Bitwa o Prusy Wschodnie w 1945 r. cz.2

Bitwa o Prusy Wschodnie w 1945 r. cz.2. Sowiecka piechota przy wsparciu dział samobieżnych SU-76 atakuje niemieckie pozycje w rejonie Królewca.

Sowiecka pie­chota przy wspar­ciu dział samo­bież­nych SU-76 ata­kuje nie­miec­kie pozy­cje w rejo­nie Królewca.

Królewiec oczy­wi­ście został uznany za „twier­dzę”. Decyzją Hitlera z 27 stycz­nia 1945 r. na jej komen­danta wyzna­czono gene­rała Otto Lascha. Sztab 3. Armii Pancernej ewa­ku­ował się na Pomorze.

Dowództwo Grupy Armii „Północ” pod­jęło wysiłki mające na celu odblo­ko­wa­nie Królewca i przy­wró­ce­nie połą­cze­nia lądo­wego ze wszyst­kimi zgru­po­wa­niami wojsk. Na połu­dniowy zachód od mia­sta, w rejo­nie Brandenburga (ros. Uszakowo), skon­cen­tro­wano 548. Dywizję Grenadierów Ludowych i Dywizję Grenadierów Pancernych „Grossdeutschland”,
które wyko­rzy­stano 30 stycz­nia do ude­rze­nia wzdłuż Zalewu Wiślanego na pół­noc. Z naprze­ciwka ude­rzały nie­miec­kie 5. Dywizja Pancerna i 56. Dywizja Piechoty. Udało im się zmu­sić do wyco­fa­nia jed­nostki 11. Gwardyjskiej Armii i prze­bić do Królewca kory­tarz o sze­ro­ko­ści około pół­tora kilo­me­tra, znaj­du­jący się pod ostrza­łem sowiec­kiej arty­le­rii.
31 stycz­nia gene­rał Iwan D. Czerniachowski doszedł do wnio­sku, że zdo­być Królewca z mar­szu się nie da: Stało się jasne, że nie­sko­or­dy­no­wane i słabo przy­go­to­wane ude­rze­nia na Królewiec (głów­nie pod wzglę­dem zabez­pie­cze­nia mate­ria­łowo-tech­nicz­nego) nie dopro­wa­dzą do suk­cesu, a odwrot­nie – dadzą Niemcom czas na udo­sko­na­le­nie obrony. Przede wszyst­kim nale­żało zbu­rzyć for­ty­fi­ka­cje twier­dzy (forty, schrony bojowe, punkty umoc­nione), obez­wład­nić ich sys­tem ognia. A do tego była potrzebna odpo­wied­nia ilość arty­le­rii – cięż­kiej, dużej i wiel­kiej mocy, czoł­gów oraz dział samo­bież­nych i, oczy­wi­ście, dużo amu­ni­cji. Staranne przy­go­to­wa­nie wojsk do szturmu nie było moż­liwe bez prze­rwy ope­ra­cyj­nej.
W następ­nym tygo­dniu dywi­zje 11. Gwardyjskiej Armii, „odpie­ra­jąc wście­kłe ataki faszy­stów”, umac­niały się na zaję­tych pozy­cjach i same codzien­nie ruszały do ata­ków, sta­ra­jąc się dotrzeć do brzegu Zalewu Wiślanego. 6 lutego ponow­nie prze­cięły one auto­stradę, zde­cy­do­wa­nie blo­ku­jąc Królewiec od połu­dnia – co prawda po tym w kom­pa­niach pie­choty pozo­stało po 20 – 30 żoł­nie­rzy. Wojska 39. i 43. Armii w zacię­tych wal­kach zepchnęły dywi­zje wroga w głąb Półwyspu Sambijskiego, two­rząc zewnętrzny front okrą­że­nia.
9 lutego dowódca 3. Frontu Białoruskiego roz­ka­zał woj­skom przejść do zde­cy­do­wa­nej obrony i przy­go­to­wać się do meto­dycz­nego szturmu.
W cen­trum 5. i 28. Armia nacie­rały w pasie Kreuzburg (ros. Sławskoje) – Preussisch Eylau (Iława Pruska, ros. Bagrationowsk); na lewym skrzy­dle 2. Gwardyjska Armia i 31. Armia, po sfor­so­wa­niu Łyny, prze­su­nęły się do przodu i opa­no­wały punkty oporu Legden (ros. Dobroje), Bandels i duży węzeł dro­gowy Landsberg (Górowo Iławeckie). Z połu­dnia i zachodu na Niemców naci­skały armie mar­szałka Konstantego K. Rokossowskiego. Odcięte od lądu lidz­bar­sko-war­miń­skie zgru­po­wa­nie prze­ciw­nika mogło komu­ni­ko­wać się z Niemcami tylko po lodzie zalewu i dalej po Mierzei Wiślanej do Gdańska. Drewniane pokry­cie „drogi życia” pozwa­lało na ruch samo­cho­dów. Kolumną bez końca cią­gnęły w stronę zalewu masy uchodź­ców.
Niemiecka mary­narka wojenna pro­wa­dziła bez­pre­ce­den­sową ope­ra­cję ratow­ni­czą, wyko­rzy­stu­jąc wszystko, co tylko mogło się utrzy­mać na wodzie. Do połowy lutego z Prus Wschodnich ewa­ku­owano 1,3 miliona ludzi z 2,5 miliona miesz­kań­ców. Jednocześnie Kriegsmarine udzie­lała wspar­cia arty­le­ryj­skiego siłom lądo­wym znaj­du­ją­cym się na kie­runku nad­mor­skim i inten­syw­nie zaj­mo­wała się prze­wo­zem wojsk. Flota Bałtycka nie była w sta­nie prze­rwać ani nawet poważ­nie naru­szyć wro­gich szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych.
W ciągu czte­rech tygo­dni duża część tery­to­rium Prus Wschodnich i pół­noc­nej Polski została oczysz­czona z wojsk nie­miec­kich. Podczas pro­wa­dzo­nych walk tylko do nie­woli tra­fiło około 52 tys. ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy. Wojska sowiec­kie zdo­były ponad 4,3 tys. dział i moź­dzie­rzy, 569 czoł­gów i dział sztur­mo­wych.
Wojska nie­miec­kie w Prusach Wschodnich zostały odcięte od pozo­sta­łych sił Wehrmachtu i podzie­lone na trzy odizo­lo­wane od sie­bie zgru­po­wa­nia. Pierwsze, w skła­dzie czte­rech dywi­zji, przy­ci­śnięto do Morza Bałtyckiego na Półwyspie Sambijskim; dru­gie, liczące ponad pięć dywi­zji oraz jed­nostki z twier­dzy i wiele samo­dziel­nych oddzia­łów, okrą­żono w Królewcu; trze­cie, obej­mu­jące około dwa­dzie­ścia dywi­zji 4. Armii i 3. Armii Pancernej, znaj­do­wało się w Lidzbarsko-Warmińskim Rejonie Umocnionym, leżą­cym na połu­dnie i połu­dniowy zachód od Królewca, zaj­mu­jąc obszar o sze­ro­ko­ści około 180 km wzdłuż linii frontu i 50 km w głąb.
Na ewa­ku­ację tych wojsk do osłony Berlina nie pozwa­lał Hitler, który twier­dził, że tylko w opar­ciu o zaopa­try­wane od strony morza i upo­rczy­wie się bro­niące rejony umoc­nione oraz poroz­rzu­cane zgru­po­wa­nia wojsk nie­miec­kich będzie moż­liwe zwią­za­nie na długi czas bar­dzo dużych sił Armii Czerwonej, co unie­moż­liwi ich prze­rzut na kie­ru­nek ber­liń­ski. Sowieckie Najwyższe Naczelne Dowództwo z kolei oce­niało, że zwol­nie­nie do innych zadań armii 1. Frontu Nadbałtyckiego i 3. Frontu Białoruskiego będzie moż­liwe tylko w wyniku szyb­kiej i zde­cy­do­wa­nej likwi­da­cji tych zgru­po­wań.
Większość nie­miec­kich gene­ra­łów nie mogło pojąć tej logiki Hitlera. Marszałek Konstanty K. Rokossowski nie widział nato­miast sensu w żąda­niach Stalina: W mojej opi­nii kiedy Prusy Wschodnie zostały osta­tecz­nie odizo­lo­wane od zachodu, można było zacze­kać z likwi­da­cją okrą­żo­nego tam zgru­po­wa­nia wojsk nie­miec­kich, a poprzez wzmoc­nie­nie osła­bio­nego 2. Frontu Białoruskiego przy­spie­szyć roz­strzy­gnię­cie na kie­runku ber­liń­skim. Do upadku Berlina doszłoby znacz­nie wcze­śniej. A stało się tak, że dzie­sięć armii w decy­du­ją­cym momen­cie było zaję­tych zgru­po­wa­niem wschod­nio­pru­skim (…) Wykorzystanie takiej masy wojsk prze­ciwko wro­gowi (…) odda­lo­nemu od miej­sca, gdzie roz­gry­wały się roz­strzy­ga­jące wyda­rze­nia, w powsta­łej wów­czas sytu­acji na kie­runku ber­liń­skim mijało się z celem.
Ostatecznie to Hitler miał rację: z osiem­na­stu sowiec­kich armii zaję­tych likwi­da­cją nie­miec­kich nad­mor­skich przy­czół­ków w „głów­nych bitwach” wio­sny 1945 r. zdą­żyły wziąć udział jedy­nie trzy.
Decyzją Najwyższego Naczelnego Dowództwa z 6 lutego woj­ska 1. i 2. Frontu Nadbałtyckiego, blo­ku­jące Grupę Armii „Kurlandia”, pod­po­rząd­ko­wano 2. Frontowi Nadbałtyckiemu pod dowódz­twem mar­szałka Leonida A. Goworowa. Zadanie opa­no­wa­nia Królewca i peł­nego oczysz­cze­nia Półwyspu Sambijskiego z wroga otrzy­mał zaś sztab 1. Frontu Nadbałtyckiego, dowo­dzo­nego przez gene­rała armii Iwana Ch. Bagramiana, któ­remu z 3. Frontu Białoruskiego prze­ka­zano trzy armie: 11. Gwardyjską, 39. i 43. oraz 1. Korpus Pancerny. Z kolei mar­sza­łek Konstanty K. Rokossowski 9 lutego otrzy­mał dyrek­tywę w spra­wie prze­ka­za­nia gene­ra­łowi armii Iwanowi D. Czerniachowskiemu czte­rech armii: 50., 3., 48. oraz 5. Gwardyjskiej Pancernej. Tego samego dnia gene­ra­łowi I. D. Czerniachowskiemu roz­ka­zano, nie dając Niemcom ani wła­snym woj­skom wytchnie­nia, by nie póź­niej niż 20 – 25 lutego zakoń­czyć roz­bi­cie 4. Armii gene­rała pie­choty Wilhelma Müllera.
W wyniku krwa­wych, bez­kom­pro­mi­so­wych i nie­prze­rwa­nych walk – wspo­mina lejt­nant Leonid N. Rabiczew – zarówno nasze, jak i nie­miec­kie oddziały stra­ciły ponad połowę swego stanu oso­bo­wego i z powodu skraj­nego wyczer­pa­nia zaczęły tra­cić zdol­ność bojową. Czernichowski roz­ka­zał nacie­rać, gene­ra­ło­wie – dowódcy armii, kor­pu­sów i dywi­zji – też roz­ka­zali, Stawka sza­lała, a wszyst­kie pułki, samo­dzielne bry­gady, bata­liony i kom­pa­nie drep­tały w miej­scu. I wów­czas, żeby zmu­sić wymę­czone wal­kami oddziały do prze­su­wa­nia się do przodu, sztab frontu zbli­żył się do linii stycz­no­ści bojo­wej wojsk nie­by­wale bli­sko, sztaby armii roz­wi­nęły się nie­mal razem ze szta­bami kor­pu­sów, a sztaby dywi­zji zbli­żyły się do puł­ków. Generałowie sta­rali się pode­rwać do walki bata­liony i kom­pa­nie, ale nic z tego nie wycho­dziło, aż nad­szedł moment, kiedy zarówno naszych, jak i nie­miec­kich żoł­nie­rzy ogar­nęła nie do opa­no­wa­nia apa­tia. Niemcy cof­nęli się o trzy kilo­me­try, a my zatrzy­ma­li­śmy się.
  • Władimir Bieszanow

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE