Brytyjskie zma­ga­nia z V‑1 i V‑2

WITH_1_2016_V1

Kiedy bry­tyj­ska opi­nia publiczna z wiel­kimi nadzie­jami wycze­ki­wała szyb­kiego zakoń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej, co miało być rezul­ta­tem otwar­cia frontu zachod­nio­eu­ro­pej­skiego, Wielka Brytania stała się nie­spo­dzie­wa­nie celem zma­so­wa­nego ataku nową bro­nią: lata­ją­cymi bom­bami V‑1 i rakie­to­wymi poci­skami bali­stycz­nymi V‑2. Brytyjscy pla­ni­ści przy­stą­pili do trud­nej walki z nie­zna­nym wcze­śniej zagro­że­niem.

Pomimo pro­wa­dzo­nych od połowy 1943 r. nalo­tów na liczne cele na tery­to­rium Europy Zachodniej, bry­tyj­scy pla­ni­ści podej­rze­wali, że uży­cie przez Niemców nowej, nie­zna­nej wcze­śniej broni jest kwe­stią czasu. Już w listo­pa­dzie 1943 r. Ministerstwo Lotnictwa stało się odpo­wie­dzialne za opra­co­wy­wa­nie rapor­tów na temat poci­sków dale­kiego zasięgu, pla­nów obrony powietrz­nej oraz za koor­dy­na­cję prac obron­nych i wywia­dow­czych. Marszałek lot­nic­twa Roderic M. Hill sta­nął na czele Obrony Powietrznej Wielkiej Brytanii (Air Defence of Great Britain, ADGB). Otrzymał on roz­kaz prze­ana­li­zo­wa­nia dostęp­nych sił i środ­ków do obrony przed zagro­że­niami, co jed­nak było trudne, nie znano bowiem para­me­trów tech­nicz­nych nowego zagro­że­nia. Najlepiej świad­czy o tym nie­pew­ność co do fak­tycz­nych osią­gów V‑1, któ­rej wyso­kość lotu sza­co­wano w prze­dziale od 150 do 2100 m, a pręd­kość w prze­dziale od 400 do 670 km/h. Na temat rakie­to­wych poci­sków bali­stycz­nych V‑2 wie­dziano jesz­cze mniej. Niektórzy naukowcy bry­tyj­scy wąt­pili, czy takie poci­ski w ogóle ist­nieją.

Do grud­nia usta­lono, że obrona Wielkiej Brytanii miała się opie­rać nie tylko na ofen­syw­nych środ­kach (kon­ty­nu­owa­nie nalo­tów bom­bo­wych), ale także defen­syw­nych, takich jak bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze, zapory balo­nowe i samo­loty prze­chwy­tu­jące. Miały one stwo­rzyć trzy linie obrony przed poci­skami zbli­ża­ją­cymi się do bry­tyj­skich miast, przede wszyst­kim Londynu. Najbliżej wybrzeża zna­leźć się miały samo­loty prze­chwy­tu­jące, pro­wa­dzące loty patro­lowe przez cały dzień. W nocy pla­no­wano wysy­ła­nie do akcji samo­lo­tów do ope­ra­cji prze­ciwko poci­skom i tuż po ich wystrze­le­niu. W rejo­nie wzgórz North Downs w połu­dniowo-wschod­niej Anglii pla­no­wano roz­mie­ścić wszyst­kie dostępne armaty prze­ciw­lot­ni­cze – w licz­bie około 500 cięż­kich i 700 lek­kich.

W 1943 r. na północnym wybrzeżu Francji Niemcy przystąpili do budowy wyrzutni samolotów-pocisków V-1 (potocznie zwanych latającymi bombami) oraz schronów do ich magazynowania.

W 1943 r. na pół­noc­nym wybrzeżu Francji Niemcy przy­stą­pili do budowy wyrzutni samo­lo­tów-poci­sków V‑1 (potocz­nie zwa­nych lata­ją­cymi bom­bami) oraz schro­nów do ich maga­zy­no­wa­nia.

Drugą połowę grud­nia 1943 r. Hill spę­dził na dopra­co­wy­wa­niu planu. Utwierdził się w prze­ko­na­niu, że nie­za­leż­nie od skali i formy ataku Wielka Brytania ma ogra­ni­czone środki obrony powietrz­nej. Nowe tech­no­lo­gie, takie jak zakłó­ca­nie elek­tro­ma­gne­tyczne, uznano za zbyt ener­go­chłonne i z cza­sem zostały porzu­cone. Nie brano nato­miast pod uwagę wyko­rzy­sta­nia uży­wa­nych już wów­czas nie­kie­ro­wa­nych rakiet prze­ciw­lot­ni­czych, bowiem w stronę celu nale­ża­łoby wysłać bar­dzo dużą ich liczbę. Nie było innej moż­li­wo­ści, jak tylko oprzeć się – przy­naj­mniej do pozna­nia klu­czo­wych do stwo­rze­nia innej obrony aspek­tów (cha­rak­ter broni, dane tech­niczne, formy i skala ataku, kie­ru­nek ofen­sywy) – na spraw­dzo­nych meto­dach. Już 2 stycz­nia 1944 r., czyli nie­cały mie­siąc po otrzy­ma­niu roz­kazu, Hill przed­sta­wił gotowy plan dys­lo­ka­cji środ­ków obrony powietrz­nej Londynu, Bristolu oraz obszaru Solentu. Przyjęto zało­że­nia, że bez­za­ło­gowy samo­lot poru­szać się będzie z pręd­ko­ścią około 650 km/h na wyso­ko­ści 2200 m. Obrona opie­rała się na wyko­rzy­sta­niu rada­rów i obser­wa­to­rów lądo­wych do wykry­wa­nia nad­la­tu­ją­cych poci­sków. Kluczowe zna­cze­nie miały odgry­wać samo­loty prze­chwy­tu­jące, które po sygnale ostrze­gaw­czym miały roz­po­cząć patro­lo­wa­nie obszaru połu­dnio­wego wybrzeża w regio­nie pomię­dzy South Foreland a Beachy Head na wyso­ko­ści 3600 m. W przy­padku dostrze­że­nia lata­ją­cej bomby do prze­chwy­ce­nia byłaby wysy­łana druga grupa, ope­ru­jąca na wyso­ko­ści 1800 m. Istotną rolę przy­dzie­lono rów­nież bate­riom prze­ciw­lot­ni­czym. Projekt zakła­dał roz­miesz­cze­nie na połu­dnio­wych przed­mie­ściach Londynu 400 cięż­kich i 346 lek­kich armat prze­ciw­lot­ni­czych oraz 216 reflek­to­rów wspo­ma­ga­ją­cych wykry­wa­nie i śle­dze­nie. Z obawy przed wyrzut­niami w rejo­nie Cherbourga plan zakła­dał przy­go­to­wa­nie obrony naziem­nej w regio­nie Bristolu, na którą skła­dać się miało 32 cięż­kich i 242 lek­kich armat. Na linii Cobham-Kent-Limpsfield-Surrey chciano utwo­rzyć zaporę skła­da­jącą się z 480 balo­nów zapo­ro­wych. Każda for­ma­cja miała dzia­łać tak, aby nie prze­szka­dzać pozo­sta­łym.

Zaporę balo­nową pla­no­wano roz­cią­gnąć pomię­dzy Caterham na zacho­dzie a Cobham na wscho­dzie (ich liczba wzro­sła szybko do 1,4 tysiąca). Baterie do obrony sto­licy miały zostać roz­miesz­czone w rejo­nie North Downs, a do obrony Bristolu na obsza­rze Yeovil-Shaftesbury. Stworzono też różne sce­na­riu­sze doty­czące ilo­ści wyma­ga­nych armat prze­ciw­lot­ni­czych, co zale­żało przede wszyst­kim od zapo­trze­bo­wa­nia ope­ra­cji „Overlord”. Zakładano wydzie­le­nie ośmiu eskadr dzien­nych, a w zakre­sie lotów noc­nych – przy­dzie­le­nie ośmiu eskadr. Powstały w lutym 1944 r. plan został w ciągu kilku następ­nych dni zatwier­dzony przez mar­szałka lot­nic­twa Leigh-Mallory’ego, gene­rała Eisenhowera, bry­tyj­skie dowódz­two RAF, a na końcu także przez pre­miera Churchilla. Po roz­po­czę­ciu reali­za­cji okro­jo­nego planu Brytyjczykom przy­szło cze­kać na atak z powie­trza i kon­ty­nu­ować naloty.

V-1 był napędzany pulsacyjnym silnikiem odrzutowym Argus As 014, rozwijał prędkość 645 km/h i miał zasięg 240 km (masa startowa 2150 kg, w tym 850 kg burzący ładunek bojowy).

V‑1 był napę­dzany pul­sa­cyj­nym sil­ni­kiem odrzu­to­wym Argus As 014, roz­wi­jał pręd­kość 645 km/h i miał zasięg 240 km (masa star­towa 2150 kg, w tym 850 kg burzący ładu­nek bojowy).

Diver, Diver, Diver!

Jeśli część eks­per­tów nadal wąt­piła w ist­nie­nie nowej i rewo­lu­cyj­nej broni, to nie­zwy­kła eks­plo­zja z ranka 13 czerwca 1944 r. nie pozo­sta­wiała żad­nych złu­dzeń. Trzy mie­siące po upły­wie prze­wi­dzia­nego przez Londyn ter­minu ataku na Wielką Brytanię spadł pierw­szy nie­miecki pocisk. Za nim nad­le­ciały kolejne. Alianckie lot­nic­two wyko­nało nie­zwłocz­nie naloty bom­bowe na obiekty w Beauvoir i Domléger w pół­noc­nej Francji. Opinia publiczna pozo­sta­wała nie­wzru­szona, bo nikt nie zda­wał sobie sprawy, że był to atak nowej nie­miec­kiej, sekret­nej broni. Poruszenie zapa­no­wało jed­nak wśród naj­wyż­szych dowód­ców – roz­cza­ro­wa­nie mie­szało się z zasko­cze­niem i zdzi­wie­niem. Część osób była wyraź­nie zawie­dziona sła­bymi efek­tami nalo­tów bom­bo­wych w ramach ope­ra­cji „Crossbow”. Uderzenie V‑1 ozna­czało bowiem, że nie­miec­kich prac nie udało się stor­pe­do­wać. Wszyscy ci, któ­rzy prze­wi­dy­wali nie­miecką ofen­sywę powietrzną, byli pozy­tyw­nie zdzi­wieni sto­sun­kowo małym roz­mia­rem poczy­nio­nych szkód. Spodziewano się bowiem, że atak roz­pocz­nie się ude­rze­niem co naj­mniej 400 ton mate­ria­łów wybu­cho­wych w ciągu pierw­szych 10 godzin. Z tego powodu liczbę pla­no­wa­nych ata­ków bom­bo­wych prze­ciwko wyrzut­niom zmniej­szono z 3 tysięcy do tysiąca. W naczel­nym dowódz­twie poja­wiły się nawet głosy, że ten skromny nie­miecki atak ma jedy­nie odcią­gnąć uwagę alian­tów i spo­wol­nić ope­ra­cję na fron­cie zachod­nim.

Z racji małej celności samolot-pocisk V-1 nadawał się tylko do ataków na duże powierzchniowo cele, jak na przykład miasta (naprowadzanie programowane, żyroskopowe).

Z racji małej cel­no­ści samo­lot-pocisk V‑1 nada­wał się tylko do ata­ków na duże powierzch­niowo cele, jak na przy­kład mia­sta (napro­wa­dza­nie pro­gra­mo­wane, żyro­sko­powe).

Ilość ata­ków V‑1 rosła lawi­nowo. W ciągu zale­d­wie kil­ku­na­stu minut w nocy 15 czerwca gra­nicę Wielkiej Brytanii prze­kro­czyło 151 poci­sków z ponad 200, które wtedy wystrze­lono. 73 dole­ciały do Londynu: 14,5 z nich zostało zestrze­lo­nych przez ogień arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej, a kolej­nych 7,5 strą­ciły myśliwce. Kilkadziesiąt bomb wystrze­lono w stronę Southampton. Nikt nie mógł z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy ude­rze­nie sta­no­wiło dopiero począ­tek, czy może już koniec kam­pa­nii powietrz­nej. Nie wie­dziano też, na jakim eta­pie znaj­duje się pro­duk­cja rakie­to­wych poci­sków bali­stycz­nych. Skala ude­rze­nia była jed­nak na tyle duża, że posta­no­wiono pod­jąć kon­kretne dzia­ła­nia poli­tyczne i woj­skowe. Już dzień póź­niej mini­ster Herbert Morrison przy­znał w par­la­men­cie, że Wielka Brytania została zaata­ko­wana „lata­ją­cymi tor­pe­dami”. W tym samym cza­sie człon­ko­wie Komitetu Szefów Sztabu doszli do wnio­sku, że roz­miesz­cze­nie ele­men­tów obrony – prze­wi­dzia­nych dla ope­ra­cji „Diver” – powinno roz­po­cząć się jak naj­szyb­ciej. Reflektory były już na swo­ich pozy­cjach, balony miały zostać roz­miesz­czone w ciągu 48 godzin. Bardziej pro­ble­ma­tyczne oka­zało się roz­lo­ko­wa­nie bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych, część z nich była bowiem przy­dzie­lona do ope­ra­cji „Overlord”.

Tego samego dnia pre­mier Churchill zwo­łał spo­tka­nie, na któ­rym zapa­dły klu­czowe decy­zje. Szef rządu nie ukry­wał, że jest gotów posu­nąć się nawet do uży­cia broni che­micz­nej, jeśli tylko bom­bar­do­wa­nie Londynu sta­nie się poważną nie­do­god­no­ścią, a nie­miec­kie poci­ski będą spa­dać na dziel­nice rzą­dowe i robot­ni­cze. Jestem gotów zro­bić wszystko, by zadać Niemcom śmier­telny cios. Chciałbym, żeby­ście poparli mój wnio­sek o zasto­so­wa­nie gazów tru­ją­cych. Moglibyśmy poczę­sto­wać nimi mia­sta Zagłębia Ruhry i inne nie­miec­kie mia­sta, tak by więk­szość miesz­kań­ców wyma­gała sta­łej opieki lekar­skiej. Moglibyśmy prze­rwać wszyst­kie prace przy wyrzut­niach poci­sków V‑1. Jak sam dodał, minie kilka tygo­dni lub nawet mie­sięcy, zanim popro­szę was o zaata­ko­wa­nie Niemców gazem tru­ją­cym. Tymczasem chcę, by sprawę zba­dano na spo­koj­nie. Jak sam stwier­dził, ślepa, bez­oso­bowa natura lata­ją­cych poci­sków spra­wiała, że ludzie czuli bez­sil­ność. Pojawiły się pomy­sły ata­ko­wa­nia w odpo­wie­dzi małych nie­miec­kich miast zamiast dużych ośrod­ków miej­skich – uzna­jąc, że cał­ko­wite znisz­cze­nie małego sku­pi­ska lud­no­ści będzie miało dużo więk­sze efekty psy­cho­lo­giczne. Dwight Eisenhower, wbrew suge­stiom czę­ści swych gene­ra­łów, jak choćby nadal scep­tycz­nego Spaatza czy Doolittle’a, odsu­nął 40 pro­cent wszyst­kich maszyn RAF i USAAF od zadań bom­bar­do­wa­nia nie­miec­kich fabryk i obiek­tów, kie­ru­jąc je do wyko­ny­wa­nia misji „Crossbow”.

17 czerwca lata­jąca bomba ude­rzyła w szpi­tal w Kensington, zabi­ja­jąc 18 osób, z czego więk­szość sta­no­wiły dzieci. Do 18 czerwca Niemcy wystrze­lili już 500 lata­ją­cych bomb. Jedna z nich runęła wprost na kaplicę w Wellington Palace, nie­całe 300 m od Buckingham Palace. W eks­plo­zji zgi­nęło 58 cywi­lów i 63 żoł­nie­rzy. Tego samego dnia V‑1 uszko­dziły 11 fabryk, a Churchill naka­zał roz­po­czę­cie ewa­ku­acji par­la­mentu. Do 27 czerwca 1944 r. lata­jące bomby zabiły 1769 osób, a do 5 lipca ilość ta wzro­sła do 2,5 tysiąca osób. Popularnością zaczęły raz jesz­cze cie­szyć się schrony, w któ­rych teraz wytchnie­nia i bez­pie­czeń­stwa szu­kało wię­cej osób, niż pod­czas pamięt­nego Blitzu z lata 1940 r. Narady szta­bowe z udzia­łem Churchilla zostały prze­nie­sione do pod­ziem­nych bun­krów. Pomimo dal­szych nalo­tów do połowy lipca 1944 r. na Londyn wystrze­lono 4 tysiące poci­sków, z czego 3 tysiące dole­ciało w pobliże sto­licy, którą Brytyjczycy pospiesz­nie raz jesz­cze opusz­czali.

Był to potężny cios dla bry­tyj­skiego morale. Tuż po roz­po­czę­ciu naj­więk­szej w histo­rii ope­ra­cji desan­to­wej ocze­ki­wano szyb­kiego zwy­cię­stwa, a nie powrotu ter­roru i nie­pew­no­ści jutra z 1940 r. Zamiast upra­gnio­nych suk­ce­sów na fron­cie miesz­kańcy Wielkiej Brytanii raz jesz­cze musieli skry­wać się w schro­nach. Mnożyły się sen­sa­cje i plotki – szep­tano z nie­do­wie­rza­niem, że bomby V‑1 mają nie­zwy­kłe, ponadna­tu­ralne zdol­no­ści, potra­fią wybrać swój cel i gonić swoją ofiarę uli­cami. Niektórzy widzieli duchy ofiar, które w nocy krą­żyły w ruinach znisz­czo­nych domów. Inni mówili o nie­miec­kich szpie­gach prze­my­ka­ją­cych wie­czo­rami po uli­cach, by wybrać cele ataku. Z cza­sem zaczęto oskar­żać nawet hisz­pań­ski reżim Francisco Franco o budo­wa­nie w Pampelunie i Madrycie frag­men­tów V‑1. Nastroje były coraz gor­sze i to pomimo wpro­wa­dze­nia suro­wej cen­zury, zaka­zu­ją­cej mediom mówie­nia o praw­dzi­wych skut­kach dzia­ła­nia V‑1 i ofia­rach.

Pierwsze uderzenie samolotami-pociskami V-1 wykonano w nocy z 13 na 14 czerwca 1944 r., odpalając dziesięć V-1 w kierunku Londynu, z czego tylko cztery dotarły do Wysp Brytyjskich.

Pierwsze ude­rze­nie samo­lo­tami-poci­skami V‑1 wyko­nano w nocy z 13 na 14 czerwca 1944 r., odpa­la­jąc dzie­sięć V‑1 w kie­runku Londynu, z czego tylko cztery dotarły do Wysp Brytyjskich.

Skuteczna obrona powietrzna wyma­gała przede wszyst­kim pre­cy­zyj­nego sko­or­dy­no­wa­nia wysił­ków wszyst­kich for­ma­cji. Praktyka poka­zy­wała, że zwal­cza­nie bez­pi­lo­to­wych obiek­tów lata­ją­cych to duże wyzwa­nie orga­ni­za­cyjne i tech­niczne. Konieczne było mak­sy­malne wyko­rzy­sta­nie posia­da­nych sił i środ­ków oraz zin­te­gro­wa­nie dowo­dze­nia. Innymi słowy – spra­wie­nie, aby wszyst­kie ele­menty obrony powietrz­nej spraw­nie współ­pra­co­wały, a nie prze­szka­dzały sobie nawza­jem. Przepływ infor­ma­cji pozo­sta­wiał wiele do życze­nia – przy­kła­dowo, gdy pod­jęto decy­zję o relo­ka­cji lek­kiej arty­le­rii oka­zało się, że w miej­scu doce­lo­wym RAF roz­mie­ścił dodat­kową zaporę balo­nową. Drugim zasad­ni­czym pro­ble­mem było współ­dzia­ła­nie pilo­tów samo­lo­tów prze­chwy­tu­ją­cych i bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych. Lotnicy czę­sto wla­ty­wali w strefę ope­ro­wa­nia arty­le­rii, co skut­ko­wało uszko­dze­niami maszyn i utrud­niało pracę arty­le­rzy­stom. Sprawiło to, że już 19 czerwca piloci otrzy­mali zakaz wla­ty­wa­nia w strefę arty­le­rii – z wyjąt­kiem sytu­acji pro­wa­dze­nia bez­po­śred­niego i nie­prze­rwa­nego pościgu. Nadal jed­nak zda­rzały się nie­bez­pieczne chwile, w któ­rych piloci naru­szali swój obszar ope­ra­cyjny, wla­tu­jąc w sam śro­dek ognia arty­le­ryj­skiego. Kłopoty z koor­dy­na­cją obrony powietrz­nej spra­wiły, że za ste­rami myśliwca wyko­nu­ją­cego misje prze­ciwko V‑1 zasiadł sam mar­sza­łek Hill, który wyko­nał łącz­nie 62 loty na róż­nych maszy­nach.

Koncepcja obrony

Łącznie Dowództwo Balonowe posta­wiło na nie­bie około 2 tysięcy balo­nów. Powrót do nieco archa­icz­nych metod wyni­kał z faktu, że o ile dla samo­lo­tów pilo­to­wa­nych przez czło­wieka omi­nię­cie zapory nie jest pro­ble­mem (co naj­wy­żej mogło dopro­wa­dzić do utraty szyku bojo­wego utrud­nia­ją­cego prze­pro­wa­dze­nie zor­ga­ni­zo­wa­nego, a tym samym efek­tyw­nego ataku bom­bo­wego), to dla lata­ją­cych bomb mogła ona sta­no­wić barierę nie do przej­ścia. Skuteczność balo­nów była zni­koma, dla­tego też trak­to­wano ją jako ostatni ele­ment obrony. Latający w Wielkiej Brytanii pol­ski pilot Bohdan Arct tak opi­suje ich poży­tecz­ność: Zapora balo­nowa, cho­ciaż skła­dała się z ponad dwóch tysięcy balo­nów, nie speł­niała swego zada­nia, a V‑1 prze­cho­dziły przez nią jak przez sito i cza­sem tylko, bar­dzo rzadko, po natknię­ciu się na sta­lową linę zwi­jały się w locie, tra­ciły rów­no­wagę i spa­dały ku ziemi jak zwy­kły nor­malny samo­lot, by natych­miast roz­trza­skać się w potęż­nej eks­plo­zji.
Tradycyjna arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza, słu­żąca do prze­chwy­ty­wa­nia samo­lo­tów Luftwaffe, sta­no­wiła środ­kowy ele­ment sys­temu obron­nego. Wielka Brytania posłu­gi­wała się w tym okre­sie przede wszyst­kim dwoma typami armat – cięż­kimi Vickers kal. 94 mm oraz szwedz­kimi Bofors kal. 40 mm. Inne, cho­ciażby kal. 20 mm, były mniej istotne ze względu na zbyt wysoki pułap, na jakim ope­ro­wały lata­jące bomby. Często też nawet w przy­padku tra­fie­nia pocisk o tak nie­wiel­kim kali­brze nie był w sta­nie spe­ne­tro­wać pan­ce­rza V‑1. Szczególnie te pierw­sze armaty, wpro­wa­dzone do służby w 1937 r., cecho­wały się wysoką sku­tecz­no­ścią, się­ga­jącą aż 82 pro­cent. Obrona bry­tyj­ska była wspie­rana przez Amerykanów, na wypo­sa­że­niu któ­rych znaj­do­wały się kie­ro­wane rada­rem (SCR-268, potem SCR-584) armaty prze­ciw­lot­ni­cze M1 kal. 90 mm. Baterie były wspo­ma­gane po zmroku potęż­nymi reflek­to­rami roz­ja­śnia­ją­cymi niebo, co uła­twiało śle­dze­nie obiektu i pro­wa­dze­nie ostrzału.

Nie obyło się oczy­wi­ście bez pro­ble­mów. Co prawda bomba V‑1 wyda­wała się być dobrym celem ze względu na stałą tra­jek­to­rię, lecz jed­nak sta­no­wiła dość mały obiekt, co utrud­niało sku­teczne raże­nie. Istotny był także krótki czas reak­cji – mak­sy­mal­nie do 20 minut od momentu opusz­cze­nia wyrzutni. Łatwiej było tra­fić w jeden z wielu bom­bow­ców niż w poje­dyn­czy, nie­wielki punkt na nie­bie. Co gor­sza, V‑1 miała zdol­ność ope­ro­wa­nia w trud­nych warun­kach atmos­fe­rycz­nych (nawet pod­czas sil­nego wia­tru, choć ten zmie­niał tor lotu), co wyróż­niało ją na tle samo­lo­tów, które musiały ogra­ni­czać się do akcji przy dobrej pogo­dzie. Co wię­cej, nie ist­niał stały pułap i stała pręd­kość – a to spra­wiało, że każdy bez­za­ło­gowy pocisk nale­żało trak­to­wać indy­wi­du­al­nie. Większość bomb ope­ro­wała na wyso­ko­ści od 350 do 1200 m. Ich pręd­kość wahała się w prze­dziale 400 – 650 km/h.

Zwalczanie V-1 polegało na niszczeniu wyrzutni samolotów-pocisków, zestrzeliwaniu lub wytrącaniu z lotu przez myśliwce, zestrzeliwaniu przez artylerię przeciwlotniczą oraz stosowaniu zapór balonowych.

Zwalczanie V‑1 pole­gało na nisz­cze­niu wyrzutni samo­lo­tów-poci­sków, zestrze­li­wa­niu lub wytrą­ca­niu z lotu przez myśliwce, zestrze­li­wa­niu przez arty­le­rię prze­ciw­lot­ni­czą oraz sto­so­wa­niu zapór balo­no­wych.

Operatorzy rada­rów bory­kali się nie tylko z krót­kim cza­sem na reak­cję, ale rów­nież z trud­no­ściami w wykry­ciu poci­sków. Chociaż zain­sta­lo­wane pod koniec lat trzy­dzie­stych radary miały dekla­ro­wany zasięg około 200 km, to w prak­tyce wykry­cie V‑1 nastę­po­wało zale­d­wie 80 km od sta­cji. Zasadniczym pro­ble­mem było odróż­nie­nie poci­sku od samo­lotu – zada­nie nie­ła­twe, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę duży ruch lot­ni­czy nad kana­łem La Manche od czerwca 1944 r. Trudności z iden­ty­fi­ka­cją dopro­wa­dziły do pil­nej moder­ni­za­cji czte­rech sta­cji rada­ro­wych: w Beachy Head i Fairlight (do 14 lipca) oraz Swingate i Foreness (do 9 sierp­nia). Testowano także urzą­dze­nia, które miały odróż­niać pracę sil­ni­ków, jed­nak zakoń­czyły się one nie­po­wo­dze­niem.
Dużo owoc­niej­sze dla ogól­nej sku­tecz­no­ści dzia­ła­nia bry­tyj­skiej obrony powietrz­nej było wyko­rzy­sta­nie nowo­cze­snych, ame­ry­kań­skich sys­te­mów wcze­snego wykry­wa­nia opar­tych na dzia­ła­niu mikro­fal (Microwave Early Warning, MEW). Podstawową zaletą urzą­dze­nia, które od 29 czerwca wyko­rzy­sty­wano w Fairlight (East Sussex, na wschód od Hastings), był więk­szy zasięg wykry­wa­nia – a więc dłuż­szy czas na pod­ję­cie dzia­łań obron­nych. Ponieważ już w sierp­niu wypo­ży­czony od Amerykanów sys­tem został wysłany do Francji, Brytyjczycy zin­ten­sy­fi­ko­wali prace nad ukoń­cze­niem wła­snego radaru typu 26. Zbudowany w opar­ciu o ame­ry­kań­ską kon­struk­cję (i z wyko­rzy­sta­niem czę­ści spro­wa­dzo­nych ze Stanów Zjednoczonych) radar już w dru­giej poło­wie sierp­nia zaczął dzia­ła­nie w Fairlight, a drugi w nad­mor­skim St. Margaret’s Bay (Kent, na połu­dniowy wschód od Canterbury, 111 km na wschód od Londynu). W trzech miej­scach (Beachy Head, Hythe, Fairlight) zain­sta­lo­wano dodat­kowo spe­cjalne apa­raty foto­gra­ficzne, które wyko­nu­jąc zdję­cia miały pomóc w wykry­ciu wyrzutni poci­sków V‑1.

W więk­szo­ści przy­pad­ków bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze nie miały bez­po­śred­niego wspar­cia rada­ro­wego. Z pomocą przy­szła ame­ry­kań­ska firma MIT Radiation Laboratory ze swoim nowo­cze­snym mikro­fa­lo­wym sys­te­mem rada­ro­wym SCR-584 (Signal Corp Radio), który zade­biu­to­wał na polu walki w Anzio w lutym 1944 r. Wśród bry­tyj­skich decy­den­tów nie było zgody co do koniecz­no­ści inwe­sto­wa­nia w bar­dzo drogi sys­tem, któ­rego średni koszt wyno­sił 100 tys. dola­rów. Pomimo nale­gań dowód­ców odpo­wie­dzial­nych za Obronę Powietrzną Wielkiej Brytanii udało się zło­żyć zamó­wie­nia w Stanach Zjednoczonych na 430 zesta­wów. Do Wielkiej Brytanii tra­fiło osta­tecz­nie 165 tych urzą­dzeń, co spo­tkało się z rado­ścią pla­ni­stów, któ­rzy z zado­wo­le­niem przy­znali, że bez tego sprzętu byłoby nie­moż­liwe zwal­cza­nie lata­ją­cych bomb.

SCR-584 zastą­piły prze­sta­rzałe bry­tyj­skie radary Mark II i Mark III, a także ame­ry­kań­skie SCR-268. Wraz ze spe­cjal­nym kom­pu­te­rem ana­lo­go­wym (M‑9 Gun Predictor) sys­tem mógł sku­tecz­nie napro­wa­dzać sygna­łem elek­trycz­nym cztery armaty prze­ciw­lot­ni­cze kal. 90 mm. Antena emi­to­wała krótki sygnał, który po powro­cie był ana­li­zo­wany. Jeśli prze­rwa pomię­dzy wysła­niem a ode­bra­niem sygnału wyno­siła 100 mikro­se­kund, w prak­tyce ozna­czało to odle­głość celu o 15 km. Maksymalny inter­wał wyno­sił 240 mikro­se­kund, co spra­wiało, że namie­rze­nie mogło nastą­pić w zasięgu do około 30 km. Dużo więk­szy, bo aż 85-kilo­me­trowy, był obszar wykry­wa­nia obiektu. Nie ist­niało żadne mar­twe pole, a więc każdy lata­jący pocisk – nie­za­leż­nie od pułapu – mógł być wykryty. Radar dawał także moż­li­wość okre­śle­nia pręd­ko­ści obiektu, jego wyso­ko­ści i toru lotu. Miał też pro­sty mecha­nizm roz­po­zna­wa­nia wróg-przy­ja­ciel. Zestaw był zdolny moni­to­ro­wać obiekty poru­sza­jące się z pręd­ko­ścią ponad tysiąca kilo­me­trów na godzinę na puła­pie do 18 000 m. Po wykry­ciu celu radar zmie­niał swoją funk­cję z wykry­wa­nia na śle­dze­nie, umoż­li­wia­jąc otwar­cie ognia, także pod­czas złej pogody i na niskich wyso­ko­ściach. Tym samym – pierw­szy raz w histo­rii – jedna maszyna sama sku­tecz­nie zwal­czała drugą maszynę bez inge­ren­cji czło­wieka. Zadanie obsługi spro­wa­dzało się jedy­nie do łado­wa­nia amu­ni­cji.

Około 1600 samolotów-pocisków V-1 Niemcy odpalili z samolotów bombowych. Zwykle do tego celu wykorzystywano bombowce He 111 (pociski V-1 odpalano nad Morzem Północnym).

Około 1600 samo­lo­tów-poci­sków V‑1 Niemcy odpa­lili z samo­lo­tów bom­bo­wych. Zwykle do tego celu wyko­rzy­sty­wano bom­bowce He 111 (poci­ski V‑1 odpa­lano nad Morzem Północnym).

Po wykry­ciu przez radary cen­trum dowo­dze­nia wysy­łało na spo­tka­nie z prze­ciw­ni­kiem samo­loty prze­chwy­tu­jące, które sta­no­wiły pierw­szą linię obrony. Operator radaru na bie­żąco prze­sy­łał pilo­towi infor­ma­cje o poło­że­niu obiektu (tzw. sys­tem close con­trol). Do tego zada­nia w pierw­szym okre­sie wyko­rzy­sty­wano insta­la­cje w Fairlight, Swingate oraz Beachy Head. Zasadniczym pro­ble­mem był fakt, że z powodu ogra­ni­czeń tech­nicz­nych radary nie potra­fiły wykryć nad­la­tu­ją­cego poci­sku na dystan­sie więk­szym niż 80 km. Przy pręd­ko­ści V‑1 dawało to rap­tem kilka minut, zanim pocisk docie­rał do wybrzeża. Nad obsza­rem lądo­wym kon­tro­le­rzy sta­cjo­nu­jący w Beachy Head, Hythe, Sandwich oraz w cen­trach dowo­dze­nia Królewskiego Korpusu Obserwacyjnego w Horsham i Maidstone prze­ka­zy­wali pilo­tom infor­ma­cje, a ci według wła­snego uzna­nia roz­po­czy­nali prze­chwy­ty­wa­nie (tzw. sys­tem run­ning com­men­tary). Wykorzystywano też obser­wa­to­rów posia­da­ją­cych flary oświe­tle­niowe, umoż­li­wia­jące wska­za­nie trudno dostrze­gal­nej bomby na nie­bie. Przekazywali rów­nież cenne infor­ma­cje o wyłą­cze­niu sil­nika poci­sku, co było jasnym zna­kiem, że bomba spad­nie na zie­mię, a pościg nie musi być kon­ty­nu­owany. Bardzo czę­sto miesz­kańcy zagro­żo­nego regionu sami wypa­try­wali zagro­że­nia. W tej roli szcze­gól­nie przy­datne oka­zy­wały się dzieci.

Pierwsze zestrze­le­nie lata­ją­cej bomby V‑1 przez lot­ni­ków zano­to­wano 16 czerwca 1944 r. Wtedy to porucz­nik John Musgrave i sier­żant F.W. Somwell na samo­lo­cie Mosquito pod­jęli pościg nad kana­łem La Manche za zmie­rza­ją­cym w stronę Londynu V‑1. Po krót­kim pościgu ostrze­lana z dzia­łek bomba wybu­chła. Wiele z takich uda­nych prze­chwy­ceń doko­ny­wali Polacy wal­czący w RAF. Jedną z histo­rii zawarł w swej wspo­mnie­nio­wej książce cyto­wany już Bohdan Arct, opi­su­jąc akcję porucz­nika Longina Majewskiego, dowódcy eska­dry B dywi­zjonu 316:
Miał sporą prze­wagę szyb­ko­ści, toteż bez trudu osią­gnął prze­pi­sową odle­głość dwu­stu metrów. Zredukował nieco gaz, by nie zbli­żyć się zanadto, odszedł lekko w bok i usta­wił się do strzału z mini­malną poprawką na celow­niku. Mierzył spo­koj­nie, z zimną krwią. Gdy oddał pierw­szą, krótką serię poci­sków, natych­miast zauwa­żył, że wcho­dziły w cel. Po raz drugi naci­snął spust broni pokła­do­wej. Szybkość bomby rap­tow­nie zma­lała, z wylotu jej sil­nika posy­pały się kłęby iskier (…) Bomba zacie­śniła zakręt, nur­ko­wała coraz ostrzej (…) Na wyso­ko­ści pię­ciu­set metrów V‑1 prze­szła w pro­sto­pa­dłe nur­ko­wa­nie. Chwila i ude­rzyła w powierzch­nię morza. Błysk, a wraz z nim potężny słup spie­nio­nej wody, roz­pry­sku­ją­cej się w sze­ro­kim wachla­rzu. Tak, to był koniec.

Ostatnią linię obrony przed atakami niemieckich samolotów-pocisków V-1 w systemie Obrony Powietrznej Wielkiej Brytanii stanowiły zapory balonowe.

Ostatnią linię obrony przed ata­kami nie­miec­kich samo­lo­tów-poci­sków V‑1 w sys­te­mie Obrony Powietrznej Wielkiej Brytanii sta­no­wiły zapory balo­nowe.

Podjęcie pościgu i pro­ce­dury prze­chwy­ce­nia nie zawsze było czyn­no­ścią łatwą. Już samo dostrze­że­nie poci­sku – nawet przy dobrej pogo­dzie – mogło nastrę­czać pro­ble­mów. Paradoksalnie V‑1 łatwiej się dało wypa­trzyć nocą. Dla pilo­tów naj­więk­szy pro­blem sta­no­wiła duża pręd­kość V‑1, się­ga­jąca nawet 630 – 700 km/h (w zależ­no­ści od wia­tru i etapu lotu). Z tego też powodu przy­dzie­lone do ope­ra­cji „Diver” samo­loty były spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wane na tę oka­zję – zdej­mo­wano zbędne płyty pan­ce­rza, zmniej­szano zapas paliwa, popra­wiano moc sil­ni­ków, a nawet usu­wano farbę ze skrzy­deł i kadłuba, pole­ru­jąc wszyst­kie powierzch­nie. Wykorzystywano lep­sze, wyso­ko­ok­ta­nowe paliwo. W wyniku zasto­so­wa­nia tych pro­stych metod pręd­kość maszyn zwięk­szała się o 15 – 50 km/h. Do walki z odrzu­to­wym wro­giem Brytyjczycy wyko­rzy­sty­wali przede wszyst­kim samo­loty: Spitfire IX/XII/XIV, Mosquito czy też P‑47 Thunderbolt. Do obrony skie­ro­wano P‑51 Mustang III. Najlepiej radziły sobie dys­po­nu­jące świet­nymi osią­gami na małych wyso­ko­ściach i moc­nym uzbro­je­niem samo­loty Tempest V (695 km/h). Używano rów­nież nie­licz­nych odrzu­to­wych samo­lo­tów Meteor.

Wysoka pręd­kość prze­chwy­ty­wa­nego obiektu i wąski pas ope­ro­wa­nia myśliw­ców spra­wiały, że piloci zostali zmu­szeni do wypra­co­wa­nia spe­cjal­nej tak­tyki. Jednym ze spo­so­bów było skie­ro­wa­nie samo­lotu na kurs koli­zyjny z bombą i pod­ję­cie próby jej zestrze­le­nia. Rodziło to wiele pro­ble­mów, z któ­rych naj­więk­szy to krótki czas na reak­cję. Pancerz V‑1 był na tyle gruby, że wiele poci­sków nie mogło go prze­bić (szcze­gól­nie z więk­szej odle­gło­ści). W przy­padku chy­bie­nia pilot nie miał prak­tycz­nie szans na dogo­nie­nie bomby i pod­ję­cie kolej­nej próby. Z cza­sem piloci wypra­co­wali spo­soby zwięk­sza­nia pułapu, co umoż­li­wiało atak z lotu nur­ku­ją­cego i uzy­ska­nie prze­wagi pręd­ko­ści. Wielu pilo­tów sto­so­wało bar­dziej ory­gi­nalną metodę – maszyna, wyko­rzy­stu­jąc swoją pręd­kość, zbli­żała się z boku V‑1 i pod­wa­żała wła­snym skrzy­dłem skrzy­dło bomby, powo­du­jąc pro­blemy w pracy jej żyro­sko­pów i utratę sta­bil­no­ści (doty­czyło to jedy­nie tych, które leciały dość wolno). Tak „zaata­ko­wana” bomba spa­dała wtedy na zie­mię, choć pilot ryzy­ko­wał uszko­dze­niem skrzy­dła. Z cza­sem znu­dzeni piloci sta­rali się tak pod­wa­żyć bombę, aby ta odle­ciała w stronę Francji. Było to jed­nak dzia­ła­nie ryzy­kowne, bowiem deli­katna kon­struk­cja skrzy­dła samo­lotu prze­chwy­tu­ją­cego cza­sem ule­gała uszko­dze­niu przy pró­bie pod­wa­że­nia sta­lo­wej bomby. Jeżeli wie­rzyć bry­tyj­skiej pra­sie, metodę tę odkrył pol­ski pilot.

Co cie­kawe, szybko zauwa­żono wśród pilo­tów spa­dek morale i kon­cen­tra­cji. Piloci tęsk­nili za walką z żywym prze­ciw­ni­kiem i popa­dali w rutynę. Pisał o tym w swych wspo­mnie­niach Roderick Hill:
Okazało się, że wpraw­dzie nie­któ­rzy piloci chęt­nie pod­jęli się zada­nia zestrze­li­wa­nia lata­ją­cych bomb, więk­szość jed­nak wolała zestrze­lić wrogi samo­lot nad Francją. Wcale więc nie naj­mniej­szym moim kło­po­tem było wzbu­dze­nie entu­zja­zmu dla tej nowej walki i strze­la­nia do bez­pi­lo­to­wego samo­lotu. Nie pozo­sta­wiano też pilo­tów zbyt długo przy tej robo­cie, aby nie stę­pieli
i nie stra­cili wraż­li­wo­ści.

Korekta zało­żeń sys­temu obron­nego

Zanim pod­jęto decy­zję o ilo­ścio­wym wzmoc­nie­niu pasa obrony, Brytyjczycy 16 czerwca 1944 r. doko­nali korekt w roz­miesz­cze­niu i zasa­dach dzia­ła­nia. Marszałek Hill wydał roz­kaz, aby strefa ope­ro­wa­nia samo­lo­tów myśliw­skich została podzie­lona na czę­ści. Dwanaście wydzie­lo­nych eskadr myśliw­ców miało ope­ro­wać w trzech liniach: pierw­szej nad kana­łem La Manche od Beachy Head do Dover, dru­giej na wybrzeżu od Newhaven do Dover, trze­ciej w głębi lądu pomię­dzy Haywards Heath i Ashford. Samoloty mogły wla­ty­wać w strefę ope­ra­cyjną arty­le­rii jedy­nie w przy­padku pro­wa­dze­nia nie­prze­rwa­nego pościgu za poci­skiem. Dwa dni póź­niej pod­jęto decy­zję o wstrzy­my­wa­niu ognia przez bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze na przed­mie­ściach Londynu, co wywo­łało pewne nie­za­do­wo­le­nie zasko­czo­nej taką decy­zją lud­no­ści mia­sta. Jeśli więc V‑1 prze­mknęła przez obszar ope­ro­wa­nia samo­lo­tów prze­chwy­tu­ją­cych i bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze, pozo­sta­wało mieć nadzieję, że prze­leci nad mia­stem i spad­nie na puste pole. Dzień póź­niej wydano jesz­cze jeden istotny roz­kaz: usta­lono, że pod­czas dni z dobrą widocz­no­ścią odpo­wie­dzial­ność za prze­chwy­ty­wa­nie nie­miec­kich poci­sków mają prze­jąć na sie­bie samo­loty prze­chwy­tu­jące. Podczas pochmur­nych dni miała ope­ro­wać arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza, w przy­padku pogody „mie­sza­nej” zaś obie for­ma­cje – w ramach wyzna­czo­nych stref dzia­ła­nia.

Łącznie w systemie Obrony Powietrznej Wielkiej Brytanii Dowództwo Balonowe postawiło na niebie około 2000 balonów. Ich ofiarą padło około 300 samolotów-pocisków V-1.

Łącznie w sys­te­mie Obrony Powietrznej Wielkiej Brytanii Dowództwo Balonowe posta­wiło na nie­bie około 2000 balo­nów. Ich ofiarą padło około 300 samo­lo­tów-poci­sków V‑1.

Zasady ope­ro­wa­nia zależne od wyso­ko­ści i warun­ków atmos­fe­rycz­nych szybko oka­zały się być trudne do reali­za­cji. Piloci wie­lo­krot­nie narze­kali na „przy­ja­ciel­ski ogień” z arty­le­rii naziem­nej, nie­świa­do­mie bowiem naru­szali gra­nice strefy. Artylerzyści nie pozo­sta­wali dłużni, żaląc się, że samo­loty RAF utrud­niają im pracę wla­tu­jąc w ich strefę dzia­łań. Wiele maszyn wra­cało do bazy z poważ­nymi uszko­dze­niami spo­wo­do­wa­nymi ogniem wła­snej arty­le­rii. Już 10 lipca 1944 r. zre­zy­gno­wano z luź­nych stref ope­ra­cyj­nych, wpro­wa­dza­jąc wyraźne gra­nice. Zakazano pilo­tom wla­ty­wa­nia w strefę dzia­ła­nia bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych nie­za­leż­nie od pogody i pro­wa­dzo­nego pościgu. Artylerzyści mieli cał­ko­witą swo­bodę dzia­ła­nia, a piloci dzia­łali na wła­sne ryzyko – nawet poja­wie­nie się przy­ja­ciel­skiego samo­lotu prze­chwy­tu­ją­cego umoż­li­wiało dal­sze pro­wa­dze­nie ognia z ziemi.

Przygotowując się do odparcia niemieckiego uderzenia „odwetowego” Brytyjczycy zwiększyli m.in. liczbę posterunków obserwacyjnych w systemie wzrokowego wykrywania i powiadamiania.

Przygotowując się do odpar­cia nie­miec­kiego ude­rze­nia „odwe­to­wego” Brytyjczycy zwięk­szyli m.in. liczbę
poste­run­ków obser­wa­cyj­nych w sys­te­mie wzro­ko­wego wykry­wa­nia i powia­da­mia­nia.

Zaledwie trzy dni póź­niej pod­jęto jesz­cze poważ­niej­szą w skut­kach decy­zję – o relo­ka­cji linii obrony prze­ciw­lot­ni­czej z głębi lądu w stronę wybrzeża. Plan opie­rał się na prze­su­nię­ciu pasa bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych na obszar wybrzeża (St. Margaret’s Bay-Cuckmere Haven) przy jed­no­cze­snym stwo­rze­niu wyło­mów nad obsza­rami zabu­do­wa­nymi w pobliżu Eastbourne, Hastings, Bexhill, Hythe, Folkenstone oraz Dover, a także Beachy Head i Fairlight, gdzie znaj­do­wały się radary o zna­cze­niu stra­te­gicz­nym. Strefa ope­ra­cyjna roz­cią­gała się więc około 9 kilo­me­trów w głąb kanału La Manche i około 4,5 kilo­me­tra w głąb Anglii. Jednocześnie zwięk­szono ilość eskadr samo­lo­tów prze­chwy­tu­ją­cych. W wyniku zmian i coraz częst­szego sto­so­wa­nia nowo­cze­snej ame­ry­kań­skiej amu­ni­cji z zapal­ni­kiem zbli­że­nio­wym zano­to­wano wyraźny wzrost sku­tecz­no­ści w walce z V‑1. W pierw­szym tygo­dniu wyko­rzy­sta­nia radaru i nowej amu­ni­cji bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze znisz­czyły 16 pro­cent wszyst­kich lata­ją­cych bomb; w dru­gim już 24 pro­cent, w trze­cim 40 pro­cent, w pią­tym 55 pro­cent, a w szó­stym aż 74 pro­cent.

Rozmieszczona na wybrzeżu artyleria przeciwlotnicza stanowiła środkowy pas obrony przed samolotami- -pociskami V-1. Dysponowała ona przede wszystkim armatami ciężkimi (94 mm) i lekkimi (40 mm).

Rozmieszczona na wybrzeżu arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza sta­no­wiła środ­kowy pas obrony przed samo­lo­tami-
-poci­skami V‑1. Dysponowała ona przede wszyst­kim arma­tami cięż­kimi (94 mm) i lek­kimi (40 mm).

Częstotliwość ata­ków z wyko­rzy­sta­niem poci­sków V‑1 ule­gała zmniej­sze­niu wraz z kolej­nymi ata­kami bom­bo­wymi oraz postę­pami alian­tów we Francji. Na początku wrze­śnia, kiedy to do Anglii dotarło jedy­nie osiem bomb, ostat­nia wyrzut­nia w rejo­nie Pas-de-Calais została zajęta. Prasa ogło­siła koniec dru­giej „Bitwy o Londyn”. Dowódcy eskadr otrzy­mali infor­ma­cję, że wszyst­kie dzia­ła­nia lot­ni­cze w ramach „Crossbow” zostają prze­rwane. 5 wrze­śnia bły­ska­wicz­nie roze­szła się plotka o kapi­tu­la­cji Niemiec oraz o zwią­za­nym z tym prze­mó­wie­niu Churchilla, które miało odbyć się tego wie­czora. Rozpoczęto świę­to­wa­nie zwy­cię­stwa. Nie było to uza­sad­nione, ataki bowiem kon­ty­nu­owano aż do 29 marca 1945 r.

Według ofi­cjal­nych sta­ty­styk w okre­sie od 12 czerwca 1944 r. do 29 marca 1945 r. bry­tyj­skie wybrzeże prze­kro­czyło 5890 z 8839 wystrze­lo­nych lata­ją­cych bomb, z czego 2563 dotarło do Londynu. Obrona Wysp Brytyjskich znisz­czyła 4262 poci­sków. W Londynie życie stra­ciło 5375 osób, a 15 258 zostało ran­nych. W pozo­sta­łych czę­ściach Wysp Brytyjskich zgi­nęło 462 osób, a 1504 zostało ran­nych.

Atak V‑2

Wydawało się, że wraz z postę­pami alian­tów we Francji pro­blem nie­miec­kiego ostrzału tery­to­rium bry­tyj­skiego prze­sta­nie mieć zna­cze­nie. Pozostając w tym – jak się szybko oka­zało – złud­nym prze­ko­na­niu, wstrzy­mano więk­szość dzia­łań zwią­za­nych z ope­ra­cją „Crossbow”. Siły powietrzne otrzy­mały roz­kaz włą­cze­nia się w wysiłki na fron­cie euro­pej­skim. Złagodzono cen­zurę, zezwa­la­jąc dzien­ni­ka­rzom pisać w ogra­ni­czo­nej for­mie o rakie­tach, które nie nad­le­ciały. Baterie prze­ciw­lot­ni­cze i obser­wa­to­rzy lądowi obni­żyli sto­pień goto­wo­ści. Część per­so­nelu otrzy­mała urlopy. Szybko oka­zało się, że Wielka Brytania raz jesz­cze popeł­niła błąd. Zdobycie wyrzutni we Francji oraz ataki bom­bowe unie­moż­li­wiły Niemcom jedy­nie kon­ty­nu­owa­nie inten­syw­nej kam­pa­nii z uży­ciem lata­ją­cych bomb. Londyn nie doce­nił w nale­ży­tym stop­niu nie­miec­kiej deter­mi­na­cji i zasięgu rakie­to­wych poci­sków bali­stycz­nych, który wyno­sił ponad 320 km, a prze­cież nie wszyst­kie wyrzut­nie w takim pro­mie­niu zostały przez alian­tów zajęte. Szybko oka­zało się, że pomyłka była bar­dzo kosz­towna.

Częstotliwość ataków V-1 na Wyspy Brytyjskie znacznie spadła po zintensyfikowaniu zwalczania wyrzutni przez taktyczne lotnictwo bombowe oraz dzięki szybkim postępom alianckiej ofensywy we Francji.

Częstotliwość ata­ków V‑1 na Wyspy Brytyjskie znacz­nie spa­dła po zin­ten­sy­fi­ko­wa­niu zwal­cza­nia wyrzutni przez tak­tyczne lot­nic­two bom­bowe oraz dzięki szyb­kim postę­pom alianc­kiej ofen­sywy we Francji.

8 wrze­śnia 1944 r. na lon­dyń­ską dziel­nicę Chiswick wprost z nieba runęła wystrze­lona z holen­der­skiej Hagi, a wyce­lo­wana w punkt o kilo­metr na wschód od sta­cji Waterloo, rakieta V‑2, zabi­ja­jąc trzy osoby, a raniąc dwa­dzie­ścia. Straty byłyby zapewne więk­sze, gdyby nie ewa­ku­acja czę­ści lud­no­ści z obawy przed ata­kami lata­ją­cych bomb. 11 domów zostało znisz­czo­nych, a 15 kolej­nych wyma­gało grun­tow­nego remontu. Powstały kra­ter, który został natych­miast zba­dany przez bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich eks­per­tów, miał impo­nu­jącą śred­nicę 10 m. Chwilę póź­niej druga rakieta wybu­chła w Parndon Wood (Epping w hrab­stwie Essex), uszka­dza­jąc drew­niane domki. Rakiety nie zostały wykryte ani przez sta­cje rada­rowe, ani przez obser­wa­to­rów lądo­wych. Dopiero kil­ka­na­ście sekund po deto­na­cji oszo­ło­mieni miesz­kańcy usły­szeli potężny grzmot roz­ry­wa­jący niebo niczym grom, który sygna­li­zo­wał, że poru­sza­jąca się szyb­ciej niż dźwięk rakieta weszła w atmos­ferę. Brak cha­rak­te­ry­stycz­nego war­kotu sta­no­wił oczy­wi­sty dowód, że nie mogła to być lata­jąca bomba V‑1. Chociaż bry­tyj­scy cywile jesz­cze wtedy o tym nie wie­dzieli, ich kraj się stał ofiarą uda­nego stra­te­gicz­nego ataku rakie­to­wego.

Z powo­dów tech­nicz­nych (głów­nie jako efekt nie­do­boru cie­kłego tlenu) ofen­sywa rakie­towa była w swej skali dużo mniej­sza niż ude­rze­nie bez­za­ło­go­wych poci­sków V‑1. Do 16 wrze­śnia na Wielką Brytanię spa­dło jedy­nie 20 rakiet, z czego 10 tra­fiło w obszar sto­licy. Rząd nie infor­mo­wał spo­łe­czeń­stwa – nie demen­to­wał, a nawet ini­cjo­wał plotki o domnie­ma­nych wybu­chach insta­la­cji gazo­wych. Wszystko po to, aby mak­sy­mal­nie odwlec w cza­sie decy­zję o potwier­dze­niu ofen­sywy rakie­to­wej. Zgodnie z reko­men­da­cją woj­ska wła­dze bry­tyj­skie chciały jesz­cze pocze­kać.

Dopiero póź­niej w Izbie Gmin prze­mó­wił Winston Churchill, ofi­cjal­nie potwier­dza­jąc infor­ma­cje na temat nie­miec­kiego ataku rakie­to­wego. Przyznał też, że przed V‑2 nie można ani ostrzec, ani obro­nić. Był to praw­dziwy szok dla Brytyjczyków. Zniesienie zaciem­nie­nia i przy­stą­pie­nie do roz­wią­zy­wa­nia Home Guard miały być prze­cież jasnym sygna­łem, że Wielka Brytania jest już wolna od ataku. Deklaracja Churchilla sta­no­wiła potwier­dze­nie porażki władz, które budo­wały fał­szywe poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Zaledwie kil­ka­na­ście dni wcze­śniej mówiono prze­cież o końcu zagro­że­nia, a teraz rząd był zmu­szony przy­znać, że wojna trwa i w Londynie nadal będą ginąć cywile. W pierw­szym tygo­dniu listo­pada na Londyn spa­dło 12 rakiet V‑2, w dru­gim 15, a w trze­cim już 27. Czarnym dniem był 25 listo­pada, kiedy to jedna tylko V‑2 zabiła 6 osób i raniła 292.

Już 9 wrze­śnia człon­ko­wie Komitetu Szefów Sztabu odbyli naradę, któ­rej celem było usta­le­nie moż­li­wych kro­ków obron­nych prze­ciwko rakie­tom. Do kate­go­rii dzia­łań aktyw­nych zali­czono zakłó­ca­nie radiowe sygna­łów kie­ro­wa­nia, dal­sze stra­te­giczne naloty bom­bowe oraz loty tak­tyczne: ude­rze­nia samo­lo­tów myśliw­skich i bojowe loty roz­po­znaw­cze. Do pozo­sta­łych dzia­łań (pasyw­nych) w ramach dzia­łań prze­ciw­ra­kie­to­wych nale­żały: przy­go­to­wa­nie sys­temu obrony cywil­nej (schrony, ewa­ku­acja, usu­wa­nie szkód) i wykry­wa­nie rakiet bali­stycz­nych (wcze­sne ostrze­ga­nie lud­no­ści cywil­nej, wska­zy­wa­nie miej­sca wystrze­le­nia).

Gabinetowi Wojennemu zasu­ge­ro­wano wów­czas, aby nie infor­mo­wać opi­nii publicz­nej o ataku oraz by nie wpro­wa­dzać zbyt suro­wej cen­zury. Oznaczało to, że sys­tem wcze­snego ostrze­ga­nia lud­no­ści cywil­nej nie powi­nien być uru­cha­miany. Wojskowi prze­strze­gli, że nie­wiele można było w tej mate­rii zro­bić. Przyznano, że sys­tem rada­rowy i nasłu­chowy umoż­li­wiłby ostrze­że­nie lud­no­ści w przy­padku zale­d­wie 1 na 16 ata­ków w Londynie lub w 1 na 6 wypad­ków w innych czę­ściach kraju. Propozycja wysła­nia do Belgii mobil­nego radaru oraz sprzętu detek­cji dźwię­ko­wej spo­tkała się z rezerwą – woj­skowi stali na sta­no­wi­sku, że zanim sto­sowne wypo­sa­że­nie trafi na kon­ty­nent, wyrzut­nie zostaną zajęte przez woj­ska lądowe. Mimo tego nad Holandię wysłano samo­loty roz­po­znaw­cze oraz do wykry­wa­nia i zakłó­ca­nia sygna­łów radio­wych. Zaktywizowano też dzia­ła­nia holen­der­skiego ruchu oporu, który miał natych­miast prze­ka­zy­wać infor­ma­cje zwią­zane z rakie­tami. Pierwsze infor­ma­cje o loka­li­za­cji wyrzutni poja­wiły się trzy dni póź­niej.

O ile przy­go­to­wa­nie obrony pasyw­nej nie sta­no­wiło dużego wyzwa­nia tech­nicz­nego (co naj­wy­żej logi­styczne i finan­sowe), to obrona aktywna – szcze­gól­nie po wystrze­le­niu rakiety – była prak­tycz­nie nie­moż­liwa. Zwalczanie rakiet było czymś cał­ko­wi­cie innym niż prze­chwy­ty­wa­nie poci­sków odrzu­to­wych. V‑2 sta­no­wiła dużo bar­dziej wyra­fi­no­waną kon­struk­cję niż pro­sta tech­nicz­nie V‑1 o sil­niku pul­sa­cyj­nym. Po około 60 s lotu V‑2 osią­gała pręd­kość 1500 m/s. Rakieta następ­nie wytra­cała pręd­kość do około 1100 m/s, osią­ga­jąc pułap powy­żej stra­tos­fery (około 85 km nad zie­mią). Wraz z roz­po­czę­ciem etapu opa­da­nia pręd­kość wzra­stała, po czym znów malała wsku­tek ponow­nego wej­ścia w atmos­ferę. Uderzenie w cel nastę­po­wało z pręd­ko­ścią około 800‑1000 m/s. W przy­padku rakiet lecą­cych na mak­sy­mal­nym dystan­sie 320 km pułap wyno­sił aż 93 km, a czas lotu – rap­tem 5,5 min.

Pierwszym eta­pem obrony było wykry­cie nad­la­tu­ją­cego zagro­że­nia. Stacje rada­rowe połą­czono bez­po­śred­nio z cen­trum reago­wa­nia, które otrzy­mało roz­kaz natych­mia­sto­wego infor­mo­wa­nia sztabu i kie­row­nictw wszyst­kich zaan­ga­żo­wa­nych w obronę prze­ciw­ra­kie­tową służb. W prak­tyce jed­nak zale­d­wie 6 z pierw­szych 20 rakiet zostało wykry­tych, co dawało teo­re­tyczną moż­li­wość powia­do­mie­nia lud­no­ści cywil­nej. Wykrycie było trudne cho­ciażby ze względu na pro­stotę ówcze­snych rada­rów, a także małą sku­teczną powierzch­nię odbi­ja­jącą, która w przy­padku rakiet wynosi zale­d­wie 0,25−0,5 metra kwa­dra­to­wego. Po roz­po­czę­ciu kam­pa­nii V‑2 roz­po­częto dodat­kowe szko­le­nie ope­ra­to­rów, ucząc ich wykry­wa­nia typo­wych dla rakiet śla­dów na rada­rze. Na połu­dniu Anglii roz­miesz­czono dodat­kowe mobilne radary, dzięki czemu powstała gęsta sieć rada­rowa.

Na kon­ty­nen­cie roz­lo­ko­wano spe­cjalną jed­nostkę RAF – MARU (105 Mobile Air Reporting Unit), którą powo­łano w poło­wie wrze­śnia spe­cjal­nie do tej ope­ra­cji. Jej zada­niem było wykry­wa­nie wystrze­lo­nych rakie­to­wych poci­sków bali­stycz­nych, zbie­ra­nie danych o począt­ko­wej fazie lotu (nasłuch radiowy, dane rada­rowe, obser­wa­cja dźwię­kowa i wizu­alna) oraz koor­dy­no­wa­nie prac ele­men­tów sze­roko poję­tej obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej na kon­ty­nen­cie. Używano ana­lo­go­wych kom­pu­te­rów, które potra­fiły obli­czyć tra­jek­to­rię lotu dając szansę wska­za­nia przy­bli­żo­nego miej­sca wystrze­le­nia i prze­wi­dy­wa­nego obszaru eks­plo­zji rakiety. Stworzyło to moż­li­wość ostrze­że­nia lud­no­ści w zagro­żo­nym miej­scu na około 60 s przed eks­plo­zją. Dużo waż­niej­sze było okre­śle­nie miej­sca wystrze­le­nia, jako że umoż­li­wiało to pod­ję­cie próby zbom­bar­do­wa­nia wyrzutni przez lot­nic­two tak­tyczne. Ponieważ jed­nak w prak­tyce wyrzut­nie czę­sto zmie­niały miej­sce, dzia­ła­nia te nie przy­nio­sły ocze­ki­wa­nych efek­tów.

Już latem 1943 r. przy­go­to­wano pro­ce­dury wykry­wa­nia rakiet za pośred­nic­twem sygna­łów dźwię­ko­wych i świetl­nych. Za obser­wa­cję sygna­łów świetl­nych odpo­wie­dzialne były cztery jed­nostki arty­le­rii nad­brzeż­nej pomię­dzy Folkestone i Dover, a za sygnały dźwię­kowe cztery jed­nostki z arty­le­rii pomia­ro­wej obser­wu­jące obszar Calais-Boulogne oraz Abbeville-Fécamp. Na wybrzeżu roz­miesz­czono apa­ra­turę wyko­nu­jącą foto­gra­fie pół­noc­nej Francji oraz balony obser­wa­cyjne. Warto przy tym zauwa­żyć, że Brytyjczykom udało się uchwy­cić na foto­gra­fii smugę kon­den­sa­cyjną jed­nej z rakiet z 8 wrze­śnia oraz nagrać dźwięk obu. Dzięki temu ana­li­tycy stwier­dzili, że rakiety wystrze­lono z Holandii.

Obserwatorzy lądowi, tak sprawni w obro­nie powietrz­nej prze­ciwko Luftwaffe i V‑1, byli teraz cał­ko­wi­cie bez szans. Nie mogli oni wykryć pędzą­cego w gór­nych war­stwach atmos­fery poci­sku. Nawet usły­sze­nie grzmotu rakiety nie dawało szans na reak­cję, jako że był to znak, iż ta jest już daleko. Również i w przy­padku naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nego sce­na­riu­sza – wykry­cia obiektu tuż po jego wystrze­le­niu i okre­śle­nia poten­cjal­nego miej­sca ude­rze­nia – czasu było nie­wiele. Sprawy dodat­kowo nie uła­twiała zapeł­niona alianc­kimi samo­lo­tami prze­strzeń powietrzna latem i jesie­nią 1944 r. Operator radaru musiał w krót­kim cza­sie odróż­nić wła­sny samo­lot od nad­la­tu­ją­cego intruza (co bywało czę­sto prak­tycz­nie nie­moż­liwe z powodu mało pre­cy­zyj­nego sprzętu), usta­lić tra­jek­to­rię lotu i powia­do­mić obronę cywilną i powietrzną. Na ostrze­że­nie miał nie wię­cej niż trzy-cztery minuty, co w prak­tyce ozna­czało, że lud­ność cywilna i tak nie mia­łaby dość czasu na ucieczkę do schro­nów. Nawet jed­nak i tam nikt nie był bez­pieczny, V‑2 bowiem bez trudu prze­bi­jała grube stropy schro­nów.

V-2 była napędzana silnikiem rakietowym na ciekły materiał pędny, miała prędkość 5760 km/h (2880 km/h w momencie uderzenia) i zasięg 320 km (masa startowa 12 500 kg, burzący ładunek bojowy 1000 kg).

V‑2 była napę­dzana sil­ni­kiem rakie­to­wym na cie­kły mate­riał pędny, miała pręd­kość 5760 km/h (2880 km/h w momen­cie ude­rze­nia) i zasięg 320 km (masa star­towa 12 500 kg, burzący ładu­nek bojowy 1000 kg).

Szukając metod aktyw­nego zwal­cza­nia V‑2, Brytyjczycy pod­jęli próbę zakłó­ca­nia radio­wego sygnału kie­ro­wa­nia tą rakietą – cią­gle nie wie­dząc, że pocisk nie jest ste­ro­wany. Żadnych sygna­łów radio­wych, które można byłoby powią­zać z rakie­tami, nie ziden­ty­fi­ko­wano. Po roz­po­czę­ciu ofen­sywy rakie­to­wej na kon­ty­nent prze­ba­zo­wano ame­ry­kań­skie samo­loty B‑24 Liberator oraz B‑17 Flying Fortress, które wypo­sa­żono w sys­temy zakłó­ca­nia sygna­łów radio­wych Jostle IV. Już jed­nak w listo­pa­dzie 1944 r. przy­znano, że ten spo­sób zwal­cza­nia rakiet oka­zał się nie­tra­fiony – podob­nie jak porzu­cony pro­jekt stwo­rze­nia na linii lotu poci­sków potęż­nego pola magne­tycz­nego; ponie­waż do jego wytwo­rze­nia potrzebne byłyby ogromne ilo­ści ener­gii, całą kon­cep­cję uznano za nie­prak­tyczną.

Pierwsza całkowicie udana próba niemieckiego rakietowego pocisku balistycznego V-2 miała miejsce 3 października 1942 r. (start ze stołu startowego, naprowadzanie programowane, żyroskopowe).

Pierwsza cał­ko­wi­cie udana próba nie­miec­kiego rakie­to­wego poci­sku bali­stycz­nego V‑2 miała miej­sce 3 paź­dzier­nika 1942 r. (start ze stołu star­to­wego, napro­wa­dza­nie pro­gra­mo­wane, żyro­sko­powe).

Samoloty prze­chwy­tu­jące, dość dobrze spi­su­jące się w obro­nie przed V‑1, w przy­padku rakiet były cał­ko­wi­cie bez­silne. Jedyną teo­re­tyczną szansę dawało pod­ję­cie próby zestrze­le­nia rakiety tuż po jej star­cie, gdy dopiero nabie­rała pręd­ko­ści. Próbę prze­chwy­ce­nia pod­jął choćby pilot myśliwca Spitfire, który zauwa­żył zmie­rza­jącą w prze­stwo­rza rakietę wystrze­loną z wyrzutni gdzieś w Holandii; V‑2 przy­spie­szyła i odle­ciała. Więcej szczę­ścia miała załoga ame­ry­kań­skiego bom­bowca B‑24 Liberator, powra­ca­ją­cego z dzien­nego nalotu na Niemcy. Przelatującą nad Holandią for­ma­cję bom­bow­ców na wyso­ko­ści 3000 m minęła kie­ru­jąca się w stronę Wielkiej Brytanii rakieta. Jeden z ope­ra­to­rów kara­binu maszy­no­wego zdo­łał zacho­wać zimną krew i zestrze­lił pocisk.
Była to jedyna taka udana próba.

Koncepcja sys­temu prze­ciw­ra­kie­to­wego

Próby zwal­cza­nia V‑2 pod­jęli się także arty­le­rzy­ści. Wstępny plan przed­sta­wiono 25 sierp­nia 1944 r. na posie­dze­niu komi­tetu „Crossbow”. Opierał się on na kon­cep­cji wyko­rzy­sta­nia rada­rów do okre­śle­nia tra­jek­to­rii lotu rakiety bali­stycz­nej. Po jej wska­za­niu bate­rie prze­ciw­lot­ni­cze na tra­sie lotu rakiety miały stwo­rzyć obronę stre­fową z poci­sków prze­ciw­lot­ni­czych. Szacowano, że do znisz­cze­nia jed­nej rakiety konieczne będzie utwo­rze­nie zapory o roz­mia­rach 40 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. Aby to zro­bić, nale­ża­łoby wystrze­lić 320 tys. poci­sków. W zamie­rze­niu odłamki poci­sków miały uszko­dzić pan­cerz czo­łowy rakiety, pro­wa­dząc tym samym do jej znisz­cze­nia. Już na wstęp­nie scep­tycy zauwa­żyli dwa zasad­ni­cze pro­blemy – kwe­stię koniecz­nej sku­tecz­no­ści prze­wi­dze­nia tra­jek­to­rii oraz pro­blem prze­bi­cia się przez pan­cerz prze­chwy­ty­wa­nej rakiety. Pomysł nie zyskał przy­chyl­no­ści komi­tetu „Crossbow”.

Prace stu­dyjne były jed­nak kon­ty­nu­owane. Przedstawiony w stycz­niu 1945 r. plan zakła­dał wykry­cie rakiety na 60 – 75 s przed deto­na­cją, co dawało nie wię­cej niż 15 s na obli­cze­nie tra­jek­to­rii i poin­for­mo­wa­nie bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych w okre­ślo­nym sek­to­rze. Pomysł roz­po­czę­cia testów prak­tycz­nych wsparł mar­sza­łek lot­nic­twa Roderic Hill, stwier­dza­jąc, że to wła­śnie one, a nie wyłącz­nie teo­rie naukowe, pro­wa­dzą do gwał­tow­nego roz­woju i poprawy tech­niki. W stycz­nio­wych zało­że­niach przy­jęto niski – zda­niem auto­rów – wskaź­nik praw­do­po­do­bień­stwa znisz­cze­nia jed­nej na 50 rakiet. System anty­ra­kie­towy miał opie­rać się na dwóch zmo­dy­fi­ko­wa­nych rada­rach: w Aldeburgh (mia­steczko na wybrzeżu Anglii, Suffolk) i Foreness (przy­lą­dek na angiel­skim wybrzeżu w Kent, nie­da­leko ujścia Tamizy). Każdy z nich miał śle­dzić rakietę. W momen­cie, w któ­rym sygnały na obu rada­rach byłyby takie same, ozna­cza­łoby to, że rakieta prze­kro­czyła linię łączącą obie sta­cje.

12 października 1944 r. Hitler wydał rozkaz skoncentrowania ataków V-2 na Londynie i Antwerpii – ważnym porcie, przez który wkrótce miało pójść zaopatrzenie dla alianckich wojsk walczących na kontynencie.

12 paź­dzier­nika 1944 r. Hitler wydał roz­kaz skon­cen­tro­wa­nia ata­ków V‑2 na Londynie i Antwerpii – waż­nym por­cie, przez który wkrótce miało pójść zaopa­trze­nie dla alianc­kich wojsk wal­czą­cych na kon­ty­nen­cie.

W kolej­nej fazie nastę­po­wać miało wyzna­cze­nie pozy­cji rakiety w prze­strzeni oraz wska­za­nie przy­szłego poło­że­nia na tra­jek­to­rii, co tylko w teo­rii było zada­niem łatwym. Nawet bowiem takie same rakiety, o takich samych para­me­trach tech­nicz­nych i miej­scu wystrze­le­nia, mogą posia­dać różne cha­rak­te­ry­styki lotu – odmienną tra­jek­to­rię, wyso­kość i pręd­kość, a nawet inny kąt. Różnić się mogły cho­ciażby cel i zasięg rakiet, usta­lane przez ope­ra­to­rów poprzez okre­śle­nie momentu wyłą­cze­nia sil­nika star­to­wego. Etap prze­chwy­ty­wa­nia pole­gał na stwo­rze­niu kur­tyny odłam­ków, przez które pocisk musi prze­le­cieć, jeśli pro­gnoza oka­zała się pra­wi­dłowa. Siła zde­rze­nia poci­sku z odłam­kami dopro­wa­dzi do jego eks­plo­zji w powie­trzu. Zwolennicy prze­ko­ny­wali, że sku­tecz­ność sys­temu będzie z cza­sem wzra­stać. Stwierdzono m.in., że w wyniku dal­szych mody­fi­ka­cji rada­rów mar­gi­nes błędu wska­zy­wa­nia pozy­cji spad­nie z 300 m (w warian­cie pesy­mi­stycz­nym) do zale­d­wie 70 m, co w ich odczu­ciu pozwo­li­łoby ogra­ni­czyć ilość wystrze­li­wa­nych poci­sków prze­ciw­lot­ni­czych do zale­d­wie 150 na wyso­kość 6100 m. Ostatecznie cała kon­cep­cja nie spo­tkała się z akcep­ta­cją i została odrzu­cona jako nie­warta kosz­tow­nych prób prak­tycz­nych.

Odpowiedzialny za obronę gene­rał Frederick Pile nie rezy­gno­wał i wyko­rzy­stał brak zgody na roz­po­czę­cie testów ope­ra­cyj­nych na to, by popra­wić zało­że­nia. Proponowana nowa metoda okre­śla­nia tra­jek­to­rii pole­gała na wska­za­niu trzech punk­tów: miej­sca wystrze­le­nia, miej­sca odle­głego od Londynu o około 110 km oraz o 95 km. Dzięki temu miało być moż­liwe nie tylko okre­śle­nie dowol­nego punktu tra­jek­to­rii, ale rów­nież punktu ude­rze­nia, co z kolei mogłoby dawać szansę na pod­ję­cie sku­tecz­nej próby prze­chwy­ce­nia (poprzez włą­cze­nie do akcji sta­cjo­nu­ją­cej naj­bli­żej toru lotu bate­rii prze­ciw­lot­ni­czej) i ostrze­że­nia lud­no­ści cywil­nej. Za wska­za­nie punktu wystrze­le­nia odpo­wie­dzialny był spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wany radar Mark V (SCR-584) w holen­der­skim Steenbergen. Jego umiej­sco­wie­nie umoż­li­wiało wykry­wa­nie rakiety w ciągu kilku sekund od jej wystrze­le­nia. Po prze­two­rze­niu danych tra­fia­łyby one w cza­sie rze­czy­wi­stym do obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej Londynu, który miał zostać podzie­lony na sek­tory o boku 2,5 kilo­me­tra. Po wyzna­cze­niu zagro­żo­nych ude­rze­niem sek­to­rów sto­sowne infor­ma­cje byłyby prze­ka­zy­wane do odpo­wied­nich bate­rii prze­ciw­lot­ni­czych, które mogłyby roz­po­cząć zma­so­wany ostrzał okre­ślo­nego miej­sca. Założenia suge­ro­wały, że śred­nia liczba wystrze­lo­nych poci­sków wynio­słaby 200 (od 50 do 500).

Krytycy pod­kre­ślali, że nie ma pew­no­ści, czy tra­fie­nia przy­niosą jakiś efekt. Zdaniem naukow­ców pocisk prze­ciw­lot­ni­czy, a nawet rakieta prze­ciw­lot­ni­cza cha­rak­te­ry­zo­wały się za małą pręd­ko­ścią, aby prze­bić pan­cerz rakiety i dopro­wa­dzić do jej deto­na­cji. Testy nie zostały prze­pro­wa­dzone, a zwy­cię­stwo nad rakie­tami V‑2 zapew­niły naloty bom­bowe i poko­na­nie Niemiec na lądzie. W jesz­cze więk­szym stop­niu niż w przy­padku V‑1 sku­teczną obroną oka­zał się zma­so­wany atak. Przeprowadzane od wrze­śnia 1944 r. powietrzne ope­ra­cje można podzie­lić na cztery zasad­ni­cze kate­go­rie:

  • Zaplanowane ataki na wcze­śniej okre­ślone cele, głów­nie na maga­zyny i składy;
  • Loty roz­po­znaw­cze nad miej­sca, w któ­rych podej­rze­wano ist­nie­nie obiek­tów i insta­la­cji zwią­za­nych z V‑2;
  • Misje ata­ko­wa­nia węzłów kole­jo­wych – uzna­wane za naj­bar­dziej sku­teczne ze wszyst­kich ope­ra­cji powietrz­nych prze­ciwko V‑2;
  • Nocne misje nisz­cze­nia skła­dów zwią­za­nych z V‑2; istotne ze względu na fakt, że więk­szość nie­miec­kich dzia­łań było reali­zo­wa­nych nocą.

W wyniku dzia­łań wywia­dow­czych Brytyjczykom udało się uzy­skać infor­ma­cje na temat spo­so­bów trans­por­to­wa­nia V‑2. Rakiety prze­waż­nie prze­wo­żono spe­cjal­nymi pocią­gami, które wyróż­niały się dużymi roz­mia­rami. Skład trans­por­towy na ogół poprze­dzano dobrze uzbro­jo­nym pocią­giem peł­nią­cym rolę eskorty. Wszystkie takie dostrze­żone kon­woje były ata­ko­wane przez lot­nic­two tak­tyczne, podob­nie jak samo­chody, które rów­nież prze­wo­ziły ele­menty rakiet. Stanowiło to zada­nie trud­niej­sze, Niemcy bowiem poru­szali się głów­nie nocami, sto­so­wali masko­wa­nie, a nawet wyko­rzy­sty­wali znaki Czerwonego Krzyża.

Po krwa­wej dzie­wię­cio­dnio­wej bitwie, 9 listo­pada 1944 r., Niemcy ska­pi­tu­lo­wali na wyspie Walcheren przed bry­tyj­skimi i kana­dyj­skimi siłami. W ten spo­sób zneu­tra­li­zo­wano nie­miecki punkt oporu ochra­nia­jący ujście rzeki Skaldy. Rakiety jed­nak nadal spa­dały. Dwie z nich runęły nie­da­leko sie­dziby Ministerstwa Bezpieczeństwa Krajowego. Następna tra­fiła most kole­jowy, a jesz­cze inna zabiła w lon­dyń­skim Islington 31 osób i raniła 81. Dzień póź­niej wybuch V‑2 w Luton przy­niósł 19 ofiar śmier­tel­nych i 196 ran­nych. W grud­niu 1944 r. pod­jęto decy­zję o zbom­bar­do­wa­niu 18 fabryk pro­du­ku­ją­cych skro­plony tlen. Ponieważ jed­nak aż osiem z nich znaj­do­wało się w Holandii – i to na zamiesz­ka­nym tere­nie – bomby zrzu­cono osta­tecz­nie jedy­nie na dwie fabryki, co nie było wystar­cza­jące do stor­pe­do­wa­nia nie­miec­kiego wysiłku.

Wyczekiwany oddech umę­czo­nemu Londynowi przy­niósł nie suk­ces alian­tów na fron­cie, lecz zaska­ku­jąca kontr­ofen­sywa wojsk nie­miec­kich w Ardenach. Rozpoczęta 16 grud­nia 1944 r. ope­ra­cja miała na celu roz­cię­cie sił alian­tów i zdo­by­cie Antwerpii. W tym celu Niemcy zaprze­stali stra­te­gicz­nych ata­ków bro­nią V na Wielką Brytanię, wyko­rzy­stu­jąc swoje coraz moc­niej ogra­ni­czone środki do raże­nia celów o cha­rak­te­rze bar­dziej tak­tycz­nym. Uderzenie powietrzne skon­cen­tro­wano na bel­gij­skich mia­stach, takich jak Antwerpia czy też będące głów­nym ośrod­kiem logi­stycz­nym dla US Army Liège, które od 20 paź­dzier­nika stało się celem zma­so­wa­nego ataku V‑1 (ope­ra­cja „Ludwig”). Wymusiło to zwięk­sze­nie obrony prze­ciw­lot­ni­czej w tym wła­śnie rejo­nie. W Holandii celem stało się Maastricht. To dało Londyńczykom szansę spę­dze­nia względ­nie spo­koj­nych świąt Bożego Narodzenia. Do końca marca 1945 r. na Antwerpię spa­dło 2248 lata­ją­cych bomb V‑1 i 1712 rakiet V‑2.

Początek marca nie zapo­wia­dał prze­łomu – ilość ata­ków wzra­stała. Konająca III Rzesza nadal bez­li­to­śnie nękała, potę­gu­jąc despe­ra­cję i strach umę­czo­nego Londynu. 3 marca 1945 r. zde­cy­do­wano się jedy­nie na ogra­ni­czony atak z powie­trza. Zamiast bom­bow­ców cięż­kich nad Hagę nad­le­ciały śred­nie B‑25 Mitchell i lek­kie Boston z łącz­nym ładun­kiem 69 ton bomb. Nalot nie przy­niósł ocze­ki­wa­nych efek­tów – zakoń­czył się jedy­nie stra­tami wśród lud­no­ści cywil­nej, co spo­tkało się ze sprze­ci­wem holen­der­skiej amba­sady w Londynie. Ogień prze­ciw­lot­ni­czych był tak silny, że załogi zrzu­ciły bomby jesz­cze przed celem. Niewielki wpływ ope­ra­cji na skalę ataku prze­ciwko Wielkiej Brytanii uka­zują liczby. W okre­sie od 3 do 9 marca 1945 r. odno­to­wano 65 rakiet, z czego 60 pro­cent spa­dło na Londyn.

Likwidacja zagro­że­nia ze strony V‑2 musiała nastą­pić wsku­tek fizycz­nego zaję­cia wszyst­kich wyrzutni. Zanim to się stało, alianci kon­ty­nu­owali naloty, sta­ra­jąc się w ten spo­sób wyeli­mi­no­wać zagro­że­nie. Bomby spa­dały nie tylko na Hagę, ale rów­nież na Duindigt, Ockenburg, Ravelijn i Rust en Vreugd. Mimo to w okre­sie od 10 do 16 marca 1945 r. wystrze­lono 50 rakiet, a pomię­dzy 17 i 23 marca 1945 r. – 62 rakiety V‑2.

Do końca marca 1945 r. na Antwerpię spadło 2248 samolotów-pocisków V-1 i 1712 rakietowych pocisków balistycznych V-2. Na zdjęciu tragiczne skutki wybuchu V-2; Antwerpia, 27 listopada 1944 r.

Do końca marca 1945 r. na Antwerpię spa­dło 2248 samo­lo­tów-poci­sków V‑1 i 1712 rakie­to­wych poci­sków bali­stycz­nych V‑2. Na zdję­ciu tra­giczne skutki wybu­chu V‑2; Antwerpia, 27 listo­pada 1944 r.

22 marca 1945 r. 3. Armia gene­rała George’a Pattona sfor­so­wała Ren, a dzień póź­niej na Antwerpię spa­dła ostat­nia rakieta. Cztery dni póź­niej jed­nostki rakie­towe otrzy­mały roz­kaz natych­mia­sto­wej ewa­ku­acji w głąb Niemiec. Tego też dnia, 27 marca 1945 r., na Wielką Brytanię spa­dła ostat­nia rakieta V‑2 (godzina 16:45, Orpington w Londynie). Nierówna walka została osta­tecz­nie zakoń­czona 3 kwiet­nia 1945 r., kiedy to mar­sza­łek Roderick Hill wstrzy­mał wszyst­kie ope­ra­cje powietrzne wymie­rzone w obiekty w Holandii, a które miały być zwią­zane z rakie­to­wymi poci­skami bali­stycz­nymi i poci­skami odrzu­to­wymi. 13 kwiet­nia radary Home Chain prze­stały wycze­ki­wać na poja­wie­nie się rakiet. 20 kwiet­nia znie­siono ogra­ni­cze­nia lotów w stre­fach ope­ro­wa­nia obrony przed V‑1. Londyn i cała Wielka Brytania były wresz­cie bez­pieczne.

Krajobraz po bitwie

Wielomiesięczna „druga bitwa o Anglię” zakoń­czyła się osta­tecz­nie zwy­cię­stwem Wielkiej Brytanii. Była to jed­nak bata­lia nie­zwy­kle kosz­towna. Działania obronne (zarówno prze­ciw lata­ją­cym bom­bom V‑1, jak i rakie­to­wym poci­skom bali­stycz­nym V‑2) pochło­nęły ponad 48 milio­nów fun­tów. Koszty zwią­zane z usu­wa­niem skut­ków (24 tys. znisz­czo­nych budyn­ków, 52 tys. poważ­nie uszko­dzo­nych) były nie­po­rów­ny­wal­nie więk­sze. Ofiar byłoby z pew­no­ścią wię­cej, gdyby nie wyjazd z Londynu około miliona osób na wła­sny koszt, a także ponad 250 tys. – głów­nie dzieci – zor­ga­ni­zo­wany i sfi­nan­so­wany przez wła­dze. Była to liczba rekor­dowa, nawet bowiem cztery lata wcze­śniej, pod­czas słyn­nego Blitzu, Londyn opu­ściło mniej ludzi. Liczba ofiar nie jest do końca znana i różni się w zależ­no­ści od źró­dła. Dla przy­kładu Winston Churchill podaje, że w Wielkiej Brytanii V‑2 zabiło 2724 osób, a 6476 ciężko raniło.

  • Robert Czulda

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE