Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Za udział w wal­kach 1914 – 1915 r. otrzy­mał awans na porucz­nika, a po woj­nie Krzyż Virtuti Militari kl. V.

Nieprawdopodobnie barwny życio­rys. Pierwszy ułan II Rzeczpospolitej, gene­rał Wojska Polskiego, dyplo­mata. We wrze­śniu 1939 r. wska­zany jako następca pre­zy­denta Ignacego Mościckiego po jego inter­no­wa­niu w Rumunii. Jedna z naj­barw­niej­szych postaci II RP. Znany z umi­ło­wa­nia kobiet, koni i hucz­nej zabawy, czym zyski­wał nie­co­dzienną sym­pa­tię jed­nych i nie­skry­waną złość innych, zwłasz­cza prze­ciw­ni­ków obozu sana­cji. Poeta, lekarz medy­cyny, a także dzien­ni­karz (redak­tor naczelny „Dziennika Polskiego” w Detroit). Autor wielu popu­lar­nych powie­dzo­nek, cyto­wa­nych potem sze­roko w całym kraju.

Józef Piłsudski przy­znał kie­dyś w roz­mo­wie z córką, że ze wszyst­kich swo­ich pod­wład­nych naj­bar­dziej lubił Wieniawę-Długoszowskiego. Wypowiedź Komendanta potwier­dzała powszechną opi­nię – Wieniawa ucho­dził za jego ulu­bieńca, w czym nie prze­szka­dzały docie­ra­jące do mar­szałka infor­ma­cje o eks­ce­sach fawo­ryta. Uważano, że to, co innym nie uszłoby bez kon­se­kwen­cji, w przy­padku Wieniawy wzbu­dzało tylko jego uśmiech, ewen­tu­al­nie wes­tchnie­nie rezy­gna­cji. Marszałek prze­ja­wiał wyjąt­kową sła­bość do pierw­szego ułana Rzeczypospolitej, a wady nie prze­sła­niały mu zalet ulu­bieńca.

Bolesław Długoszowski uro­dził się w 1880 r. w Maksymówce w pobliżu Stanisławowa (Galicja Wschodnia), ale dzie­cinne lata spę­dził w Bobowej w oko­li­cach Nowego Sącza. Uczył się we Lwowie i nie były to naj­ła­twiej­sze lata – wspo­mi­nał póź­niej, że wyle­wano go sro­mot­nie ze wszyst­kich po kolei lwow­skich gim­na­zjów. Przyczyną nie­po­wo­dzeń miał być nie­okieł­znany od koły­ski tem­pe­ra­ment i nie­chęć do miste­riów grec­kiej gra­ma­tyki. Oczywiście (według Wieniawy), część winy miała leżeć po stro­nie peda­go­gów, prze­ja­wia­ją­cych bez­względną nie­chęć dla zain­te­re­so­wań spor­to­wych. Zdesperowany Długoszowski tra­fił nawet do słyn­nego z rygo­rów gim­na­zjum jezu­ic­kiego w Chyrowie. W murach tej sza­cow­nej pla­cówki poniósł jed­nak kolejną porażkę (po pro­stu uciekł), a pobyt u jezu­itów do końca życia wyjąt­kowo źle wspo­mi­nał.

Pomimo arty­stycz­nych zain­te­re­so­wań, Bolesław (na żąda­nie ojca) roz­po­czął stu­dia medyczne. Na prze­ło­mie XIX i XX stu­le­cia nie miał zresztą we Lwowie więk­szego wyboru. Politechnika zupeł­nie go nie inte­re­so­wała, a rodzina żądała „uczci­wego” zawodu. Traktował naukę z całą powagą, co nie prze­szka­dzało mu w kon­tak­tach ze świa­tem arty­stycz­nym mia­sta. W miej­sco­wych kawiar­niach poznał: Kasprowicza, Staffa, Micińskiego, Makuszyńskiego, Przybyszewskiego, Zbierzchowskiego. Nie pomi­jał wyda­rzeń kul­tu­ral­nych – został przed­sta­wiony nawet Stanisławowi Wyspiańskiemu, który w 1901 r. przy­je­chał wysta­wić „Wesele”. Obracając się w świe­cie cyga­ne­rii arty­stycz­nej, wyróż­niał się jed­nak rzadko spo­ty­kaną cechą – był cał­ko­wi­tym abs­ty­nen­tem. Demonstracyjnie pijał wodę z sokiem, nie zwra­ca­jąc uwagi na alko­hol.

W 1906 r. Bolesław Wieniawa-Długoszowski ukończył z wyróżnieniem studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, uzyskując dyplom doktora wszechnauk lekarskich.

W 1906 r. Bolesław Wieniawa-Długoszowski ukoń­czył z wyróż­nie­niem stu­dia na wydziale lekar­skim Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, uzy­sku­jąc dyplom dok­tora wszech­nauk lekar­skich.

Wtedy też zawarł swoje pierw­sze mał­żeń­stwo; jego wybranką stała się stu­dentka kon­ser­wa­to­rium, począt­ku­jąca śpie­waczka Stefania Calvas. A po ślu­bie przy­szły ułan pro­wa­dził wyjąt­kowo miesz­czań­ski tryb życia. Asystentura u dwóch lwow­skich pro­fe­so­rów (oku­li­styka), domowe obiady i kola­cje, wypady (z żoną oczy­wi­ście) do kawiarni i teatru. Był to jed­nak wyłącz­nie okres przej­ściowy, Długoszowscy nie zamie­rzali do końca życia pozo­stać we Lwowie. Stefania pla­no­wała dal­szą naukę w Paryżu u Edwarda Reszke, musiała jed­nak ukoń­czyć lwow­skie kon­ser­wa­to­rium.
Nad Sekwaną Bolesław wstą­pił jako wolny słu­chacz na Sorbonę, nie chcąc tra­cić kon­taktu z zawo­dem. Bardziej jed­nak inte­re­so­wało go malar­stwo, ale stu­diu­jąc w Akademii Colarossi szybko zauwa­żył braki swo­jego talentu. Poświęcił się lite­ra­tu­rze: pisał wier­sze, zajął się prze­kła­dami poezji („Kwiaty zła” Baudelaire’a). Coraz wię­cej czasu spę­dzał w pary­skich kawiar­niach. Poznał Ravela, Valery’ego, Vuillarda, Gide’a (a przy oka­zji jesz­cze Trockiego i Erenburga). Wysoko cenił kon­takty z Polakami prze­by­wa­ją­cymi nad Sekwaną (Kisling, Nadelman, Markus, Ostrowski, Zborowski, Żak). Nawet swój image przy­sto­so­wał do arty­stycz­nych wyma­gań:
Zapewne zami­ło­wa­nia pla­styczne – wspo­mi­nał Zygmunt Kamiński – upo­waż­niły go do przy­bra­nia apa­ry­cji mala­rza typu roman­tyczno-deka­denc­kiej bohemy. Długie piękne wijące się w natu­ral­nych lokach włosy o odcie­niu doj­rza­łego kasz­tana spa­dały mu na plecy. Czarna pele­ryna, obszerne som­brero, rów­nie czar­nej barwy, efek­towny fon­taź zawią­zany z arty­styczną fan­ta­zją dopeł­niały stroju.

W pary­skich loka­lach osta­tecz­nie porzu­cił abs­ty­nen­cję – od tej pory był znany jako wiel­bi­ciel trun­ków, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem koniaku. Nie potra­fił docho­wać wier­no­ści mał­żeń­skiej, na co wpływ miał świat pary­skiej cyga­ne­rii, peł­nej pokus zwłasz­cza dla mło­dych męż­czyzn peł­nych tem­pe­ra­mentu. W Paryżu miał oka­zję spraw­dzić dzia­ła­nie swo­jego uroku oso­bi­stego na nie­jed­nej damie.

Chociaż mał­żeń­stwo prze­ży­wało kry­zys, to jed­nak part­ne­rzy wspól­nie miesz­kali, pozo­sta­jąc w przy­ja­znych sto­sun­kach. Wieniawa miał liczne romanse, podobno swoim wdzię­kiem ocza­ro­wy­wał nie­mal wszyst­kie kobiety. Jedną z nie­licz­nych, które pozo­stały odporne na jego urok, była Bronisława Berenson (żona zna­nego adwo­kata i dzia­ła­cza socja­li­stycz­nego Leona Berensona). Co wię­cej, podobno spe­cjal­nie „uświa­da­miała” młode panie o zagro­że­niu, jakie sta­no­wił Długoszowski…

W lutym 1914 r. do Paryża przy­je­chał Józef Piłsudski i Wieniawa zna­lazł się cał­ko­wi­cie pod jego wpły­wem. Początkujący pisarz i nie­do­szły pla­styk z dnia na dzień stał się pol­skim patriotą. Niebawem wyje­chał do Krakowa na kurs ćwi­czebny „Strzelca”, a przed odjaz­dem ure­gu­lo­wał swoje sprawy oso­bi­ste. Zdecydował się na roz­wód; mał­żon­ko­wie bez awan­tur, w przy­jaźni pod­jęli wspól­nie decy­zję o zakoń­cze­niu mał­żeń­stwa.

Tuż przed wybu­chem wojny Długoszowski przy­jął (zgod­nie z zasa­dami kon­spi­ra­cji) pseu­do­nim Wieniawa – od herbu rodziny. Wybrał go oso­bi­ście, co wcale nie było w strze­lec­kim gro­nie normą. Podobno przy­szły gene­rał Stanisław Grzmot-Skotnicki wypeł­niał wnio­ski za sie­bie i dwóch kole­gów, będąc pod wpły­wem alko­holu. Przy swoim nazwi­sku zapi­sał „Grzmot”, Wincentemu Kowalskiemu wpi­sał „Huk”, a dla Tadeusza Osińskiego zare­zer­wo­wał pseu­do­nim „Brzęk”. Szkoda, że wypeł­niał tylko trzy wnio­ski – nie wiemy, jak daleko ponio­słaby go fan­ta­zja, gdyby miał jesz­cze podać kilka innych pseu­do­ni­mów!

Na fron­tach Wielkiej Wojny

Wieniawa-Długoszowski zna­lazł się w skła­dzie słyn­nej Pierwszej Kompanii Kadrowej, która 6 sierp­nia 1914 r. wyru­szyła z kra­kow­skich Oleandrów. Służba w pie­cho­cie nie dawała mu jed­nak peł­nej satys­fak­cji – uwa­żał, że odna­leźć mógł się tylko w sze­re­gach kawa­le­rii. Rychło jed­nak prze­ko­nał się, że tego rodzaju służba wiąże się z pew­nymi uciąż­li­wo­ściami. Posiadane przez niego sio­dło nie było prze­zna­czone do służby fron­to­wej i dotkli­wie odpa­rzył sobie pośladki. Świadkami upo­ko­rze­nia byli nie­dawni kole­dzy z pie­choty – ujrzeli go z opusz­czo­nymi spodniami w rowie, pod­czas gdy lekarz sma­ro­wał jodyną otarte i odpa­rzone czę­ści ciała.

Długoszowski jed­nak szybko zdo­był uzna­nie w gro­nie kawa­le­rzy­stów. Cechowała go odwaga i bra­wura połą­czona z talen­tem orga­ni­za­cyj­nym, spe­cy­ficzna bez­tro­ska i humor. Z zachwy­tem przyj­mo­wano jego pio­senki – oddziały pol­skie cier­piały na defi­cyt reper­tu­aru woj­sko­wego. Wieniawa ukła­dał tek­sty pod melo­die ówcze­snych szla­gie­rów, które bły­ska­wicz­nie zdo­by­wały popu­lar­ność. Większość z nich ule­gła nie­stety zapo­mnie­niu, gdyż ze względu na treść (a także słow­nic­two) nie mogły zostać ogło­szone dru­kiem.

Piłsudski wspo­mi­nał, jak pew­nego dnia ofi­ce­ro­wie (na dużym rau­szu) wypi­sali Wieniawie na kartce wszyst­kie nie­cen­zu­ralne wyrazy, jakie przy­szły im do głowy. Nazajutrz Długoszowski przed­sta­wił tekst pio­senki, gdzie nie bra­ko­wało żad­nego okre­śle­nia, a wszyst­kie miały swoją logikę i sens. Była to słynna pieśń „Szedł raz ułan na wypo­czy­nek”, która natych­miast zyskała ogromną popu­lar­ność. Wieniawa opo­wia­dał, jak pod­czas inspek­cji widział żoł­nie­rzy dyk­tu­ją­cych jej tekst przez tele­fon. Natomiast w kącie izby klę­czał kape­lan legio­nowy ks. Żytkiewicz i nie tylko zasła­niał oczy rękoma, ale rów­nież zaty­kał uszy pal­cami, żeby nawet echo z tej (…) pio­senki do nich nie dole­ciało.

Warto przy­po­mnieć, że Wieniawa jest rów­nież auto­rem refrenu naj­słyn­niej­szej żura­wiejki pol­skiej:
Lance do boju, sza­ble w dłoń!
Bolszewika goń, goń, goń!

Kiedy jed­nak Długoszowski napi­sał iro­niczną pio­senkę o służ­bach pomoc­ni­czych (w pierw­szej zwrotce powta­rzał się zwrot „saper­ska dupa”) inter­we­nio­wał dowódca oddziału. Na pole­ce­nie Piłsudskiego odczy­tano przed fron­tem legio­ni­stów roz­kaz, chro­niący sape­rów od drwin i docin­ków tych, dla któ­rych ciężko pra­cują. Wieniawa oczy­wi­ście nie poniósł żad­nych kon­se­kwen­cji.
Wieniawa miał swoje zda­nie na temat fron­to­wych roz­ry­wek. Zawarł je w dwu­wier­szu:
Nie ubli­żysz swo­jej cno­cie
Gdy się oddasz patrio­cie.
Podobno takie postę­po­wa­nie było zgodne z prze­pi­sami mię­dzy­na­ro­do­wego prawa kawa­le­ryj­skiego!

Ale był to tylko prze­jaw spe­cy­ficz­nego humoru, albo­wiem Długoszowski trak­to­wał wojnę z całą powagą. Podczas cięż­kich walk na Podhalu sku­tecz­nie kie­ro­wał odwro­tem oddziału, który tylko dzięki jego posta­wie prze­pra­wił się przez Dunajec. I cho­ciaż Rosjanie skon­cen­tro­wali na nim ogień dwóch kara­bi­nów maszy­no­wych i kil­ku­set (!) ręcz­nych, Wieniawa nie został nawet dra­śnięty.
Na ener­gicz­nego ułana zwró­cił uwagę Piłsudski i Długoszowski został jego adiu­tan­tem. Nie zaprze­stał jed­nak oso­bi­stego udziału w wal­kach, a szcze­gólną bra­wurą odzna­czył się w lipcu 1915 r. pod Kostiuchnówką na Wołyniu. Dwukrotnie (w biały dzień!) przedarł się konno z mel­dun­kami do oto­czo­nej reduty (tzw. Polskiej Góry) i to w sytu­acji, kiedy inni posłańcy zawró­cili z powodu ognia nie­przy­ja­ciela. Piłsudski po latach powie­dział, że ceni w nim to, że gdy był mus, mógł na niego liczyć bez względu na poło­że­nie. Nie ukry­wał, że to jest czło­wiek, któ­remu ja wie­rzę bez­względ­nie, czło­wiek naj­bar­dziej hono­rowy w armii.

W lipcu 1917 r. w związku z tzw. kry­zy­sem przy­się­go­wym Piłsudski został inter­no­wany w Magdeburgu, nato­miast Wieniawę zde­gra­do­wano i wcie­lono do armii austriac­kiej. Otrzymał przy­dział zgodny ze swoim zawo­dem – został leka­rzem pospo­li­tego rusze­nia w Nowym Sączu. Niebawem prze­nie­siono go do Cieszyna, gdzie objął sta­no­wi­sko ordy­na­tora cho­rób wewnętrz­nych. Nie mając od lat kon­taktu z medy­cyną, postę­po­wał jak rasowy lekarz woj­skowy (od pępka w górę – chi­nina, od pępka w dół – rycyna). Doskonały, lite­racki obraz podob­nej tera­pii przed­sta­wił Jarosław Hašek w „Dobrym wojaku Szwejku” (aspi­ryna i lewa­tywa).

Wojskowa kariera medyczna Wieniawy nie trwała długo. Wiosną 1918 r. zde­zer­te­ro­wał i na pole­ce­nie Edwarda Rydza-Śmigłego udał się do Rosji, ogar­nię­tej komu­ni­styczną rewoltą. Od tej pory już nigdy nie miał nic wspól­nego z prak­tyką lekar­ską.

Rewolucyjne nie­bez­pie­czeń­stwa

Wiosną 1918 r. Rosja była naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nym miej­scem na naszej pla­ne­cie. Bolszewicy wal­czyli ze zwo­len­ni­kami sta­rych porząd­ków, woj­ska nie­miec­kie i austriac­kie oku­po­wały tereny Ukrainy, Białorusi i Litwy, powsta­wały i upa­dały rządy naro­dowe. Na wielu obsza­rach pano­wała dwu-, a nawet trój­wła­dza. Ciągłe zmiany alian­sów, prze­mar­sze wojsk połą­czone z rabun­kiem, mia­sta prze­cho­dzące z rąk do rąk, włó­czące się po kraju bandy dezer­te­rów. A przede wszyst­kim wszech­ogar­nia­jąca anar­chia i ter­ror.

Wieniawa miał nawią­zać kon­takt z gene­ra­łem Stanisławem Hallerem (dowódcą II Brygady Legionów prze­by­wa­ją­cej gdzieś na wscho­dzie) oraz prze­pro­wa­dzić roz­mowy z przed­sta­wi­cie­lami państw alianc­kich na temat aktu­al­nej sytu­acji. Były to zada­nia typowo wywia­dow­cze, a za mniej­sze prze­wi­nie­nia sowieccy cze­ki­ści roz­strze­li­wali podej­rza­nych. Niebezpieczeństwo gro­ziło rów­nież ze strony nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich i wywiadu „bia­łej” Rosji. Długoszowski miał zatem poważne szanse na zakoń­cze­nie eska­pady przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym.

Jesienią 1914 r. został dowódcą plutonu w 1. szwadronie 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich.

Jesienią 1914 r. został dowódcą plu­tonu w 1. szwa­dro­nie 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich.

Pod zmie­nio­nym nazwi­skiem (w prze­bra­niu ukra­iń­skiego chłopa) dotarł do oku­po­wa­nego przez Niemców Kijowa, gdzie spo­tkał kilku zna­jo­mych, któ­rych wojenne losy rzu­ciły nad Dniepr. Niestety tra­fił tam rów­nież na przed­sta­wi­ciela nie­miec­kiego Czerwonego Krzyża, z któ­rym jadł kie­dyś śnia­da­nie w jed­nym z war­szaw­skich hoteli. Niemiec roz­po­znał go i zasko­czony zapy­tał, co adiu­tant Piłsudskiego robi nad Dnieprem, a do tego w takim prze­bra­niu? Wieniawa nie przy­znał się do swo­jej toż­sa­mo­ści, aż zdez­o­rien­to­wany Niemiec zre­zy­gno­wał. Kolejnym pro­ble­mem oka­zała się wizyta w biu­rze ewi­den­cji lud­no­ści, gdzie dopeł­niał obo­wiązku mel­dun­ko­wego. Spotkał tam Ukraińca noszą­cego iden­tyczne nazwi­sko, jak to, któ­rego uży­wał Wieniawa (Mianowski). Długo trwało, zanim Długoszowski wyja­śnił, że nie są ze sobą spo­krew­nieni, a jego słaba zna­jo­mość języka ukra­iń­skiego wynika ze spe­cy­fiki miej­sca, w któ­rym się wycho­wy­wał…

Dzięki zna­jo­mej z Paryża – Izie Gliczance – skon­tak­to­wał się wresz­cie z fran­cu­skim wywia­dem. Pomimo kolej­nych pro­ble­mów (donos wła­ści­cielki kwa­tery do władz oku­pa­cyj­nych – uznała go za fał­sze­rza pie­nię­dzy!) w Masłowie spo­tkał się rów­nież z Hallerem. Nie przy­jął ofia­ro­wa­nego mu dowódz­twa pułku uła­nów, co uchro­niło go przed kon­se­kwen­cjami prze­gra­nej bitwy pod Kaniowem. Największe straty ponio­sła wów­czas kawa­le­ria, zasko­czona i cał­ko­wi­cie roz­bita przez Niemców.

Pod kolej­nym nazwi­skiem prze­do­stał się do Moskwy, kon­ty­nu­ując roz­mowy z człon­kami misji fran­cu­skiej. Podczas wizyty u gene­rała Lavargene’a nie­spo­dzie­wa­nie natknął się na kolejną zna­jomą z Paryża – Bronisławę Berenson. Żona zna­nego adwo­kata, rosyj­ska Żydówka (nazwi­sko panień­skie Klaczkin) była piękną i inte­re­su­jącą kobietą, ale przed laty, nad Sekwaną, nie darzyli się sym­pa­tią. Teraz, w ogar­nię­tej rewo­lu­cją Moskwie, wszystko ule­gło zmia­nie. Według Długoszowskiego wza­jemne zasko­cze­nie zaczęło prze­ra­dzać się w intymną więź, w coś, czego przed laty nie mogli podej­rze­wać:
Moje osłu­pie­nie i jej osłu­pie­nie – wspo­mi­nał – odbiło się na nas obojgu w bli­skiej przy­szło­ści, dowo­dząc nie­zbi­cie, że od zdzi­wie­nia do podziwu jest groź­nie bli­sko, od podziwu zaś do miło­ści już tylko jeden krok.
Co dziwne, pani Berensonowa znała nie­źle dzieje Legionów i zasko­czyła Wieniawę orien­tu­jąc się także w tak­tyce Komendanta. To szcze­gól­nie ujęło Długoszowskiego – zaja­dłego wiel­bi­ciela Piłsudskiego.

Kiedy Wieniawa uznał, że wypeł­nił zada­nie, sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji wyjazdu z Moskwy w wago­nie misji fran­cu­skiej. Bolszewicy jed­nak nie uzna­wali norm cywi­li­zo­wa­nego świata i eks­te­ry­to­rialny wagon został zre­wi­do­wany, a sze­ściu podej­rza­nych „dyplo­ma­tów” (wśród nich było czte­rech pol­skich ofi­ce­rów) aresz­to­wano. Sowieci nie mieli w zwy­czaju pro­wa­dzić dłu­giego śledz­twa i dowódca patrolu zarzą­dził natych­mia­stową egze­ku­cję. O zmia­nie decy­zji zade­cy­do­wało zacho­wa­nie Wieniawy – ten czło­wiek nie tra­cił głowy w naj­gor­szych opre­sjach! Kategorycznie zapro­te­sto­wał prze­ciwko samo­są­dowi i podej­rza­nych odsta­wiono osta­tecz­nie na Łubiankę. To oca­liło życie Polakom, cho­ciaż dwóch aresz­to­wa­nych miało nie prze­żyć sowiec­kiego wię­zie­nia.

Wiadomości o aresz­to­wa­niu Wieniawy dotarły do Polski, gdzie pod­jęto sta­ra­nia o jego uwol­nie­nie. Ignacy Daszyński oso­bi­ście napi­sał do Lenina, Adam Pragier inter­we­nio­wał u Juliana Leszczyńskiego (pseu­do­nim Leński). Tłumaczył, że Wieniawa jest osob­ni­kiem nie­szko­dli­wym, „bir­ban­tem”, nie potra­fią­cym zaj­mo­wać się szpie­go­stwem (co nie było oczy­wi­ście prawdą). W pra­sie poja­wiły się jed­nak infor­ma­cje o egze­ku­cji i zroz­pa­czona rodzina zamó­wiła nawet mszę żałobną w jego inten­cji.

Tymczasem nie­do­szła ofiara rewo­lu­cyj­nego ter­roru nie mar­no­wała czasu w wię­zie­niu. Przewieziony na Tagankę pobie­rał lek­cje angiel­skiego u jed­nego ze współ­więź­niów, pisał pio­senki, ryso­wał por­trety współ­to­wa­rzy­szy nie­doli. Ale z naj­więk­szą nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał wizyt Bronisławy Berenson.

Pani mece­na­sowa odwie­dzała Wieniawę raz w tygo­dniu (na tyle pozwa­lali bol­sze­wicy), prze­sy­łała mu rów­nież paczki żyw­no­ściowe. Coraz bar­dziej inte­re­so­wała się więź­niem, ich zna­jo­mość prze­ra­dzała się w uczu­cie. Bronisława znała oso­bi­ście wielu sowiec­kich dygni­ta­rzy (nie­któ­rzy przed rewo­lu­cją byli klien­tami jej męża), podej­rze­wano nawet, że współ­pra­co­wała z Czeka! Nawet jeżeli było to prawdą, to Dzierżyński i spółka nie byli jedy­nymi jej prze­ło­żo­nymi; praw­do­po­dob­nie była rów­nież agentką wywiadu fran­cu­skiego.

Sprawą Wieniawy zain­te­re­so­wał się oso­bi­ście Feliks Dzierżyński, inter­we­nio­wał rów­nież inny pol­ski komu­ni­sta – Edward Próchnik. Wobec niego Długoszowski miał zresztą oka­zję do rewanżu. Kiedy rok póź­niej Próchnik zna­lazł się na zie­miach pol­skich i gro­ziło mu aresz­to­wa­nie – otrzy­mał wów­czas od Wieniawy dys­kretne ostrze­że­nie o nie­bez­pie­czeń­stwie. Niewykluczone zresztą, że wpływ na zacho­wa­nie obu panów miał fakt, że Próchnik był nie­ślub­nym synem Ignacego Daszyńskiego. Jednakże w innym przy­padku możemy mówić wyłącz­nie o rewanżu Wieniawy za oca­le­nie życia w sowiec­kim wię­zie­niu. Kiedy kilka lat po opi­sy­wa­nych wyda­rze­niach Julian Leński-Leszczyński zastał zamknięte drzwi pod adre­sem kon­tak­to­wym w Warszawie, to natych­miast poje­chał do Wieniawy. Bolesław prze­no­co­wał go, nakar­mił i pomógł wydo­stać się z Polski. Nie zada­wał też żad­nych pytań, cho­ciaż znał przy­czyny pobytu Leńskiego w Polsce. Ale Długoszowski nigdy nie zapo­mi­nał o odda­nych mu przy­słu­gach.

Dzięki przy­chyl­no­ści pol­skich bol­sze­wi­ków Wieniawa oca­lił życie, ale uwol­nie­nie zawdzię­czał wyłącz­nie pani Berensonowej. Bronisława poznała asy­stentkę jed­nego z sze­fów Czeka i poda­jąc się za dele­gatkę Komitetu do Spraw Polskich zażą­dała uwol­nie­nia przy­ja­ciela. Działaczka nie spraw­dziła jej rela­cji, nie­wy­klu­czone, że zade­cy­do­wały oso­bi­ste kon­takty pani Berensonowej i magia nazwi­ska. A może zwy­kły przy­pa­dek, jakie cza­sami zda­rzały się w zamę­cie rewo­lu­cyj­nej anar­chii. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że Bronisława ryzy­ko­wała życiem dla uwol­nie­nia przy­ja­ciela. I to czło­wieka, któ­rego kilka lat wcze­śniej ser­decz­nie nie zno­siła!

Wieniawa przy­znał się ofi­cjal­nie do praw­dzi­wego nazwi­ska i został zwol­niony z Taganki. Zamieszkał u matki Bronisławy, a wobec wyjazdu uko­cha­nej do Francji posta­no­wił rów­nież zakoń­czyć pobyt w Rosji. Pomimo że posia­dał doku­menty upraw­nia­jące go do legal­nego powrotu do Polski, to jed­nak zde­cy­do­wał się na okrężną drogę. Planował podróż przez Finlandię, a osta­tecz­nym celem miał być Paryż. Najwyraźniej zamie­rzał oso­bi­ście podzię­ko­wać Bronisławie za oca­le­nie życia…

W sierpniu 1915 r. w składzie misji specjalnej udał się do Warszawy, zajętej przez wojska niemieckie.

W sierp­niu 1915 r. w skła­dzie misji spe­cjal­nej udał się do Warszawy, zaję­tej przez woj­ska nie­miec­kie.

Tym razem jed­nak szczę­ście mu nie dopi­sało. Opłacony prze­wod­nik został aresz­to­wany za prze­myt i Wieniawa sko­ry­go­wał plany. Ale było już za późno na ofi­cjalną podróż do Polski – doku­menty Długoszowskiego stra­ciły aktu­al­ność. Ostatecznie przedarł się nie­le­gal­nie i 17 listo­pada 1918 r. poja­wił się w Warszawie. Tydzień wcze­śniej do sto­licy przy­je­chał zwol­niony z inter­no­wa­nia w Magdeburgu Józef Piłsudski.

Wojna z bol­sze­wi­kami i dru­gie mał­żeń­stwo

Komendant nie ukry­wał rado­ści na widok ulu­bieńca – poza oso­bi­stą sym­pa­tią miał wobec niego spre­cy­zo­wane zamiary. Uważał, że czło­wiek o takiej inte­li­gen­cji, zna­jący bie­gle kilka języ­ków (sześć nowo­żyt­nych plus łacina i greka), uro­czy świa­to­wiec o arty­stycz­nych zain­te­re­so­wa­niach, jest ide­al­nym kan­dy­da­tem na dyplo­matę. Do tego jesz­cze fan­ta­styczna pre­zen­cja – mar­sza­łek zawsze powta­rzał, że Długoszowski ma twarz jak dyplo­maci, wysoki kler, akto­rzy kine­ma­to­gra­ficzni. Ale Wieniawa bro­nił się przed zmianą zawodu, co Piłsudskiego cza­sami dopro­wa­dzało do pasji.

Podobno powie­dział do Józefa Becka, ciska­jąc czapką:
– Nieszczęście z tym Wieniawą! Mógłby być amba­sa­do­rem, mężem stanu, a on nic, tylko wciąż mnie nudzi, że chce szwo­le­że­rami dowo­dzić!
Aleksandra Piłsudska wspo­mi­nała, że mąż miał kło­pot z Wieniawą, bo chciał go odcią­gnąć od zaj­mo­wa­nia się tylko kawa­le­rią i spra­wami arty­stycz­nego życia Warszawy, ale nie spo­sób było do tego Wieniawy skło­nić.

Ambicje Bolesława się­gały dowo­dze­nia puł­kiem (co naj­wy­żej widział sie­bie na czele dywi­zji kawa­le­rii). Cel swój osią­gnął pod koniec 1926 r., kiedy został mia­no­wany dowódcą I pułku szwo­le­że­rów. Piłsudski infor­mu­jąc go o nomi­na­cji zastrzegł:
– Słuchajcie Wieniawa, macie mi pil­no­wać szwo­le­że­rów, żeby za dużo nie pili!
– Rozkaz, Komendancie! Obiecuję posłusz­nie, że nie będą pili wię­cej ode mnie!
– To mnie wcale tak bar­dzo nie pocie­sza – wes­tchnął z rezy­gna­cją mar­sza­łek.

Wieniawa nie chciał opusz­czać sto­licy, w któ­rej czuł się dosko­nale. Lubił zakra­piane alko­ho­lem imprezy, cza­sami jed­nak tra­cił kon­trolę nad postę­po­wa­niem, co natych­miast pod­chwy­ty­wała prasa. Kiedyś spo­tkał się z wymów­kami od jed­nego z kole­gów, ułana – służ­bi­sty (byli rów­nież i tacy). Wieniawa spo­koj­nie wysłu­chał nudzia­rza i odparł:
– Słuchaj, ty uła­nie z pro­win­cjo­nal­nego pułku. Był kie­dyś taki kawa­le­rzy­sta, który zro­bił dwie rze­czy: raz o zakład po pija­nemu prze­je­chał nago czwórką z Zamku do Mokotowa i z powro­tem, a drugi raz w mun­du­rze mar­szałka Francji wsko­czył do Elstery i uto­nął. A że mu pomnik na placu Saskim posta­wili w koszuli, to nie wia­domo, czy za pierw­sze, czy za dru­gie.

Potem został adiutantem Józefa Piłsudskiego. Od stycznia do 30 marca 1917 r. był słuchaczem Kursu Oficerów Sztabu Generalnego w Warszawie. Jako adiutant Józefa Piłsudskiego brał udział w przygotowaniu wyprawy wileńskiej w 1919 r. i kampanii kijowskiej w 1920 r.

Potem został adiu­tan­tem Józefa Piłsudskiego. Od stycz­nia do 30 marca 1917 r. był słu­cha­czem Kursu Oficerów Sztabu Generalnego w Warszawie. Jako adiu­tant Józefa Piłsudskiego brał udział w przy­go­to­wa­niu wyprawy wileń­skiej w 1919 r. i kam­pa­nii kijow­skiej w 1920 r.

Bolesław i Bronisława pobrali się w paź­dzier­niku 1919 r. Nie obyło się bez kom­pli­ka­cji – w Polsce nie ist­niały jesz­cze śluby cywilne i narze­czeni musieli zmie­nić wyzna­nie. Zostali przy­jęci w poczet wier­nych kościoła ewan­ge­licko-refor­mo­wa­nego (kal­wiń­skiego), idąc w ten spo­sób w ślady mar­szałka Piłsudskiego, który z podob­nych powo­dów został lute­ra­ni­nem. W 1934 r., po śmierci Stefanii Calvas, Długoszowscy wzięli cichy ślub w obrządku kato­lic­kim. Przez wiele lat nato­miast Wieniawa sta­rał się uni­kać poda­wa­nia swo­jego wyzna­nia w ankie­tach per­so­nal­nych.

Ślub Wieniawy wywo­łał wiele komen­ta­rzy wśród jego legio­no­wych przy­ja­ciół. Uważano, że Długoszowski nie jest stwo­rzony do mał­żeń­stwa, co potwier­dzał roz­pad pierw­szego związku. Ostatecznie uznano, że jego ślub był karą za nie­ostrożne obcho­dze­nie się z Bronią!

Bronisława Długoszowska była piękną kobietą, pod­kre­śla­jącą swoją urodę naj­now­szymi tren­dami mody. Jan Lechoń wspo­mi­nał, że Wieniawa pro­me­no­wał się po Alejach z Bronką; wów­czas panią Berenson […] Pamiętam, gdym ich zoba­czył po raz pierw­szy razem, ona pierw­sza chyba w Warszawie w tak krót­kiej sukni, praw­dziwa Sulamitka, jakiś per­ski demon. Żadna ze sto­łecz­nych kobiet nie nosiła podob­nych stro­jów, Bronisława zwra­cała na sie­bie powszechną uwagę. Musiało to odpo­wia­dać Bolesławowi – ten czło­wiek lubił być oglą­dany i podzi­wiany.

Przy oka­zji przy­wią­zy­wał dużą wagę do spraw hono­ro­wych. Pomimo że prawo ofi­cjal­nie zaka­zy­wało poje­dyn­ków, to Długoszowski uwa­żał, że honor kawa­le­rzy­sty wymaga cza­sami takiego roz­strzy­gnię­cia. Kiedy pewien major nazwał go publicz­nie „żydow­skim pachoł­kiem” (z racji pocho­dze­nia żony oraz przy­ja­ciół: Słonimskiego, Lechonia i Tuwima), pano­wie następ­nego dnia spo­tkali się w maneżu szwo­le­że­rów. Zwyciężył oczy­wi­ście Wieniawa, a jego prze­ciw­nik cho­dząc po mie­ście z oban­da­żo­waną głową tłu­ma­czył, że miał wypa­dek samo­cho­dowy. Inna tego rodzaju sprawa miała miej­sce pod­czas rocz­nego kursu w Wyższej Szkole Wojskowej. Potraktowany bru­tal­nie przez pew­nego puł­kow­nika, wysłał mu sekun­dan­tów, a następ­nego dnia zapew­nił dwu­mie­sięczny pobyt w szpi­talu. Spotkało się to z uzna­niem dowódcy szkoły, który pre­zen­to­wał podobną opi­nię na temat honoru kawa­le­rzy­sty.

Na szczę­ście nie każdy spór koń­czył się poje­dyn­kiem – cza­sami wystar­czała sku­teczna, męska inter­wen­cja. Wieniawa nie uni­kał takich sytu­acji, szcze­gól­nie, gdy był zagro­żony honor kobiety. Pewnego wie­czoru na dan­cingu w „Adrii” był świad­kiem bru­tal­nego zaj­ścia – jeden z gości siłą przy­cią­gnął do swo­jego sto­lika miej­scową tan­cerkę. Kelnerzy nie reago­wali na wyda­rze­nia (klient miał do zapła­ce­nia wysoki rachu­nek), nie chcąc stra­cić oka­zji do zarobku. Przed napast­ni­kiem poja­wił się Wieniawa i bez słowa ude­rzył awan­tur­nika. Kiedy ten upadł na pod­łogę, Bolesław sto­jąc na bacz­ność przed ofiarą napa­ści powie­dział po rycer­sku: piękna pani, przej­ście wolne. Goście nagro­dzili ułana owa­cją, a histo­ria stała się gło­śna w całej Warszawie.

W świe­cie arty­stycz­nej Warszawy

Piłsudski doce­niał zna­cze­nie opi­nii publicz­nej, a zna­jo­mo­ści Wieniawy w sfe­rach arty­stycz­nych uwa­żał za bar­dzo pożą­dane. Bolesław z peł­nym bło­go­sła­wień­stwem prze­ło­żo­nego pro­wa­dził bujne życie towa­rzy­skie, a sam Komendant nie raz śmiał się z aneg­dot o ulu­bieńcu.

Kontakty arty­styczne Długoszowskiego się­gały jesz­cze cza­sów lwow­skich i pary­skich, a szcze­gól­nie efek­tywne oka­zało się odno­wie­nie zna­jo­mo­ści z Kazimierzem Wierzyńskim, pozna­nym kilka lat wcze­śniej w Kijowie. Dzięki temu tra­fił do kawiarni „Pod Pikadorem”, gdzie poznał Lechonia, Tuwima i Słonimskiego. Jako jeden z nie­licz­nych miał prawo zasia­dać przy słyn­nym sto­liku arty­stycz­nym na pół­pię­trze w „Ziemiańskiej”, co wię­cej – był tam sta­łym bywal­cem. W emi­gra­cyj­nym poema­cie „Popiół i wiatr” Antoni Słonimski wspo­mi­na­jąc rezy­den­tów lokalu nie mógł oczy­wi­ście pomi­nąć Wieniawy:
Dzwoniąc sza­blą od progu idzie piękny Bolek,
Ulubieniec Cezara i bożysz­cze Polek.

Wieniawa sam pisał (i to nie tylko woj­skowe pio­senki), zde­cy­do­wa­nie nie mie­ścił się w obie­go­wej opi­nii o zawo­do­wych woj­sko­wych. Wystarczy porów­nać jego wier­sze (czy też prze­kłady) z pró­bami lite­rac­kimi kole­gów z armii. Skamandrytom impo­no­wał ten zawa­diacki kawa­le­rzy­sta, lubili poka­zy­wać się w jego towa­rzy­stwie. Do per­fek­cji ten sys­tem dopro­wa­dził Julian Tuwim, który spe­cjal­nie wycią­gał Wieniawę z „Ziemiańskiej” do pobli­skiego barku, aby być widy­wa­nym z Bolesławem. Dzięki temu uwa­żano, że jest bli­skim przy­ja­cie­lem Długoszowskiego, co cza­sem rodziło nie­po­ro­zu­mie­nia.

W „Ziemiańskiej” Długoszowski poznał naj­waż­niej­sze posta­cie świata kul­tu­ral­nego sto­licy. Stolik na pół­pię­trze odwie­dzali: Boy-Żeleński, Marian Hemar, Franz Fiszer, Fryderyk Jarossy, Adolf Dymsza, Zula Pogorzelska, Irena Krzywicka i wielu innych. W tym towa­rzy­stwie uczest­ni­czył w naj­waż­niej­szych wyda­rze­niach towa­rzy­skich i kul­tu­ral­nych w sto­licy. Na tle fra­ków i ele­ganc­kich toa­let efek­tow­nie pre­zen­to­wał się jego mun­dur (począt­kowo puł­kow­nika, póź­niej gene­rała) i buty z ostro­gami.

Wieniawa bowiem bły­ska­wicz­nie awan­so­wał. Z Rosji powró­cił w stop­niu rot­mi­strza, 1 stycz­nia 1920 r. otrzy­mał sto­pień majora, a we wrze­śniu awans na pod­puł­kow­nika. Przestał też peł­nić obo­wiązki adiu­tanta mar­szałka, prze­cho­dząc do Sztabu Generalnego WP. Nie ozna­czało to oczy­wi­ście roz­luź­nie­nia więzi łączą­cej go z Piłsudskim. Praktycznie do końca życia mar­szałka zacho­wał decy­du­jący wpływ na obsadę sta­no­wisk adiu­tan­tów, czę­sto rów­nież wypeł­niał oso­bi­ste pole­ce­nia komen­danta. Nie był też zachwy­cony swoją nomi­na­cją gene­ral­ską (gru­dzień 1931 r.), bo to ozna­czało rezy­gna­cję z dowódz­twa I puł­kiem szwo­le­że­rów. Jak wspo­mi­nał Józef Beck: dzień, w któ­rym Wieniawa musiał przy­wdziać mun­dur gene­ral­ski, był dla niego dniem peł­nym melan­cho­lii. Coś z życia uby­wało mu bez­pow­rot­nie razem z pro­por­czy­kami szwo­le­że­rów.

Wieniawa kochał armię, kawa­le­rię, ale nie był bez­kry­tycz­nym fana­ty­kiem woj­sko­wo­ści. Podczas wspo­mnia­nego kursu w Wyższej Szkole Wojskowej uwa­żał, że nie­które zaję­cia są po pro­stu kosz­mar­nie nudne. Czy raso­wego kawa­le­rzy­stę mogły zain­te­re­so­wać żmudne wyli­cze­nia doty­czące ilo­ści potrzeb­nego drutu kol­cza­stego, koł­ków i dłu­go­ści oko­pów? Ironicznie mówił, że wła­ściwy wynik można otrzy­mać mno­żąc datę uro­dze­nia przez numer tele­fonu. Nic zatem dziw­nego, że pew­nego dnia fran­cu­ski ofi­cer pro­wa­dzący wykład zauwa­żył, że Długoszowski czyta coś pod ławką. Niespodziewanie pod­szedł i wyjął mu z ręki numer „Nouvelles Litteraires”. Wówczas oka­zało się, że fran­cu­ski saper był rodzo­nym bra­tem Marcela Prousta, a w cywilu kry­ty­kiem. Od tej pory pano­wie spę­dzali wiele czasu razem, a kole­dzy Wieniawy nie mogli się nadzi­wić jego nagłemu zain­te­re­so­wa­niu dla pro­ble­ma­tyki służb saper­skich…

K jak koniak

Gdyby cho­ciaż połowa aneg­dot o Długoszowskim była praw­dziwa, to ten czło­wiek nigdy nie zro­biłby kariery w kawa­le­rii. Po pro­stu ze zmę­cze­nia nie utrzy­małby się w sio­dle. Anegdoty wymy­ślano przy kawiar­nia­nych sto­li­kach, nazwi­sko Wieniawy dołą­czano do histo­ry­jek już zna­nych, auto­rem nie­któ­rych histo­rii był sam Bolesław. Ale nie ma dymu bez ognia; tryb życia Długoszowskiego upo­waż­niał do powsta­wa­nia naj­roz­ma­it­szych opo­wie­ści na jego temat. Powszechne zdzi­wie­nie wzbu­dzała nie­praw­do­po­dobna kon­dy­cja fizyczna fawo­ryta Piłsudskiego. Wieniawa nie był mło­dzień­cem, ukoń­czył już 40 lat, miał za sobą wojnę i sowiec­kie wię­zie­nie. Widywano go jed­nak regu­lar­nie w loka­lach, nie uni­ka­ją­cego alko­holu i tańca – trudno było uwie­rzyć, że pełni nor­malną służbę.

Z dniem 1 sierpnia 1923 r., po wycofaniu się Józefa Piłsudskiego z życia publicznego, został przeniesiony w stan nieczynny na okres jednego roku.

Z dniem 1 sierp­nia 1923 r., po wyco­fa­niu się Józefa Piłsudskiego z życia publicz­nego, został prze­nie­siony w stan nie­czynny na okres jed­nego roku.

Śniadania naj­czę­ściej jadał w hotelu „Europejskim”, obiady w jed­nej z dwóch restau­ra­cji (Simona i Stockiego lub Langnera). Zaglądał na kawę do „Ziemiańskiej”, na kola­cję szedł do „Astorii” przy Nowym Świecie. Inaczej bywało, kiedy odwie­dzał teatry i kaba­rety (z żoną, samot­nie lub w gro­nie przy­ja­ciół). Wówczas koń­czył wie­czór na dan­cingu w „Oazie” lub „Adrii”. Obowiązki zawo­dowe mógł wyko­ny­wać wyłącz­nie pomię­dzy śnia­da­niem i obia­dem, ewen­tu­al­nie wcze­śnie rano, przed wizytą w „Europejskim”.

Uchodził przy tym za wiel­bi­ciela „trzech K” – koni, koniaku i kobiet. Jego miłość do zwie­rząt pozo­stawmy na boku, bar­dziej inte­re­su­jące jest upodo­ba­nie do koniaku i pięk­nych nie­wiast. Co tu ukry­wać: Długoszowski regu­lar­nie nad­uży­wał trun­ków, prze­ja­wiał zresztą pod tym wzglę­dem nie­spo­ty­kaną odpor­ność fizyczną. Lubił alko­hol, dobrze czuł się w atmos­fe­rze ban­kietu czy dan­cin­go­wej sali. Z dru­giej strony jed­nak nie mógł prak­tycz­nie poka­zać się w miej­scu z wyszyn­kiem, aby nie speł­nić kilku nie­za­pla­no­wa­nych kole­jek. Tylu bie­siad­ni­ków chciało się napić ze słyn­nym uła­nem! Swoje dorzu­cała rów­nież obsługa lokalu; rząd kie­lisz­ków przed Wieniawą rósł w szyb­kim tem­pie. Uważano, że to alko­hol szuka jego, a nie on alko­holu, ale nie miał zwy­czaju (czy też nie potra­fił) odma­wiać. W jed­nej dłoni (pomię­dzy pal­cami) potra­fił jed­no­cze­śnie utrzy­mać trzy kie­liszki wódki i kolejno je opróż­nić, nie uro­niw­szy nawet kro­pli! Nic dziw­nego, że zda­rzały się wiel­kie huczki o póź­nych godzi­nach wie­czor­nych na mie­ście.

Nie wia­domo, który z wybry­ków nie­sfor­nego szwo­le­żera dotarł wresz­cie do Piłsudskiego i kiedy zde­ner­wo­wany mar­sza­łek wezwał go do sie­bie. Wieniawa wie­dząc, że tym razem może ponieść kon­se­kwen­cje swo­jego zacho­wa­nia, posta­no­wił prze­chy­trzyć prze­ło­żo­nego. Stawił się przed nim we fraku (czy też smo­kingu) zamiast w mun­du­rze. Kiedy roz­wście­czony komen­dant zapy­tał, co to za maska­rada, wów­czas wino­wajca wyja­śnił:
– Komendancie. Melduję posłusz­nie: wiem, żem ciężko zawi­nił i powi­nie­nem dostać po pysku od Komendanta. Ale ponie­waż bar­dzo sza­nuję swój mun­dur, przeto ubra­łem się we frak. We fraku jakoś łatwiej to wytrzy­mam. Tym bar­dziej, że jak już mam dostać ten tak zwany cylin­der, to jestem w odpo­wied­nim stroju.

Piłsudski mach­nął z rezy­gna­cją ręką i sprawa została zakoń­czona.
Niestety nie jest praw­dziwa aneg­dota opo­wia­da­jąca, że Wieniawa wje­chał konno do „Adrii”. Zapewne gdyby była taka moż­li­wość, to uczy­niłby to bez waha­nia, nie­stety lokal nie był do tego przy­sto­so­wany. Wejście było tak wąskie i niskie, że nie zmie­ściłby się tam nawet Pigmej na kucyku. Wieniawa nie był rów­nież auto­rem przy­pi­sy­wa­nego mu zda­nia wypo­wie­dzia­nego rze­komo w drzwiach „Adrii” po suto zakra­pia­nym ban­kie­cie: Panowie, żarty się skoń­czyły, zaczy­nają się schody. Autorem tej wypo­wie­dzi był aktor Józef Węgrzyn i doty­czyło to zupeł­nie innego miej­sca (acz­kol­wiek oko­licz­no­ści się zga­dzały). Natomiast prawdą są opo­wie­ści o wyczy­nach Długoszowskiego w pod­rzęd­nych loka­lach. Dancingi koń­czyły się o czwar­tej rano, panie odwo­żono do domów, a imprezę nale­żało gdzieś kon­ty­nu­ować. Wieniawa czę­sto wów­czas odwie­dzał słynny szynk „U Joska” na Gnojnej, czy inne tego rodzaju miej­sca. Zajeżdżał z kom­pa­nami dorożką, oso­bi­ście powo­żąc, mając na gło­wie kasz­kiet zabrany woź­nicy. Powracał z jesz­cze więk­szym szy­kiem, trzema doroż­kami. W pierw­szej jechał oso­bi­ście, w dru­giej jego sza­bla, a w trze­ciej ręka­wiczki.

Wieniawa nie był jed­nak wyjąt­kiem – wystar­czy przy­po­mnieć alko­ho­lowe eska­pady ówcze­snych gwiazd aktor­skich. Stefan Jaracz miał zami­ło­wa­nie do pokera, alko­holu i włó­czę­go­stwa. Odwiedzał naj­gor­sze spe­lunki, gdzie w betach, w cuch­ną­cym bru­dzie odby­wało się pijań­stwo z chle­bem i kieł­basą. Kiedyś zagi­nął w oko­li­cach Wilna, pod­czas strasz­li­wych mro­zów; odna­le­ziono go wycień­czo­nego dopiero po kilku dniach na jed­nym z komi­sa­ria­tów. Józef Węgrzyn lubił zacho­dzić do podej­rza­nych lokali, gdzie nie gar­dził zwy­kłym bim­brem, a już po woj­nie alko­ho­lizm dopro­wa­dził go do schi­zo­fre­nii.

1 listopada 1924 r. skierowany na roczny Kurs Doszkolenia w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie.

1 listo­pada 1924 r. skie­ro­wany na roczny Kurs Doszkolenia w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie.

Sposób na uspo­ko­je­nie nie­sfor­nego kawa­le­rzy­sty zna­lazł wresz­cie Piłsudski. W 1928 r. mia­no­wał go dowódcą gar­ni­zonu war­szaw­skiego. Marszałek uznał, że w sto­licy prze­bywa zbyt dużo „roga­tych dusz” w mun­du­rach, co fatal­nie wpływa na dys­cy­plinę i repu­ta­cję armii w spo­łe­czeń­stwie. Według komen­danta spa­cy­fi­ko­wać sytu­ację mógł wyłącz­nie naj­więk­szy hulaka z tego grona, czyli Wieniawa. I ten nie zawiódł – natych­miast prze­stał pić, wpro­wa­dził ostre rygory, ale był roz­sąd­nym prze­ło­żo­nym. Wielokrotnie bro­nił swo­ich pod­opiecz­nych, szcze­gól­nie w przy­pad­kach nad­uży­wa­nia alko­holu. Wspaniałą histo­rię opo­wia­dał na ten temat major (póź­niej puł­kow­nik) Marian Romeyko. Został kie­dyś aresz­to­wany na ulicy za nie­od­da­nie hono­rów przed sztan­da­rem wiszą­cym na budynku rzą­do­wym Będąc pod wpły­wem alko­holu, aresz­tu­ją­cemu go żan­dar­mowi pole­cił iść przo­dem, gro­żąc, że zastrzeli go jak psa. Wieniawa zwol­nił wszyst­kich zatrzy­ma­nych (było ich kil­ku­dzie­się­ciu), prze­pra­sza­jąc za nie­po­ro­zu­mie­nie. Romeykę wziął jed­nak na bok:
– Pana sprawa, panie majo­rze, jest bar­dziej skom­pli­ko­wana, gdyż pan zagro­ził zastrze­le­niem sier­żanta żan­dar­me­rii w służ­bie… To bar­dzo poważne… To bar­dzo poważne… Muszę jed­nak wyro­zu­mieć pana słuszne obu­rze­nie… Być może ja sam na pana miej­scu ina­czej bym nie postą­pił! Drogi majo­rze! Musisz pan jed­nak zro­zu­mieć, że nie umiał pan się opa­no­wać, co było świę­tym pana obo­wiąz­kiem… Biorę to panu za złe… Lecz z dru­giej strony – ma pan rację! Co, do cho­lery! Sztabowego ofi­cera, kawa­lera Virtuti, ma pro­wa­dzić do aresztu jakaś żan­darm­ska łachu­dra? Przenigdy! W mordę skur­wy­syna! Nie, nie prze­pra­szam…. nie można… to bydlę jest w służ­bie… Co mam z panem zro­bić? Chyba jedno, podać panu rękę i życzyć, aby pana w życiu podob­nego rodzaju przy­goda już nie spo­tkała. A z tym zasra­nym rapor­tem na pana dam sobie jakoś radę.

Po dwóch latach Wieniawa odszedł ze sta­no­wi­ska komen­danta mia­sta, co przy­jął jak wyzwo­le­nie. Znów mógł się oddać ulu­bio­nemu try­bowi życia, który trwał aż do powo­ła­nia go na amba­sa­dora w Rzymie w 1938 r.

K jak kobiety

Wieniawa był wiel­bi­cie­lem płci pięk­nej, nigdy nie zacho­wy­wał się jak wierny mał­żo­nek. Podobnie jed­nak jak w przy­padku skłon­no­ści do alko­holu, legenda znacz­nie prze­wyż­szała rze­czy­wi­stość. Długoszowski miał liczne romanse, ale nie w takiej ilo­ści, jak suge­ro­wano. Otoczony gro­nem pięk­nych kobiet nie pozo­sta­wał odporny na ich wdzięki. Obrońcy Wieniawy sta­rali się przed­sta­wić go w sytu­acji męż­czy­zny wręcz zaszczu­tego przez żądne przy­gód damy, przed któ­rymi cza­sami (?) kapi­tu­lo­wał. Nie było to oczy­wi­ście zgodne z prawdą – ulu­bie­niec Piłsudskiego nie był wcale nie­zdo­bytą twier­dzą. Pokazywał się jed­nak publicz­nie z róż­nymi paniami, co wzbu­dzało plotki. Chcąc tego unik­nąć, cza­sami zapra­sza­jąc kobietę na kola­cję zabie­rał ze sobą któ­re­goś z przy­ja­ciół w roli przy­zwo­itki. Sam był w spra­wach intym­nych czło­wie­kiem bar­dzo dys­kret­nym i nie miał w zwy­czaju chwa­lić się swo­imi pod­bo­jami. To jesz­cze bar­dziej wzma­gało zain­te­re­so­wa­nie jego życiem ero­tycz­nym; łączono jego nazwi­sko z wie­loma kobie­tami.

Kiedy jeden z przy­ja­ciół Słonimskiego skar­żył się, że Bolesław ode­brał mu damę serca, pan Antoni odparł z uśmie­chem, że prze­cież Wieniawa to siła wyż­sza. Romans ze słyn­nym uła­nem ozna­czał nobi­li­ta­cję towa­rzy­ską, co rodziło cza­sem zabawne nie­po­ro­zu­mie­nia. Niejedna dama przed­sta­wiała się jako „kuzynka” gene­rała, co dopro­wa­dzało go do szew­skiej pasji. Podobno kie­dyś w dro­dze do Bobowej dowie­dział się na komen­dzie w Nowym Sączu, że poprzed­niego dnia zja­wiła się tam jego „kuzynka” i zażą­dała dla sie­bie samo­chodu służ­bo­wego. Wieniawa ziry­to­wany wykrzyk­nął:
– Aresztować wszyst­kie, które podają i będą się poda­wać za moje kuzynki!!!

Bronisława Berenson – druga żona Bolesława (pierwszą była śpiewaczka operowa Stefania Calvas).

Bronisława Berenson – druga żona Bolesława (pierw­szą była śpie­waczka ope­rowa Stefania Calvas).

Anegdoty o Długoszowskim są jed­nak inte­re­su­jące i warto kilka z nich przy­to­czyć. Jedna z cie­kaw­szych histo­ry­jek podobno miała mieć miej­sce w Zakopanem. Wieniawa wyszedł z lokalu nocą w towa­rzy­stwie pew­nej pani i na ulicy pod latar­nią zde­cy­do­wa­nie oka­zy­wał jej swoje względy. Kobieta nieco się opie­rała, aż wresz­cie wes­tchnęła:
– Ależ już dobrze Bolciu, tylko zgaś lampę.
Innym razem Długoszowski miał udać się ze swoją suczką na umó­wione spo­tka­nie z prze­zna­czo­nym jej part­ne­rem tej samej rasy. Oczywiście wycho­dząc z domu zało­żył swój galowy mun­dur, na który narzu­cił pele­rynę. Pod wska­za­nym adre­sem powi­tała go przy­stojna dama, która zażą­dała 200 zł za usługi swo­jego pupila. Wieniawie cena wydała się wygó­ro­wana i zapy­tał o przy­czyny. Dama zaczęła tłu­ma­czyć:
– Mój pies jest wyjąt­kowo pięk­nym egzem­pla­rzem, dosko­nale zbu­do­wa­nym, wie­lo­krot­nym meda­li­stą.
Wieniawa bez słowa zdjął pele­rynę i wypro­sto­wał się, poka­zu­jąc rząd odzna­czeń na piersi:
– Ja od pani nie wziął­bym ani gro­sza.
Zapewne apo­kry­fem jest opo­wieść o pew­nej damie, która na ban­kie­cie ado­ro­wała Wieniawę, opi­su­jąc swój ideał kochanka. Wszystko paso­wało do Długoszowskiego, ale pod­nie­cona alko­ho­lem dama tłu­ma­czyła rów­nież swoje ocze­ki­wa­nia pod kątem intym­nej ana­to­mii męż­czy­zny (a były dość wygó­ro­wane). Wreszcie znu­dzony Wieniawa pozbył się wiel­bi­cielki, infor­mu­jąc z uśmie­chem, że nie skróci o połowę żad­nej czę­ści ciała!!!

Jego eks­ce­len­cja amba­sa­dor RP

W 1938 r. Długoszowski otrzy­mał nomi­na­cję na amba­sa­dora w Rzymie. Wprawdzie twier­dził, że wyjeż­dża­jąc ze sto­licy czuje się jak nie­za­mężna panna przed poro­dem, ale jed­nak bez żalu opusz­czał Warszawę. Po pro­ce­sie brze­skim roz­luź­niły się dawne więzi ze świa­tem arty­stycz­nym, nie żył już uwiel­biany Komendant. Wyjazd na pla­cówkę nie mógł się jed­nak odbyć bez skan­dalu, przy­po­mi­na­ją­cego jego dawne wybryki. Kiedy wśród żegna­ją­cych go na dworcu dostrzegł Adolfa Dymszę, wykrzyk­nął Adolfie, nigdy Ci tego nie zapo­mnę! A było to nie­ba­wem po anschlus­sie Austrii i słyn­nej depe­szy Hitlera do Mussoliniego (Duce, nigdy Ci tego nie zapo­mnę). Już w Rzymie zadzi­wił mistrza cere­mo­nii na kró­lew­skim dwo­rze, kiedy do wie­czo­ro­wego stroju zakła­dał ostrogi.
Po obję­ciu sta­no­wi­ska ponow­nie zre­zy­gno­wał z alko­holu i dosko­nale spraw­dził się w służ­bie dyplo­ma­tycz­nej. Podczas przy­jęć w pol­skiej amba­sa­dzie zachę­cał do spo­ży­cia trun­ków, sam pija­jąc jed­nak wyłącz­nie her­batę. Podobno wypeł­niał w ten spo­sób zale­ce­nie Józefa Becka, który przed wyjaz­dem pole­cił mu, aby nie dał się Włochom nabić w butelkę!
W Rzymie odna­lazł się w roli ojca i męża. Ten zbli­ża­jący się do sześć­dzie­sią­tego roku życia męż­czy­zna zna­lazł wresz­cie czas dla rodziny. Narzucił sobie ostry reżim pracy – nie było w nim miej­sca na eska­pady towa­rzy­skie, zna­lazł nato­miast dużo czasu dla żony i córki. Z daw­nych kawa­le­ryj­skich upodo­bań pozo­stała mu wyłącz­nie codzienna, poranna jazda konna (plus ostrogi przy spodniach).
Pod dostoj­nym stro­jem krył się jed­nak dawny ułan. Kapitalną histo­rię przy­to­czył Marian Romeyko – atta­che woj­skowy w Rzymie w cza­sach Wieniawy. Otóż pew­nego dnia pan Marian, nie zwra­ca­jąc uwagi na swój wiek i stan cywilny, posta­no­wił zaba­wić się jak za kawa­ler­skich cza­sów. Wybrał się do jed­nej z rzym­skich restau­ra­cji, poszu­ku­jąc part­nerki na naj­bliż­szą noc. Poznał tam śliczną i bar­dzo smutną Włoszkę, która pła­cząc wyja­śniła mu, że jej narze­czo­nego wysłano na front do Albanii. Usiłował jej wytłu­ma­czyć, że chło­pak zapewne popły­nął do Libii, ale dziew­czyna upie­rała się przy Albanii. Romeyko odwiózł zapła­kaną pięk­ność do domu i zjadł kola­cję samot­nie. Po powro­cie do domu długo zasta­na­wiał się, czy nie wysłać pil­nej depe­szy do kraju z infor­ma­cją o wło­skiej inwa­zji na Albanię. Ostatecznie zre­zy­gno­wał z pomy­słu, uzna­jąc uzy­skane wia­do­mo­ści za nie­praw­do­po­dobne. Rano z wło­skich gazet dowie­dział się, że dziew­czyna mówiła prawdę. Armia Mussoliniego napa­dła na Albanię, a znę­kany Romeyko wyznał wszystko Wieniawie. Ambasador nie mógł zro­zu­mieć postę­po­wa­nia pod­wład­nego:
– Panie – zawo­łał uba­wiony – Panie! Opowiedz pan dokład­nie, jak to było? Mówi pan, że pła­kała? Że panu się zwie­rzyła z tą wojną w Albanii? A cóż pan zro­bił? Mówi pan, że pła­czącą babkę odwiózł pan do domu? Panie, do cho­lery, z pana żaden ułan, żaden lot­nik, żaden ofi­cer sztabu gene­ral­nego, a nawet, panie, żaden przy­zwo­ity gen­tle­man! Bo cóż pan zro­bił? Płaczącej „babki” pan nie uspo­koił, jak przy­stoi gen­tle­ma­nowi! Można zastać pła­czącą „babkę”, ale pozo­sta­wić ją pła­czącą to nie po gen­tle­meń­sku. Śmiejącą się, śmie­jącą się pozo­sta­wia się. Pan nie wie, jak to się robi? To ja o siwych wło­sach, mam pana uczyć? O, widzi pan, gdyby pan był kawa­le­rzy­sta, byłby pan upiekł trzy pie­cze­nie od razu: po pierw­sze miałby pan przy­jem­ność, bo pła­czącą „babkę” zro­biłby pan na śmie­jącą się, po dru­gie speł­nił­byś pan swój obo­wią­zek nada­jąc jesz­cze tejże nocy szyfr do Warszawy, a po trze­cie został­byś pan boha­te­rem, bo Warszawa dowie­dzia­łaby się od pana o Albanii. A tak, co? Co ma myśleć o panu Śmigły, dowia­du­jąc się o Albanii dziś wie­czo­rem z „Czerwoniaka” [„Kurier Warszawski” – przy­pis S.K.]?
Czy pod amba­sa­dor­skim stro­jem nie tkwił jed­nak cały czas dawny ułan?
Pierwszego wrze­śnia 1939 r., natych­miast po napa­ści Niemiec na Polskę, zapro­po­no­wał zło­że­nie urzędu i powrót do kraju. Był żoł­nie­rzem i chciał wal­czyć jak żoł­nierz, bez względu na sto­pień woj­skowy. Odmówiono mu jed­nak zgody i pozo­stał nad Tybrem.

10 grudnia 1931 r. prezydent Ignacy Mościcki mianował Wieniawę-Długoszowskiego na generała brygady.

10 grud­nia 1931 r. pre­zy­dent Ignacy Mościcki mia­no­wał Wieniawę-Długoszowskiego na gene­rała bry­gady.

Internowany w Rumunii pre­zy­dent Mościcki zgod­nie z posta­no­wie­niami kon­sty­tu­cji kwiet­nio­wej wyzna­czył swo­jego następcę. Jego wybór padł na Wieniawę, który (cho­ciaż zasko­czony) przy­jął nomi­na­cję. Niezwłocznie wyje­chał do Paryża, aby objąć urzę­do­wa­nie, co jed­nak nigdy nie nastą­piło. Emigracyjne koła z Władysławem Sikorskim na czele kate­go­rycz­nie zapro­te­sto­wały prze­ciwko desy­gna­cji Wieniawy. Nie cofano się przed oszczer­stwami, rela­cjo­no­wano, że nowy pre­zy­dent przy­je­chał z Włoch kom­plet­nie pijany, a na doda­tek miał być fana­tycz­nym zwo­len­ni­kiem sana­cji. Francuzów dodat­kowo nie­po­ko­iły zażyłe kon­takty Długoszowskiego z Ciano i zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiły się jego nomi­na­cji (skon­fi­sko­wano nawet nakład „Monitora Polskiego” z decy­zją Mościckiego). Wieniawa dla dobra Polski zre­zy­gno­wał z pre­zy­den­tury, powró­cił do Rzymu, gdzie ponow­nie pod­jął swoje obo­wiązki. Zajął się akcją prze­rzutu pol­skich ucie­ki­nie­rów do Francji, oso­bi­ście nad­zo­ro­wał rów­nież prze­jazd żony Sikorskiego poszu­ki­wa­nej przez Niemców w oku­po­wa­nej Europie. Tę akcję prze­ciw­nicy Wieniawy chcieli utaj­nić przed nim, oba­wia­jąc się zemsty za odsu­nię­cie go od sta­no­wi­ska pre­zy­denta. Najwyraźniej poziom umy­słowy i kul­tura oso­bi­sta Bolesława były na nie­zro­zu­mia­łym dla nich pozio­mie…

Na pole­ce­nie Długoszowskiego zor­ga­ni­zo­wano (i opła­cono) akcję dostar­cza­nia paczek żyw­no­ścio­wych dla pol­skich jeń­ców prze­trzy­my­wa­nych w nie­miec­kich obo­zach. Wieniawa musiał zapła­cić z góry za dłuż­szy okres, albo­wiem paczki dostar­czano aż do 1943 r., a więc jesz­cze rok po jego śmierci. Wygląda na to, że Długoszowski nie wie­rzył w szyb­kie zakoń­cze­nie wojny, zwy­cię­stwo Francji i Anglii nad Niemcami.

Amerykańska tra­ge­dia

Przystąpienie Włoch do wojny ozna­czało likwi­da­cję pol­skiej pla­cówki w Rzymie. Chociaż Ciano pro­po­no­wał spo­kojny pobyt w Italii w cha­rak­te­rze osoby pry­wat­nej, Długoszowski chciał być przy­datny dla kraju. Marzył o mun­du­rze, chciał wal­czyć w jakim­kol­wiek stop­niu. Spotkało go jed­nak wyjąt­kowe roz­cza­ro­wa­nie. Kiedy wraz z per­so­ne­lem amba­sady prze­do­stał się do Lizbony (Francja wła­śnie kapi­tu­lo­wała), otrzy­mał infor­ma­cję o zwol­nie­niu go ze służby. Co wię­cej, odmó­wiono mu zgody na przy­jazd do Wielkiej Brytanii. Za wła­sne środki prze­do­stał się wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdzie pono­wił prośbę o przy­ję­cie go do armii. Po raz kolejny spo­tkał się z odmową – może zresztą dobrze, że nie wezwano go do Anglii. Zapewne podzie­liłby los innych pił­sud­czy­ków inter­no­wa­nych w obo­zie na wyspie Węży.

W Stanach Zjednoczonych Wieniawa poja­wił się bez środ­ków do życia, nie miał nawet pozwo­le­nia na pracę. Utrzymywał sie­bie i rodzinę z doryw­czej pracy dzien­ni­kar­skiej i intro­li­ga­torki. Cały czas nawo­ły­wał do zgody naro­do­wej i snuł plany powrotu do armii. Stał się nie­wy­godny dla prze­by­wa­ją­cych w Stanach Zjednoczonych pił­sud­czy­ków, któ­rzy zarzu­cali mu zdradę. Ataki nasi­liły się szcze­gól­nie po oso­bi­stym spo­tka­niu z Sikorskim, pod­czas jego pobytu w Stanach Zjednoczonych wio­sną 1941 r. Spotkanie nie przy­nio­sło żad­nego roz­wią­za­nia i zre­zy­gno­wany Długoszowski zaczął myśleć o samo­bój­stwie. Powstrzymywała go wyłącz­nie obawa o los rodziny. Wreszcie otrzy­mał nomi­na­cję na amba­sa­dora na Kubie. Była to kpina – na wyspie dotych­czas ist­niało posel­stwo, które w cza­sach wojny nie było nikomu potrzebne. Wieniawa zro­zu­miał drwinę, ale przy­jął ją ze spo­ko­jem. Wiedział, że pił­sud­czycy nigdy mu tego nie wyba­czą, zarzucą mu, że sprze­nie­wie­rzył się pamięci mar­szałka. Zajęci roz­gryw­kami per­so­nal­nymi i oso­bi­stymi żalami nie pamię­tali, że Komendant zawsze na pierw­szym pla­nie sta­wiał dobro Polski. Długoszowski pod­jął już decy­zję, cze­kał tylko na ofi­cjalną nomi­na­cję, która zapew­ni­łaby jego rodzi­nie rentę po nim, jako amba­sa­do­rze.

Bolesław podczas spotkania z Zulą Pogorzelską i Antonim Słonimskim.

Bolesław pod­czas spo­tka­nia z Zulą Pogorzelską i Antonim Słonimskim.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski popeł­nił samo­bój­stwo 1 lipca 1942 r., wyska­ku­jąc z bal­konu domu przy Riverside Drive w Nowym Jorku. Znaleziono przy nim list poże­gnalny z dopi­skiem „Boże zbaw Polskę” pod­pi­sany „B”. Pochowano go z hono­rami woj­sko­wymi na cmen­ta­rzu Calgary w Nowym Jorku. Nad gro­bem zain­to­no­wano (pomimo zakazu) „Pierwszą Brygadę”.
W 1990 r. szczątki Wieniawy prze­nie­siono na cmen­tarz Rakowicki w Krakowie. W odróż­nie­niu od nowo­jor­skiego pogrzebu, ten był poże­gna­niem god­nym kawa­le­rzy­sty. Tak jak sobie kie­dyś Długoszowski wyma­rzył:
A śmierci się nie boję – bo mi śmierć nie dziwna
Nie sia­łem na nią Bogu nigdy nud­nych skarg
Więc kiedy z śmieszną kosą sta­nie przy
mnie sztywna
W dwu sło­wach zakoń­czymy nasz ostatni targ.
(…)
A potem mnie wysoko złożą na lawe­cie
Za trumną sta­nie biedny sie­rota mój koń
I wy mnie szwo­le­że­rzy do grobu znie­sie­cie
A pie­chota w para­dzie spre­zen­tuje broń. (…)
Może mnie wresz­cie wsa­dzą w czyśćcu
na odwa­chu
By aresz­tem… o wodzie spła­cić grze­chów kwit,
Ale myślę, że wszystko skoń­czy się na stra­chu
A stchó­rzyć raz – przed Bogiem – to prze­cie
nie wstyd.
Pozostał w pamięci jako wielki patriota, godny następca księ­cia Józefa Poniatowskiego,
Kozietulskiego, ostatni pol­ski ułan. Człowiek honoru, który prze­żył swoje życie tak jak chciał.
Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure
Na ziemi się mel­do­wać, by drugi raz żyć
Chciałbym starą wraz z mun­du­rem wdziać
na sie­bie skórę,
Po daw­nemu… wojo­wać… kochać się… i pić.

  • Sławomir Koper

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE