rękę nad sto­łem, wska­zał ręką krze­sło i powie­dział bez wstę­pów „No więc, zosta­nie­cie mini­strem spraw wewnętrz­nych, bo Młodzianowski nie chce współ­pra­co­wać z tym…. [w ten spo­sób Składkowski opusz­cza wul­ga­ry­zmy Piłsudskiego – S.K.] Sejmem”. Siedziałem cicho cze­ka­jąc, co Komendant powie dalej, gdy jed­nak mil­czał, patrząc mi badaw­czo w oczy, zwró­ci­łem posłusz­nie uwagę, że z poli­tyką dotych­czas się nie sty­ka­łem, że są inni kole­dzy, zna­jący się lepiej. Na to Pan Marszałek, śmie­jąc się i, jakby przy­zna­jąc mi rację, powie­dział: „Niepotrzebna tu poli­tyka. Wszyscy krzy­czą, że jeste­ście admi­ni­stra­tor, więc dla­tego będzie­cie mini­strem. Zameldujecie się u pana Bartla. No, do widze­nia”. Tu Komendant, jakby znu­dzony ta roz­mową, opu­ścił głowę i zaczął sta­wiać pasjansa, nie poda­jąc mi ręki na pożegnanie.
Składkowski był przy­zwy­cza­jony do wyko­ny­wa­nia bez komen­ta­rza roz­ka­zów Piłsudskiego. Nie był inte­lek­tu­ali­stą; uwa­żano go za „weso­łego zupaka”. Nie lep­sze mnie­ma­nie o moż­li­wo­ściach inte­lek­tu­al­nych Składkowskiego miał mar­sza­łek i nie zamie­rzał tra­cić czasu na tłu­ma­cze­nie mu zało­żeń swo­jej poli­tyki. Z innymi człon­kami rządu, szcze­gól­nie z kon­ser­wa­ty­stami, roz­mowa wyglą­dała zapewne zupeł­nie inaczej.
Składkowski dosko­nale zda­wał sobie z tego spr awę, ale nie miał pre­ten­sji do Piłsudskiego. Z woj­skową szcze­ro­ścią mawiał, że jest koniem ujeż­dża­nym przez Marszałka i gdy na jego życze­nie ustę­po­wał ze sta­no­wi­ska, to jak dobry ogier, z lekka popier­du­jąc odcho­dził do stajni.

  • Sławomir Koper

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE