Działania bojowe nie­miec­kich samo­lo­tów pokła­do­wych w II woj­nie świa­to­wej cz.1

Ar 196 A-3, T3+IK podczas startu z katapulty pancernika Scharnhorst.

Ar 196 A-3, T3+IK pod­czas startu z kata­pulty pan­cer­nika Scharnhorst.

Samoloty pokła­dowe znaj­do­wały się rów­nież na pokła­dach kilku innych krą­żow­ni­ków pomoc­ni­czych Kriegsmarine, ale z uwagi na znisz­cze­nie dzien­ni­ków pokła­do­wych nie­wiele wia­domo o prze­biegu ich dzia­łań bojo­wych. Krążownik pomoc­ni­czy Widder (Schiff 21) posia­dał na pokła­dzie wod­no­sa­mo­lot Ar 196 A-1, W.Nr. 1960029 (obser­wa­tor Oblt.z.S. Konrad Hoppe), maszyna roz­bita została pod­czas wodo­wa­nia 24 czerwca 1940 roku. Krążownik pomoc­ni­czy Kormoran (Schiff 41) dys­po­no­wał dwoma wod­no­sa­mo­lo­tami Ar 196 A-1, W.Nr. 1960022 i W.Nr. 1960021 oraz jed­nym Ar 196 A-3, W.Nr. 1960139. W skład załogi wcho­dzili, obser­wa­tor Oblt.z.S. Heinrich-Friedrich Ahl oraz pilot Ofw. Johann Duismann.

Rajd krą­żow­nika cięż­kiego Admiral Scheer

W celu wspar­cia dzia­łań okrę­tów pod­wod­nych prze­ciwko alianc­kiej żeglu­dze na Atlantyku 27 paź­dzier­nika 1940 r. w morze wypły­nął krą­żow­nik ciężki Admiral Scheer. Na jego pokła­dzie znaj­do­wał się wod­no­sa­mo­lot Arado Ar 196 A-2, T3+BH, któ­rego załogę sta­no­wili obser­wa­tor, Oblt.z.S. Ulrich Pietsch oraz pilot, Fw. Galliant.
W nocy z 31 paź­dzier­nika na 1 listo­pada 1940 r., korzy­sta­jąc z sil­nego sztormu docho­dzą­cego do 11 stopni w skali Beuforta, opa­dów desz­czu, śniegu i panu­ją­cych ciem­no­ści, krą­żow­nik, nie­zau­wa­żony przez patro­lu­jące okręty bry­tyj­skie, poko­nał Drogę Duńską, pomię­dzy Islandią a Grenlandią i wypły­nął na Atlantyk.
Wodnosamolot, pomimo wzbu­rzo­nego morza wystar­to­wał po raz pierw­szy 5 listo­pada 1940 r., co tak wspo­mi­nał obser­wa­tor, Oblt.z.S. Pietsch:
Następnego ranka zwlo­kłem się dość wcze­śniej ze swo­jej koi. „Panie Oberleutnant, ma pan natych­miast przy­być do kapi­tana” – zamel­do­wał mi goniec. W porządku, już idę!
Przez mój zaspany umysł prze­mknęło natych­miast: Na pewno musi być lotna pogoda! Kiedy szy­ko­wa­łem się do wyj­ścia, zwra­ca­łem uwagę na ruchy okrętu; nasza łajba pra­wie się nie koły­sała, a o burty nie obi­jały się fale. Kiedy wysze­dłem na górny pokład moje pierw­sze spoj­rze­nie skie­ro­wa­łem na powierzch­nię morza: Do dia­bła, dzi­siaj musi się udać! Szybciej niż zwy­kle zna­la­złem się na pomo­ście, gdzie cze­kał na mnie dowódca. Jest piękny pora­nek! Jasno czer­wona zorza nad rysu­ją­cym się ostro hory­zon­tem zapo­wiada rychłe poja­wie­nie się słońca, któ­rego pro­mie­nie odbi­jają się już od wiszą­cych nad nami chmur. Melduję swoje przy­by­cie! – wyprę­żam się przed dowódcą. „No, Pietsch, jak będzie dzi­siaj z roz­po­zna­niem?”
Raz jesz­cze spo­glą­dam na powierzch­nię wody i bez namy­słu oświad­czam: dzi­siaj musi się udać, panie kapi­ta­nie! – „Dobrze, pro­szę w takim razie przy­go­to­wać samo­lot!” – Tak jest, panie kapi­ta­nie! Jak dziecko sto­jące przed zamknię­tymi drzwiami do pokoju, gdzie znaj­dują się gwiazd­kowe pre­zenty, cie­szę się ze swo­jej pierw­szej akcji bojo­wej. Szybko poko­nuję schody w dół i docie­ram do moich mecha­ni­ków, któ­rzy jesz­cze śpią. Wstawać! Na górę! Natychmiast przy­go­to­wać samo­lot do startu. Powiadomcie mojego pilota! Czas startu zosta­nie wam prze­ka­zany.
Wracam na pomost, aby omó­wić z dowódcą i ofi­ce­rem nawi­ga­cyj­nym szcze­góły mojego lotu roz­po­znaw­czego.
Pięknie, dosko­nale – „Kiedy może pan wystar­to­wać?”
W ciągu czter­dzie­stu pię­ciu minut, panie kapi­ta­nie!
„A więc start o godzi­nie siód­mej! Poleci pan, jak usta­li­li­śmy wyko­nać roz­po­zna­nie i stwier­dzić, czy na tym obsza­rze znaj­duje się kon­wój. Jeżeli tak, pro­szę usta­lić kurs, pręd­kość, skład i ewen­tu­alną obec­ność nie­przy­ja­ciel­skiej eskorty. Po zauwa­że­niu kon­woju natych­miast zawró­cić i zło­żyć mel­du­nek optycz­nym środ­kiem łącz­no­ści. Żadnej komu­ni­ka­cji radio­wej! Samotnie pły­nące parowce omi­jać. W żad­nym wypadku nie może pan pozwo­lić, aby was dostrze­żono! A teraz pro­szę się przy­go­to­wać!”
Opuszczam pomost i idę do swo­jej kabiny. Przechodząc krzy­czę jesz­cze do moich mecha­ni­ków: Start o godzi­nie siód­mej. Zatankować do pełna! Nie pod­wie­szać bomb!
W kabi­nie kre­ślę na mapie kurs swo­jego lotu. Wyznaczam dokład­nie kurs okrętu, jego pozy­cję, czas i pla­no­waną trasę. Dzwonię do pomiesz­cze­nia radio­sta­cji z prośbą o poda­nie zakresu fal, na któ­rych, zawsze kiedy jestem w powie­trzu, mogę nadać pilne mel­dunki w przy­padku awa­ryj­nej sytu­acji. Następnie zawia­da­miam obsługę kata­pulty, aby na czas przy­go­to­wała swój sprzęt.
Jest godzina 6:45. Zakończyłem swoje przy­go­to­wa­nia. Lornetka, apa­rat foto­gra­ficzny, torba nawi­ga­cyjna, heł­mo­fon, spa­do­chron i wszystko, co będzie potrzebne pod­czas lotu pakuję do samo­lotu. Czeka tu na mnie już mój pilot. Dzień dobry, Galliant – pozdra­wiam go – Czy już pan wie, że dzi­siaj znaj­dziemy kon­wój? „Dzień dobry, panie Oberleutnant! Tego jesz­cze nie wiem, ale myślę, że nam się uda!”
Tak się przy­wi­ta­li­śmy. Co pan sądzi, Galliant, o lądo­wa­niu? – „Jest super, da się zro­bić, panie Oberleutnant!” – Też mam taką nadzieję!
Na przy­wi­ta­nie zeszło nam kilka minut, a teraz spie­szę, aby na czas dotrzeć na pomost. Melduję posłusz­nie, że samo­lot pokła­dowy jest gotów! – brzmi mój mel­du­nek skie­ro­wany do dowódcy. „Dobrze, star­tuj­cie. Raz jesz­cze chciał­bym pod­kre­ślić: Nie uży­wać radio­sta­cji i w żad­nym wypadku nie pozwo­lić, aby was dostrze­żono!” – Tak jest! Melduję goto­wość do startu samo­lotu pokła­do­wego! – „Dobrze, powo­dze­nia, i mam nadzieję, że coś pan dostrzeże!” Kiedy chcia­łem już opu­ścić pomost, zawo­łał mnie ofi­cer wywiadu: „A kiedy pan coś zoba­czy, to pro­szę wra­ca­jąc poki­wać skrzy­dłami. Jeżeli będzie to kon­wój, to po wszyst­kim znaj­dzie się butelka szam­pana!” – Tylko jedna, panie kapi­ta­nie?
Schodzę w dół na środ­kowy pokład. Kręci się tam wielu żoł­nie­rzy, pala­czy i mary­na­rzy, wszy­scy chcą zoba­czyć pierw­szy start samo­lotu pod­czas tego rejsu. Czuję się, pra­wie jak pod­czas biegu przez rózgi. Wszystkie oczy wpa­trzone są we mnie, w każ­dej twa­rzy mogę wyraź­nie wyczy­tać słowa: Wróć do nas z kon­wo­jem! No tak, wszy­scy oni mają ochotę do walki i każdy z nich nie może się już docze­kać na pierw­szy ostry strzał oddany do wroga.
Katapulta jest już przy­go­to­wana. Silnik mojego samo­lotu został roz­grzany, prze­szedł też próbę peł­nej mocy, ruchome pro­wad­nice z osa­dzo­nym na nich wod­no­sa­mo­lo­tem zakli­no­wane zostały we wła­ści­wej pozy­cji, napeł­niono butle ze sprę­żo­nym powie­trzem. Do godziny siód­mej zostało jesz­cze tylko kilka minut.

  • Marek J. Murawski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE