Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Za udział w wal­kach 1914 – 1915 r. otrzy­mał awans na porucz­nika, a po woj­nie Krzyż Virtuti Militari kl. V.

Nieprawdopodobnie barwny życio­rys. Pierwszy ułan II Rzeczpospolitej, gene­rał Wojska Polskiego, dyplo­mata. We wrze­śniu 1939 r. wska­zany jako następca pre­zy­denta Ignacego Mościckiego po jego inter­no­wa­niu w Rumunii. Jedna z naj­barw­niej­szych postaci II RP. Znany z umi­ło­wa­nia kobiet, koni i hucz­nej zabawy, czym zyski­wał nie­co­dzienną sym­pa­tię jed­nych i nie­skry­waną złość innych, zwłasz­cza prze­ciw­ni­ków obozu sana­cji. Poeta, lekarz medy­cyny, a także dzien­ni­karz (redak­tor naczelny „Dziennika Polskiego” w Detroit). Autor wielu popu­lar­nych powie­dzo­nek, cyto­wa­nych potem sze­roko w całym kraju.

Józef Piłsudski przy­znał kie­dyś w roz­mo­wie z córką, że ze wszyst­kich swo­ich pod­wład­nych naj­bar­dziej lubił Wieniawę-Długoszowskiego. Wypowiedź Komendanta potwier­dzała powszechną opi­nię – Wieniawa ucho­dził za jego ulu­bieńca, w czym nie prze­szka­dzały docie­ra­jące do mar­szałka infor­ma­cje o eks­ce­sach fawo­ryta. Uważano, że to, co innym nie uszłoby bez kon­se­kwen­cji, w przy­padku Wieniawy wzbu­dzało tylko jego uśmiech, ewen­tu­al­nie wes­tchnie­nie rezy­gna­cji. Marszałek prze­ja­wiał wyjąt­kową sła­bość do pierw­szego ułana Rzeczypospolitej, a wady nie prze­sła­niały mu zalet ulubieńca.
Bolesław Długoszowski uro­dził się w 1880 r. w Maksymówce w pobliżu Stanisławowa (Galicja Wschodnia), ale dzie­cinne lata spę­dził w Bobowej w oko­li­cach Nowego Sącza. Uczył się we Lwowie i nie były to naj­ła­twiej­sze lata – wspo­mi­nał póź­niej, że wyle­wano go sro­mot­nie ze wszyst­kich po kolei lwow­skich gim­na­zjów. Przyczyną nie­po­wo­dzeń miał być nie­okieł­znany od koły­ski tem­pe­ra­ment i nie­chęć do miste­riów grec­kiej gra­ma­tyki. Oczywiście (według Wieniawy), część winy miała leżeć po stro­nie peda­go­gów, prze­ja­wia­ją­cych bez­względną nie­chęć dla zain­te­re­so­wań spor­to­wych. Zdesperowany Długoszowski tra­fił nawet do słyn­nego z rygo­rów gim­na­zjum jezu­ic­kiego w Chyrowie. W murach tej sza­cow­nej pla­cówki poniósł jed­nak kolejną porażkę (po pro­stu uciekł), a pobyt u jezu­itów do końca życia wyjąt­kowo źle wspominał.
Pomimo arty­stycz­nych zain­te­re­so­wań, Bolesław (na żąda­nie ojca) roz­po­czął stu­dia medyczne. Na prze­ło­mie XIX i XX stu­le­cia nie miał zresztą we Lwowie więk­szego wyboru. Politechnika zupeł­nie go nie inte­re­so­wała, a rodzina żądała „uczci­wego” zawodu. Traktował naukę z całą powagą, co nie prze­szka­dzało mu w kon­tak­tach ze świa­tem arty­stycz­nym mia­sta. W miej­sco­wych kawiar­niach poznał: Kasprowicza, Staffa, Micińskiego, Makuszyńskiego, Przybyszewskiego, Zbierzchowskiego. Nie pomi­jał wyda­rzeń kul­tu­ral­nych – został przed­sta­wiony nawet Stanisławowi Wyspiańskiemu, który w 1901 r. przy­je­chał wysta­wić „Wesele”. Obracając się w świe­cie cyga­ne­rii arty­stycz­nej, wyróż­niał się jed­nak rzadko spo­ty­kaną cechą – był cał­ko­wi­tym abs­ty­nen­tem. Demonstracyjnie pijał wodę z sokiem, nie zwra­ca­jąc uwagi na alkohol.
Wtedy też zawarł swoje pierw­sze mał­żeń­stwo; jego wybranką stała się stu­dentka kon­ser­wa­to­rium, począt­ku­jąca śpie­waczka Stefania Calvas. A po ślu­bie przy­szły ułan pro­wa­dził wyjąt­kowo miesz­czań­ski tryb życia. Asystentura u dwóch lwow­skich pro­fe­so­rów (oku­li­styka), domowe obiady i kola­cje, wypady (z żoną oczy­wi­ście) do kawiarni i teatru. Był to jed­nak wyłącz­nie okres przej­ściowy, Długoszowscy nie zamie­rzali do końca życia pozo­stać we Lwowie. Stefania pla­no­wała dal­szą naukę w Paryżu u Edwarda Reszke, musiała jed­nak ukoń­czyć lwow­skie konserwatorium.
Nad Sekwaną Bolesław wstą­pił jako wolny słu­chacz na Sorbonę, nie chcąc tra­cić kon­taktu z zawo­dem. Bardziej jed­nak inte­re­so­wało go malar­stwo, ale stu­diu­jąc w Akademii Colarossi szybko zauwa­żył braki swo­jego talentu. Poświęcił się lite­ra­tu­rze: pisał wier­sze, zajął się prze­kła­dami poezji („Kwiaty zła” Baudelaire’a). Coraz wię­cej czasu spę­dzał w pary­skich kawiar­niach. Poznał Ravela, Valery’ego, Vuillarda, Gide’a (a przy oka­zji jesz­cze Trockiego i Erenburga). Wysoko cenił kon­takty z Polakami prze­by­wa­ją­cymi nad Sekwaną (Kisling, Nadelman, Markus, Ostrowski, Zborowski, Żak). Nawet swój image przy­sto­so­wał do arty­stycz­nych wymagań:
Zapewne zami­ło­wa­nia pla­styczne – wspo­mi­nał Zygmunt Kamiński – upo­waż­niły go do przy­bra­nia apa­ry­cji mala­rza typu roman­tyczno-deka­denc­kiej bohemy. Długie piękne wijące się w natu­ral­nych lokach włosy o odcie­niu doj­rza­łego kasz­tana spa­dały mu na plecy. Czarna pele­ryna, obszerne som­brero, rów­nie czar­nej barwy, efek­towny fon­taź zawią­zany z arty­styczną fan­ta­zją dopeł­niały stroju.

  • Sławomir Koper

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE