Brytyjskie lot­nic­two stra­te­giczne do 1945 r. cz.2

Obraz autorstwa W. Krogmana przedstawiajacy artystyczna wizje nalotu 1000 bombowcow na Kolonie. Ten smialy i nowatorski atak zakonczyl sie ogromnym sukcesem – wielkosc „magicznej” liczby 1000 oraz osiagniete rezultaty musialy dzialac na wyobraznie.

Obraz autor­stwa W. Krogmana przed­sta­wia­jacy arty­styczna wizje nalotu 1000 bom­bow­cow na Kolonie. Ten smialy i nowa­tor­ski atak zakon­czyl sie ogrom­nym suk­ce­sem – wiel­kosc „magicz­nej” liczby 1000 oraz osia­gniete rezul­taty musialy dzia­lac na wyobra­znie.

W stycz­niu 1940 r. RAF wysłały do Francji kil­ka­na­ście dywi­zjo­nów, które utwo­rzyły British Air Force in France (BAFF). Jednocześnie podzie­lono je na Air Component, który miał wspie­rać bry­tyj­ski Korpus Ekspedycyjny oraz Advanced Air Striking Force (AASF), siły które miały sta­cjo­no­wać na fran­cu­skich lot­ni­skach i stwa­rzać stra­te­giczne zagro­że­nie dla Niemiec. To była jed­nak tylko teo­ria…

Każdy w RAF wie­dział, że jed­nostki AASF (osiem dywi­zjo­nów Battle i dwa Blenheim – dodane póź­niej) posia­dają naj­gor­sze i nie­na­da­jące się do dzia­łań stra­te­gicz­nych bom­bowce i nie zostaną tak wyko­rzy­stane, ponie­waż rząd nie wyra­żał cią­gle zgody na bom­bar­do­wa­nia stra­te­giczne. Był to swo­isty „oddział stra­ceń­ców” RAF-u, który pierw­szy miał zostać rzu­cony w ogień walk powietrz­nych na naprawdę dużą skalę. Reszta Bomber Command spo­koj­nie przy­spo­sa­biała się do noc­nych lotów i stała w goto­wo­ści do roz­po­czę­cia stra­te­gicz­nych dzia­łań prze­ciwko nie­miec­kiemu prze­my­słowi. To rów­nież była tylko teo­ria, bo raz, że siły te nie miały po pro­stu takich zdol­no­ści, ale tego jesz­cze ich dowódcy nie wie­dzieli, albo nie chcieli wie­dzieć, a dwa, wymogi na dobre roz­prze­strze­nia­ją­cej się wojny miały stale odcią­gać bom­bowce stra­te­giczne od peł­nego zaan­ga­żo­wa­nia w ich główne zada­nia.
Gdy siły Bomber Command sta­cjo­nu­jące na Wyspach Brytyjskich, palące się do dzia­łań stra­te­gicz­nych, zostały naj­pierw wcią­gnięte w dzia­ła­nia wspie­ra­jące front (atak na trans­port), AASF ata­ku­jąc nie­miec­kie woj­ska i mosty na Mozie wykrwa­wiały się i malały dosłow­nie z dnia na dzień: już 12 maja z wyj­ścio­wej siły 135 maszyn pozo­stało im ich 72, 14 maja zaś, w dniu naj­in­ten­syw­niej­szych dzia­łań, z 71 samo­lo­tów wysła­nych do walki powró­ciło tyko 31… Podobno AM Arthur Barrat, głów­no­do­wo­dzący BAFF, na wieść o tym zalał się łzami (co nie dziwi) – kolejni wyżsi ofi­ce­rzy RAF-u pozna­wali twarde realia nowo­cze­snej wojny powietrz­nej, w któ­rej w walce z dobrze dowo­dzo­nym i zde­ter­mi­no­wa­nym prze­ciw­ni­kiem można było bar­dzo szybko wytra­cić całe swoje siły.
Prawie rów­no­cze­śnie z roz­po­czę­ciem wiel­kiej nie­miec­kiej ofen­sywy w Europie roz­po­częły się rów­nież bry­tyj­skie stra­te­giczne bom­bar­do­wa­nia nie­przy­ja­ciel­skich miast pro­wa­dzone w ramach tzw. nalo­tów pre­cy­zyj­nych. Bomber Command nocą z 11 na 12 maja wysłało nad München Gladbach (obec­nie: Münchengladbach) 37 lek­kich i śred­nich bom­bow­ców, które miały zaata­ko­wać cele prze­my­słowe i trans­por­towe; w nalo­tach tych śmierć ponio­sły cztery osoby, w tym jedna Angielka1. Teraz pozbyły się skru­pu­łów już obie strony – Luftwaffe miała uprzed­nio na sumie­niu strze­la­nie do spa­do­chro­nia­rzy oraz zbom­bar­do­wa­nie Wielunia, Frampola i Warszawy (by wymie­nić tylko te naj­le­piej znane przy­kłady), choć wzglę­dem państw zachod­nich utrzy­my­wała cią­gle „dżen­tel­meń­ską” postawę. Co zaś się tyczy Bomber Command, na przej­ście do tych dzia­łań, które jesz­cze tak nie­dawno uwa­żano za nie­le­galne, zło­żyło się kilka czyn­ni­ków.
Najważniejszym była zmiana rządu w Wielkiej Brytanii, która przy­pad­kowo zgrała się z nie­miecką ofen­sywą na kon­ty­nen­cie. Nowy pre­mier, Winston Churchill, już w cza­sie I wojny świa­to­wej opo­wia­dał się za ata­ko­wa­niem celów prze­my­sło­wych poło­żo­nych w mia­stach. Już 12 maja 1940 r. nowy Gabinet zaczął roz­pa­try­wać zalety roz­po­czy­na­nia „nie­ogra­ni­czo­nej wojny powietrz­nej” i osta­tecz­nie 15 maja upo­waż­nił sir Charlesa Portala do pro­wa­dze­nia dzia­łań stra­te­gicz­nych prze­ciwko nie­miec­kim celom mili­tar­nym, a ten zatwier­dził pla­no­wane w dyrek­ty­wie ataki na cele pali­wowe i kole­jowe. Miano rów­nież nadzieję, że naloty te spro­wo­kują nie­miecki odwet, który ścią­gnie Luftwaffe znad linii frontu we Francji i Holandii nad Wielką Brytanię – tak więc za decy­zją o roz­po­czę­ciu nalo­tów stało rów­nież pra­gnie­nie wpły­nię­cia na sytu­ację we Francji, która z dnia na dzień sta­wała się coraz tra­gicz­niej­sza. Poza tym Churchill uwa­żał, że wojenne dzia­ła­nia Niemców już dały alian­tom „wystar­cza­jące uzasadnienie”2 do odwetu i choć przez cały póź­niej­szy okres strona bry­tyj­ska usil­nie sta­rała się wmó­wić wszyst­kim, że roz­po­czę­cie przez nią nalo­tów było odpo­wie­dzią na kon­tro­wer­syjny nie­miecki atak na Rotterdam z 14 maja, histo­ria poka­zuje, że to wła­śnie ona pierw­sza roz­po­częła na zacho­dzie dzia­ła­nia bom­bowe prze­ciwko mia­stom.
W rze­czy­wi­sto­ści straty lud­no­ści cywil­nej w nalo­cie na Rotterdam się­gnęły około 850‑1000 osób, nie zaś 30 000, jak gło­szono na całym świecie3; poda­nie bar­dzo wyso­kiej liczby ofiar nalotu było nie­wąt­pliwe ele­men­tem wojny pro­pa­gan­do­wej, ale poka­zuje, jak pod­cho­dzono do tej kwe­stii, pobu­dza­jąc wyobraź­nię i nie­po­ko­jąc spo­łe­czeń­stwo.
Tak czy ina­czej nalot ten był dogod­nym uspra­wie­dli­wie­niem dla roz­po­czę­cia ata­ków stra­te­gicz­nych prze­ciwko celom poło­żo­nym na wschód od Renu i w nocy z 15 na 16 maja prze­ciwko nim ruszyło 90 bombowców4 – stra­te­giczna ofen­sywa powietrzna prze­ciwko Niemcom roz­po­częła się na dobre.
Bomber Command nie ogra­ni­czało się jed­nak wyłącz­nie do tego kraju; w nocy z 11 na 12 czerwca, w dzień po tym, jak Włochy wypo­wie­działy wojnę Wielkiej Brytanii, Bomber Command wysłało 36 Whitley’ów nad Turyn z zada­niem zbom­bar­do­wa­nia tam­tej­szych fabryk. Z powodu trud­nych warun­ków atmos­fe­rycz­nych nad Alpami 23 załogi musiały zawró­cić; dzie­więć, które dotarło nad Turyn i dwie, które zapu­ściły się nad Genuę, zoba­czyły te mia­sta cał­ko­wi­cie oświe­tlone, jak w cza­sie pokoju5. Od czasu tego nalotu aż do jesieni 1942 r. Bomber Command pro­wa­dziło jedy­nie bar­dzo ogra­ni­czone dzia­ła­nia powietrzne prze­ciwko wło­skim celom; na nieco więk­szą skalę ope­ro­wały prze­ciwko Włochom siły sta­cjo­nu­jące na Malcie, jed­nak i te dzia­ła­nia miały cha­rak­ter nęka­jący.
Podczas Bitwy o Francję Bomber Command, jak jesz­cze wiele razy w przy­szło­ści, musiało roz­dzie­lić swój wysi­łek mię­dzy atak stra­te­giczny na Niemcy i wspar­cie udzie­lane armiom wal­czą­cym na szybko prze­miesz­cza­ją­cym się fron­cie. Rozbite oddziały Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego (BKE) wyco­fu­jące się w stronę Dunkierki oraz prze­śla­do­wane przez Luftwaffe i nie­miec­kie czo­łówki nie mogły zro­zu­mieć gdzie podział się RAF; nie wie­działy, że AASF już prak­tycz­nie nie ist­niały, a bom­bowce star­tu­jące z Wysp Brytyjskich, poza sto­sun­kowo nie­groź­nymi Blenheimami 2. Grupy, prze­zna­czono wyłącz­nie do dzia­łań noc­nych. Rozgoryczenie żoł­nie­rzy zmniej­szyło się nieco, gdy zoba­czyli metro­po­li­talne dywi­zjony Fighter Command ofiar­nie zaan­ga­żo­wane nad Dunkierką w walki z nie­miec­kimi bom­bow­cami. Te mie­szane uczu­cia miały w kilka mie­sięcy potem prze­ro­dzić się w bez­gra­niczną wdzięcz­ność do tzw. nie­licz­nych – „the Few”. Równocześnie Bomber Command, po ewa­ku­acji BKE z Dunkierki i klę­sce fran­cu­skiego sojusz­nika, miało się stać na kilka naj­bliż­szych lat jedyną bry­tyj­ską for­ma­cją ofen­sywną zdolną do ude­rza­nia w samo serce nie­przy­ja­ciel­skiego kraju.
Po upadku Francji sytu­acja przed­sta­wiała się dla Wielkiej Brytanii naprawdę groź­nie i Bomber Command, ku roz­cza­ro­wa­niu jego głów­no­do­wo­dzą­cego, nie mogło liczyć na to, że będzie się mogło sku­pić na swoim głów­nym zada­niu. W okre­sie Bitwy o Anglię dowódz­two otrzy­mało aż sześć dyrek­tyw, co uka­zuje, jak gorącz­kowy był to okres.
Początkowo głów­nym celem cią­gle pozo­sta­wał prze­mysł pali­wowy, z mniej­szym udzia­łem trans­portu (sta­cje roz­rzą­dowe) i nieco naiw­nymi pró­bami spo­pie­le­nia nie­miec­kich lasów (jakby bra­ko­wało poważ­niej­szych celów). Jednak gdy bitwa przy­bie­rała na inten­syw­no­ści, kolejne dyrek­tywy zaczęły kłaść coraz moc­niej­szy nacisk na cele zwią­zane z nie­miec­kim prze­my­słem lot­ni­czym i to nawet pomimo tego, że już przed wojną wie­dziano, że są one trudne do efek­tyw­nego zaata­ko­wa­nia – samo­loty były na lot­ni­skach dobrze roz­pro­szone i czę­sto oto­czone wałami a fabryki wytwórni lot­ni­czych ulo­ko­wano daleko w głębi Niemiec, stąd trudno je było odna­leźć; ponadto prze­zorni Niemcy już przed wojną każdy zakład pro­duk­cji lot­ni­czej pro­jek­to­wali tak, by jego budynki były roz­pro­szone i tym samym niej wraż­liwe na atak.
Najcenniejszym wkła­dem dowódz­twa, któ­rego rola w tych zma­ga­niach była zde­cy­do­wa­nie pomoc­ni­cza, były nie­wąt­pli­wie dzia­ła­nia pro­wa­dzone prze­ciwko kon­cen­tra­cji barek desan­to­wych gru­po­wa­nych w por­tach kanału La Manche. Tutaj z racji cha­rak­te­ry­styki celów, które były nie­od­le­głe i poło­żone przy linii brze­go­wej, odno­szono naj­więk­sze suk­cesy – nie były to ope­ra­cje o cha­rak­te­rze stra­te­gicz­nym, ale znisz­cze­nie 10 proc. tonażu przy­go­to­wy­wa­nych do desantu jednostek6 już samo w sobie nie jest wcale taką nie­zau­wa­żalną wiel­ko­ścią, a byłoby jesz­cze istot­niej­sze w razie inwa­zji, kiedy liczyłby się każdy prze­wie­ziony oddział i dostar­czona na brzeg tona zaopa­trze­nia. Margines zwy­cię­stwa Fighter Command był nie­wielki i może wła­śnie takiego mar­gi­nesu pozba­wiono by Wehrmacht przez te dzia­ła­nia? Wówczas przez swój efekt dzia­ła­nia te zyska­łyby stra­te­giczny cha­rak­ter, jest to jed­nak tylko hipo­teza.
  • Łukasz Jaśkiewicz

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE