Boulton Paul Defiant

Samoloty mysliwskie Defiant Mk I z 264. Sqn RAF w Kirton-in-Lindsey.

Samoloty mysliw­skie Defiant Mk I z 264. Sqn RAF w Kirton-in-Lindsey.

Chociaż wie­życz­kowy samo­lot myśliw­ski Boulton Paul Defiant oka­zał się „ślepą uliczką” w ewo­lu­cji myśliw­ców, przez co zyskał miano samo­lotu nie­uda­nego i nie­po­trzeb­nego, ode­grał ważną rolę w obro­nie Wysp Brytyjskich.

Koncepcja myśliwca wie­życz­ko­wego była pokło­siem I wojny świa­to­wej. Brytyjczycy, doświad­czyw­szy pierw­szych nalo­tów, szu­kali sku­tecz­nego spo­sobu ich odpie­ra­nia. Ówczesne myśliwce dys­po­no­wały tylko nie­wielką prze­wagą pręd­ko­ści nad bom­bow­cami, przez co, ata­ku­jąc je od tyłu, były zbyt długo wysta­wione na ogień obronny. Stąd wziął się pomysł uzbro­je­nia myśliwca tak, by mógł ata­ko­wać bez nara­ża­nia się na ostrzał.
Ta kon­cep­cja nie była cał­kiem pozba­wiona sensu. Bombowce miały wiele mar­twych pól ostrzału, szcze­gól­nie z boków i od dołu. Niemcy w póź­niej­szym okre­sie z dużym powo­dze­niem sto­so­wali w myśliw­cach noc­nych zamon­to­wane na stałe działka strze­la­jące uko­śnie do góry (tzw. Schräge Musik). Samolot z obro­tową wie­życzką na grzbie­cie teo­re­tycz­nie mógł to samo, tylko lepiej. Utrzymując kurs rów­no­le­gły do prze­ciw­nika i rażąc go pod dowol­nym, opty­mal­nym kątem, w zało­że­niu miał być czymś w rodzaju lata­ją­cej bate­rii prze­ciw­lot­ni­czej.

Quasimodo” Fighter Command

Pierwszym myśliw­cem w służ­bie RAF, który wypo­sa­żono w grzbie­tową wie­życzkę z napę­dem sil­ni­ko­wym, był dwu­pła­to­wiec Hawker Demon. W poło­wie 1935 r. Ministerstwo Lotnictwa, mimo że już zakon­trak­to­wało budowę szyb­kich i sil­nie uzbro­jo­nych myśliw­ców Hurricane i Spitfire, ogło­siło prze­targ, który miał wyło­nić następcę Demona. Zgodnie ze spe­cy­fi­ka­cją F.9/35, ów myśli­wiec miał być cał­ko­wi­cie pozba­wiony uzbro­je­nia do strze­la­nia na wprost – prze­wi­dziano jedy­nie cztery kara­biny maszy­nowe w grzbie­to­wej wie­życzce.
Przetarg wyło­nił dwóch fawo­ry­tów. Pierwszym, z racji doświad­cze­nia w pro­jek­to­wa­niu myśliw­ców, był Hawker. Boulton Paul myśliwce pro­du­ko­wał od 1915 r., ale tylko cudze (m.in. Sopwith Camel i Hawker Demon). Do tego prze­targu wystar­to­wał jed­nak z „asem w ręka­wie” – licen­cją na pro­duk­cję elek­tro-hydrau­licz­nej wie­życzki strze­lec­kiej fran­cu­skiego kon­cernu SAMM, znacz­nie nowo­cze­śniej­szej od ówcze­snych kon­struk­cji bry­tyj­skich. Samolot Boulton Paula, przy­szły Defiant, otrzy­mał ozna­cze­nie P.82. Hawker swój pro­jekt nazwał Hotspur. Oba, na podo­bień­stwo Demona, były kon­struk­cjami jed­no­sil­ni­ko­wymi.
Niedługo póź­niej Ministerstwo Lotnictwa zain­te­re­so­wało się fran­cu­skim dział­kiem Hispano-Suiza kal. 20 mm i zapra­gnęło uzbro­jo­nych weń myśliw­ców – także tych wie­życz­ko­wych. Z tego względu roz­wa­żało rezy­gna­cję ze wszyst­kich samo­lo­tów już pro­jek­to­wa­nych zgod­nie z wcze­śniej­szą spe­cy­fi­ka­cją F.9/35. W sie­dzi­bie kon­cernu Boulton Paul zapa­no­wał popłoch. Realizację pro­jektu P.82 przy­spie­szono, a przed­sta­wi­cieli RAF oszu­ki­wano co do tempa prac, poka­zu­jąc im samo­lot, w któ­rym część wypo­sa­że­nia mon­to­wano tylko na czas ich wizyt w fabryce.
W poło­wie 1937 r. Ministerstwo Lotnictwa ogło­siło kolejny prze­targ na myśli­wiec wie­życz­kowy. Zgodnie ze spe­cy­fi­ka­cją F.11/37, teraz chciało samo­lot dwu­sil­ni­kowy, uzbro­jony w cztery działka kal. 20 mm – wszyst­kie cztery zamon­to­wane w grzbie­to­wej wie­życzce! Boulton Paul, któ­rego pro­jekt P.92 był naj­mniej abs­trak­cyjny (np. Armstrong-Whitworth zapro­po­no­wał samo­lot napę­dzany dwoma wiel­kimi śmi­głami pcha­ją­cymi), tym razem wygrał prze­targ. Projektu już nie zdą­żył zre­ali­zo­wać – w maju 1940 r., w obli­czu nie­miec­kich postę­pów na Zachodzie, kon­trakt anu­lo­wano, po nie­wcza­sie racjo­na­li­zu­jąc pro­duk­cję samo­lo­tów dla RAF.
Te mini­ste­rialne fana­be­rie spo­wol­niły prace nad Defiantem. Prototyp, jesz­cze bez wie­życzki (którą zastą­piono bala­stem), wyko­nał pierw­szy lot w sierp­niu 1937 r. Hotspur, naj­więk­szy kon­ku­rent Defianta, miał jesz­cze więk­sze opóź­nie­nie i osta­tecz­nie ten pro­jekt zarzu­cono. Tym spo­so­bem Boulton Paul został jedy­nym dostawcą myśliw­ców wie­życz­ko­wych dla RAF i kiedy zade­kla­ro­wał, że do wio­sny 1940 r. może wypro­du­ko­wać aż 450 Defiantów, na taką liczbę otrzy­mał zamó­wie­nie. Niedługo póź­niej zwięk­szono je o kolejne 200.
Pierwszy egzem­plarz seryjny został obla­tany w lipcu 1939 r. Próbne walki z Hurricane’ami wyka­zały, że z powodu znacz­nie więk­szego jed­nost­ko­wego obcią­że­nia mocy, podob­nie jak obcią­że­nia jed­nost­ko­wego powierzchni skrzy­deł, w takim star­ciu Defiant nie ma szans. Nic dziw­nego – cho­ciaż był wiel­ko­ści Hurricane’a i napę­dzał go taki sam sil­nik (Rolls-Royce Merlin III), z „gar­bem” wie­życzki ważył o ponad 850 kg wię­cej. Początkowo jed­nak wyda­wało się, że to bez zna­cze­nia. Stworzono go prze­cież do zwal­cza­nia bom­bow­ców, a nie poje­dyn­ków z myśliw­cami. Kiedy jed­nak do nich doszło, to wła­śnie ta „nie­ru­cha­wość” – a nie, wbrew obie­go­wej opi­nii, brak strze­la­ją­cych na wprost kara­bi­nów maszy­no­wych – oka­zała się przy­czyną cięż­kich strat Defiantów. Dla szyb­kiego i sil­nie uzbro­jo­nego prze­ciw­nika, jak Bf 109, były po pro­stu łatwym, bo nie­mal sta­tycz­nym celem.
Kwartet Browningów w wie­życzce roz­sta­wiono na tyle sze­roko, że po jej obró­ce­niu do przodu i opusz­cze­niu luf, kok­pit mie­ścił się mię­dzy nimi. To dawało moż­li­wość strze­la­nia także do przodu – ale tylko uko­śnie do góry (min. pod kątem 16°), ponad tar­czą śmi­gła, gdyż samo­lotu nie wypo­sa­żono w syn­chro­ni­za­tor. Nie mia­łoby to zresztą więk­szego sensu. Karabiny znaj­do­wały się dość daleko z tyłu i zsyn­chro­ni­zo­wa­nie wszyst­kich czte­rech z ruchem obro­to­wym śmi­gła tak, by mogły pro­wa­dzić ogień przez jego krąg, wyma­ga­łoby znacz­nej reduk­cji ich szyb­ko­strzel­no­ści. Mimo to rów­nież pilota wypo­sa­żono w spust kara­bi­nów (ale nie w celow­nik) – zapewne po to, by nie czuł się cał­kiem „bez­bronny”. Dyskomfort strzelca zamknię­tego w cia­snej wie­życzce musiał być jesz­cze więk­szy. Mógł się z niej wydo­stać przez roz­su­wane drzwiczki albo dolny właz. To dru­gie wyj­ście było nie­bez­pieczne, gdyż gro­ziło nadzia­niem się na radiową antenę mie­czową, zamon­to­waną dalej z tyłu w spo­dzie kadłuba (antena cho­wała się auto­ma­tycz­nie dopiero po wypusz­cze­niu pod­wo­zia).

  • Tomasz Szlagor

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE