Dream Chaser jesz­cze nie­zre­ali­zo­wane marzenie

Dream Chaser – załogowy wahadłowiec kosmiczny budowany przez amerykańskie prywatne przedsiębiorstwo Sierra Nevada Corporation. Na zdjęciu: egzemplarz testowy Dream Chaser.

Dream Chaser – zało­gowy waha­dło­wiec kosmiczny budo­wany przez ame­ry­kań­skie pry­watne przed­się­bior­stwo Sierra Nevada Corporation. Na zdję­ciu: egzem­plarz testowy Dream Chaser.

W sierp­niu i wrze­śniu bie­żą­cego roku firma Sierra Nevada Corporation (SNC) prze­pro­wa­dziła w kali­for­nij­skim Armstrong Flight Research Center bada­nia w locie na uwięzi pro­to­typu inży­nie­ryj­nego ETA orbi­tal­nego statku trans­por­to­wego wie­lo­krot­nego użytku Dream Chaser.

Po ich zakoń­cze­niu zapo­wie­dziano wyko­na­nie w dru­giej poło­wie paź­dzier­nika samo­dziel­nego lotu bez­na­pę­do­wego, zakoń­czo­nego lądo­wa­niem na pasie ośrodka im. Armstronga. Otworzy to drogę do lotu orbi­tal­nego, który miałby mieć miej­sce w 2020 r.

Amerykańscy poprzed­nicy

Na wstę­pie należy pod­kre­ślić zasad­ni­czą róż­nicę pomię­dzy Dream Chaser, a innymi stat­kami wie­lo­krot­nego użytku. Konstrukcja ta wyko­rzy­stuje ideę kadłuba nośnego (ang. lifting body). Pierwsze przy­miarki do skon­stru­owa­nia takiego statku się­gają początku lat sześć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Wówczas to w ośrodku NASA im. Langleya (Langley Research Center) roz­po­częto prace nad lądo­wa­niem pozio­mym, mają­cym zastą­pić pio­nowe przy­zie­mie­nie kap­suł kosmicz­nych. Nie trzeba się długo zasta­na­wiać, by wyli­czyć sze­reg korzy­ści wyni­ka­ją­cych z przy­ję­cia takiego rozwiązania.
Po pierw­sze mniej­sze prze­cią­że­nia, gdyż droga hamo­wa­nia atmos­fe­rycz­nego może zostać zna­cząco wydłu­żona, ze względu na znacz­nie lep­szą dosko­na­łość aero­dy­na­miczną. Po dru­gie – lądo­wa­nie zamiast wodo­wa­nia, co zna­ko­mi­cie uła­twia ewa­ku­ację załogi i ładunku i zwięk­sza jej bez­pie­czeń­stwo. Po trze­cie – moż­li­wość lądo­wa­nia prak­tycz­nie na dowol­nym lot­ni­sku, któ­rego wybór umoż­li­wia bez­zwłoczne dostar­cze­nie spro­wa­dza­nego ładunku do jego właściciela.
Ośrodek Langleya zapro­jek­to­wał pod kie­run­kiem inż. R. Dale Reeda w latach 1966 – 1975 kil­ka­dzie­siąt wer­sji apa­ra­tów HL (Horizontal Landing), jed­nak jedy­nie sześć z nich zostało skon­stru­owa­nych i obla­ta­nych. Pierwszym z nich był M2-F1 (M pocho­dziło od Manned, zało­gowy). Niewielki szy­bo­wiec kon­struk­cji ośrodka im. Drydena miał dłu­gość 6,1 m, roz­pię­tość 4,32 m i wyso­kość 2,89 m (nic dziw­nego, że przy takim kształ­cie zyskał prze­zwi­sko „lata­jąca wanna”). Powierzchnia nośna wyno­siła zale­d­wie 12,9 m2, co przy masie star­to­wej nie­wiele prze­kra­cza­ją­cej 500 kg było jed­nak w zupeł­no­ści wystar­cza­jące. M2-F1 był zrzu­cany spod skrzy­dła samo­lotu Douglas C-47 Skytrain. Wykonano nim 77 lotów.
Wykonanie kolej­nego modelu, nazwa­nego M2-F2, zle­cono fir­mie Northrop. Samolot był nie­wiele więk­szy (6,76 x 2,94 x 2,89 m), lecz zna­cząco cięż­szy (bli­sko 3,4 tony), gdyż został wypo­sa­żony w sil­nik rakie­towy XLR-11 o ciągu 36 kN. Samolot mógł roz­wi­nąć pręd­kość 750 km/h, pod­czas gdy bez­na­pę­dowy poprzed­nik zale­d­wie około 240 km/h. Samolotem nosi­cie­lem został B-52 Stratofortress. Model ten wyko­nał 16 lotów bez uru­cho­mie­nia sil­nika, z któ­rych ostatni zakoń­czył się jego roz­bi­ciem (pilot, Bruce Peterson, został ranny). Po prze­bu­do­wa­niu wraku powstał wariant M2-F3, róż­niący się od poprzed­nika głów­nie doda­niem trze­ciego, cen­tral­nego sta­tecz­nika pio­no­wego. Wersja ta wyko­nała 27 lotów, w więk­szo­ści napę­do­wych, pod­czas któ­rych badano zacho­wa­nie się kon­struk­cji przy pręd­ko­ściach do Ma=1,6 i wyso­ko­ści prze­kra­cza­ją­cej 20 km.
Kolejna kon­struk­cja, nazwana Northrop HL-10, była nieco cięż­sza od poprzed­nika (4,54 tony), jed­nak przy zacho­wa­niu nie­mal iden­tycz­nych wymia­rów, posia­dała sze­reg znacz­nie zmo­der­ni­zo­wa­nych sys­te­mów. Wykonano na niej 37, w więk­szo­ści napę­do­wych lotów. Maksymalne osią­gnięte para­me­try lotu to pręd­kość Ma=1,86, pułap 27,5 km. Samolot spra­wo­wał się tak dobrze, że Reed zapro­po­no­wał wysła­nie go na orbitę. Rakietą nośną miałby być Saturn-V. Odpowiednio prze­ro­biony HL-10 byłby umiesz­czony w miej­scu lądow­nika księ­ży­co­wego LM. Po osią­gnię­ciu orbity jeden z człon­ków załogi prze­szedłby (po powierzchni) ze statku Apollo do HL-10, uru­cho­mił go i skon­fi­gu­ro­wał do powrotu, po czym powró­ciłby do Apolla. HL miałby powró­cić w try­bie bez­za­ło­go­wym. Gdyby lot się powiódł, miano go powtó­rzyć, jed­nak tym razem pilot powró­ciłby z orbity na pokła­dzie bez­skrzy­dłego statku.

  • Waldemar Zwierzchlejski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE