Bishop i Sexton Brytyjskie działa samo­bieżne

  • Wojsko i Technika – Historia numer spe­cjalny 2/2019
Działo samobieżne Sexton II w barwach 1. Pułku Artylerii Motorowej 1. Dywizji Pancernej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w zbiorach Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej w Warszawie.

Działo samo­bieżne Sexton II w bar­wach 1. Pułku Artylerii Motorowej 1. Dywizji Pancernej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w zbio­rach Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej w Warszawie.

W cza­sie II wojny świa­to­wej wal­czące pań­stwa musiały m.in. roz­wią­zać pro­blem wspar­cia ognio­wego dywi­zji pan­cer­nych. Było sprawą oczy­wi­stą, że choć siła ognia pod­od­dzia­łów pan­cer­nych była znaczna, to jed­nak czołgi przede wszyst­kim pro­wa­dziły ogień bez­po­średni, indy­wi­du­alny, do wykry­tych w trak­cie walki celów. W pew­nym sen­sie, czołgi to deta­li­ści – nisz­czący poje­dyn­cze kon­kretne cele, choć w szyb­kim tem­pie. Artylerzyści nato­miast, to hur­tow­nicy. Salwa za salwą z kil­ku­na­stu, kil­ku­dzie­się­ciu czy nawet kil­ku­set luf do celów gru­po­wych, naj­czę­ściej na odle­głość poza zasię­giem widzial­no­ści wzro­ko­wej.

Czasami potrzebne jest takie wła­śnie wspar­cie. Potrzebna jest duża siła ognia do prze­ła­ma­nia zor­ga­ni­zo­wa­nej obrony prze­ciw­nika, tak by poroz­bi­jać umoc­nie­nia polowe, sta­no­wi­ska arty­le­rii i moź­dzie­rzy, obez­wład­nić oko­pane czołgi, znisz­czyć gniazda kara­bi­nów maszy­no­wych, zadać straty pie­cho­cie prze­ciw­nika. Ponadto uzy­skuje się przy tym oszo­ło­mie­nie wro­gich żoł­nie­rzy potwor­nym hukiem, stra­chem o wła­sne życie i wido­kiem kole­gów roz­szar­py­wa­nych na strzępy wybu­chami arty­le­ryj­skich poci­sków. Wola walki w takiej sytu­acji słab­nie, a żoł­nie­rzy para­li­żuje nie­ludzki strach. Co prawda widok peł­zną­cych czoł­gów zio­ną­cych ogniem, które wydają się nie do zatrzy­ma­nia też wywo­łuje okre­ślony efekt psy­cho­lo­giczny, ale arty­le­ria jest pod tym wzglę­dem nie­za­stą­piona.
W toku II wojny świa­to­wej oka­zało się, że tra­dy­cyjna arty­le­ria holo­wana nie nadąża za oddzia­łami pan­cer­nymi i zmo­to­ry­zo­wa­nymi. Po pierw­sze, po zaję­ciu sta­no­wisk ognio­wych odcze­pie­nie dział od cią­gni­ków (odprzod­ko­wa­nie) i ich roz­sta­wie­nie na sta­no­wi­skach ognio­wych oraz wyda­nie amu­ni­cji dla obsług z pojaz­dów trans­por­to­wych zaj­mo­wało czas, podob­nie jak przej­ście ponow­nie w poło­że­nie mar­szowe. Po dru­gie, holo­wane działa musiały podą­żać dro­gami, choćby polnymi jak pogoda na to pozwa­lała: błoto czy śnieg czę­sto ogra­ni­czało ruch zestawu cią­gnik – działo holo­wane, pod­czas gdy czołgi poru­szały się „na prze­łaj”. Artyleria musiała czę­sto jechać okrężną drogą, by zna­leźć się w oko­li­cach rejonu aktu­al­nego znaj­do­wa­nia się oddziału pan­cer­nego.
Rozwiązaniem pro­blemu stała się hau­biczna samo­bieżna arty­le­ria polowa. W Niemczech wpro­wa­dzono do użytku hau­bice kal. 105 mm Wespe i kal. 150 mm Hummel. W Stanach Zjednoczonych powstało udane działo samo­bieżne M7 kal. 105 mm nazwane przez Brytyjczyków Priest. Z kolei w ZSRR kor­pusy pan­cerne pole­gały na wspar­ciu dział pan­cer­nych, które jed­nak były raczej prze­zna­czone do strze­la­nia ogniem na wprost, nawet jeśli cho­dzi o 122 mm hau­bice SU-122 i 152 mm arma­to­hau­bice ISU-152.
Także w Wielkiej Brytanii w cza­sie II wojny świa­to­wej opra­co­wano samo­bieżne działa arty­le­rii polo­wej. Głównym i w zasa­dzie jedy­nym typem w służ­bie był Sexton z popu­larną hau­bi­co­ar­matą kal. 87,6 mm (25-fun­tową). Wcześniej, w bar­dzo ogra­ni­czo­nej licz­bie poja­wiło się działo Bishop, któ­rego początki są jed­nak inne i nie zwią­zane z potrzebą przy­dzie­le­nia jed­nost­kom pan­cer­nym pod­od­dzia­łów arty­le­rii polo­wej.
Działo samobieżne o oficjalnej nazwie Ordnance QF 25-pdr on Carrier Valentine 25-pdr Mk 1, które nieoficjalnie (a później oficjalnie) nazywano Bishop. Wóz na zdjęciu należy do 121st Field Regiment, Royal Artillery, który wziął udział w drugiej bitwie pod El Alamein (23 października - 4 listopada 1942 r.).

Działo samo­bieżne o ofi­cjal­nej nazwie Ordnance QF 25-pdr on Carrier Valentine 25-pdr Mk 1, które nie­ofi­cjal­nie (a póź­niej ofi­cjal­nie) nazy­wano Bishop. Wóz na zdję­ciu należy do 121st Field Regiment, Royal Artillery, który wziął udział w dru­giej bitwie pod El Alamein (23 paź­dzier­nika — 4 listo­pada 1942 r.).

Wiosną 1941 r. w dzia­ła­niach w Afryce Północnej do akcji wkro­czył nie­miecki Afrika Korps. Wraz z nim, zaczęło się pro­wa­dze­nie dzia­łań manew­ro­wych na nie­spo­ty­kaną dotąd skalę. Wojska bry­tyj­skie nie były na nią przy­go­to­wane, ale wkrótce oka­zało się, że nawet wspar­cie jed­no­stek w obro­nie przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem prze­ciw­nika w rejo­nach, gdzie się go wcze­śniej nie spo­dzie­wano, wymaga szyb­kiej kon­cen­tra­cji siły ognia, zarówno w sen­sie arty­le­rii polo­wej, jak i prze­ciw­pan­cer­nej, nie wspo­mi­na­jąc o potrze­bie szyb­kiego prze­rzutu pod­od­dzia­łów pan­cer­nych i pie­choty. Powodzenie ataku wła­snych jed­no­stek pan­cer­nych też było czę­sto uza­leż­nione od moż­li­wo­ści wspar­cia ognio­wego czoł­gów przez arty­le­rię w star­ciu z obroną prze­ciw­nika. Nie należy zapo­mi­nać, że ówcze­sne bry­tyj­skie czołgi były nie­mal wyłącz­nie uzbro­jone w armaty kal. 40 mm (2‑funtowe), mające ogra­ni­czone moż­li­wo­ści nisz­cze­nia nie­pan­cer­nych obiek­tów pola
walki i siły żywej prze­ciw­nika.
Kolejną sprawą była kwe­stia nisz­cze­nia nie­miec­kich czoł­gów. Nowsze nie­miec­kie wozy Pz III i (nie­liczne wów­czas w Afryce) Pz IV z dodat­ko­wym pan­ce­rzem przed­nim (Pz III Ausf. G i Pz IV Ausf. E) były bar­dzo trudne do zwal­cza­nia przez ówcze­sne bry­tyj­skie działa prze­ciw­pan­cerne Ordnance QF 2‑pounder (2‑funtowe) kal. 40 mm. Okazało się wów­czas, że lep­sze rezul­taty osiąga się z wyko­rzy­sta­niem polo­wych hau­bi­co­ar­mat 25-fun­to­wych kal. 87,6 mm. Do działa tego wpro­wa­dzono poci­ski prze­ciw­pan­cerne już w 1940 r. Były to poci­ski nie­na­peł­nione mate­ria­łem wybu­cho­wym, które mogły prze­bi­jać pan­cerz nachy­lony pod kątem 30o do pionu o gru­bo­ści 62 mm z 500 m i 54 mm z 1000 m, pod­czas gdy prze­ciw­pan­cerna armata kal. 40 mm mogła w tych samych warun­kach uzy­skać prze­bi­cie 52 mm pan­ce­rza z 500 m i 40 mm z 1000 m. W toku walk oka­zało się też, że koniecz­ność szyb­kiej zmiany pozy­cji dział arty­le­rii prze­ciw­pan­cer­nej skła­nia ku roz­wią­za­niom o cha­rak­te­rze samo­bież­nym. Obsługi armat prze­ciw­pan­cer­nych kal. 40 mm usta­wiały swoje działa na skrzyni cię­ża­rówki i z niej pro­wa­dziły ogień, ale te nie­opan­ce­rzone wozy były wraż­liwe na ostrzał prze­ciw­nika.
Dlatego też jed­nym z waż­nych zadań nowego działa samo­bież­nego uzbro­jo­nego w polową hau­bi­co­ar­matę 25-fun­tową kal. 87,6 mm miało też być zwal­cza­nie czoł­gów. Taka była potrzeba chwili, która prak­tycz­nie zanik­nęła wraz z wpro­wa­dze­niem do uzbro­je­nia armat prze­ciw­pan­cer­nych 6‑funtowych kal. 57 mm, które uzy­ski­wały lep­sze para­me­try od obu wcze­śniej wymie­nio­nych: prze­bi­jal­ność pan­ce­rza 85 mm z 500 m i 75 mm z 1000 m.

Działo samo­bieżne Bishop

Działo 25-fun­towe uznane za naj­lep­sze uzbro­je­nie dla pla­no­wa­nego działa samo­bież­nego było pod­sta­wo­wym bry­tyj­skim dzia­łem dywi­zyj­nym, opra­co­wa­nym w dru­giej poło­wie lat 30. Jako działo holo­wane było uży­wane do końca wojny, a w każ­dej dywi­zji pie­choty były trzy dywi­zjony po trzy ośmio­dzia­łowe bate­rie – razem 24 działa w dywi­zjo­nie i 72 w dywi­zji. W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych głów­nych armii II wojny świa­to­wej, Niemiec, Stanów Zjednoczonych i ZSRR, które miały dywi­zyjne pułki arty­le­rii z dzia­łami mniej­szego i więk­szego kali­bru (Niemcy hau­bice kal. 105 mm i kal. 150 mm, Stany Zjednoczone hau­bice kal. 105 mm i kal. 155 mm, ZSRR armaty kal. 76,2 mm i hau­bice kal. 122 mm), bry­tyj­skie dywi­zje dys­po­no­wały tylko
hau­bi­co­ar­ma­tami 25-fun­to­wymi kal. 87,6 mm.
W wer­sji holo­wa­nej działo to nie miało roz­kła­da­nych ogo­nów, jak wiele nowo­cze­snych kon­struk­cji zagra­nicz­nych, ale sze­roki poje­dyn­czy ogon. Takie roz­wią­za­nie powo­do­wało, że działo na lawe­cie miało małe kąty ostrzału w płasz­czyź­nie pozio­mej, bo tylko 4o w obie strony (razem 8o). Problem ten roz­wią­zano w ten spo­sób, że w wer­sji holo­wa­nej wożono pod­cze­pioną pod ogo­nem okrą­głą tar­czę, którą usta­wiano na ziemi, na którą wcią­gano cią­gni­kiem działo przed odprzod­ko­wa­niem. Tarcza ta, która dzięki bocz­nym zębom pod naci­skiem działa wbi­jała się w zie­mię, umoż­li­wiała szybki obrót działa, po unie­sie­niu ogona, co było o tyle rela­tyw­nie łatwe, że cię­żar lufy czę­ściowo balan­so­wał cię­żar ogona. W pio­nie lufę można było pod­no­sić
w prze­dziale kątów od ‑5o do +45o.
Działo miało pio­nowy zamek kli­nowy, umoż­li­wia­jący łatwe odry­glo­wa­nie i zary­glo­wa­nie. Szybkostrzelność się­gała 6 – 8 strz./min, ale bry­tyj­skie normy prze­wi­dy­wały: 5 strz./min (ogień inten­sywny), 4 strz./min (ogień szybki), 3 strz./min (ogień nor­malny), 2 strz./min (ogień wolny) lub 1 strz./min (ogień bar­dzo wolny). Lufa miała dłu­gość 26,7 kal., a z hamul­cem wylo­to­wym – 28 kali­brów.
Do działa sto­so­wano dwa typy ładun­ków mio­ta­ją­cych. Podstawowy typ miał trzy woreczki pro­chowe, przy czym dwa z nich można było wyj­mo­wać, tym samym two­rząc trzy różne ładunki: z jed­nym, dwoma lub wszyst­kimi trzema worecz­kami. W ten spo­sób można było strze­lać ogniem stro­mo­to­ro­wym na mniej­sze odle­gło­ści. Przy wszyst­kich trzech ładun­kach dono­śność stan­dar­do­wym poci­skiem o masie 11,3 kg wyno­siła 10 650 m, przy pręd­ko­ści począt­ko­wej poci­sku 450 m/s. Przy dwóch worecz­kach war­to­ści te spa­dały do 7050 m i 305 m/s, a przy jed­nym – 3500 m i 195 m/s. Był też spe­cjalny ładu­nek dla uzy­ska­nia mak­sy­mal­nej dono­śno­ści, z któ­rego nie można było wyj­mo­wać worecz­ków pro­cho­wych. Uzyskiwano z nim dono­śność 12 250 m przy pręd­ko­ści począt­ko­wej 530 m/s.
Podstawowym poci­skiem do działa był odłam­kowo-burzący Shell Mk 1D. Uzyskiwana nim cel­ność strze­la­nia wyno­siła ok. 30 m na mak­sy­mal­nym dystan­sie. Pocisk ważył 11,3 kg, przy czym masa ładunku wybu­cho­wego w nim to 0,816 kg. Najczęściej był to ama­tol, ale poci­ski tego typu napeł­niano też cza­sem tro­ty­lem bądź ładun­kiem RDX. Pocisk prze­ciw­pan­cerny bez mate­riału wybu­cho­wego ważył 9,1 kg i przy zwy­kłym ładunku uzy­ski­wano nim pręd­kość począt­kową 475 m/s, a z ładun­kiem spe­cjal­nym – 575 m/s. Podane war­to­ści prze­bi­jal­no­ści pan­ce­rza doty­czyły wła­śnie
tego spe­cjal­nego ładunku.
Działo miało celow­nik optyczny do strze­la­nia ogniem na wprost, w tym pro­wa­dze­nia ognia prze­ciw­pan­cer­nego. Głównym celow­ni­kiem był jed­nak tzw. kal­ku­la­tor sys­temu Proberta, umoż­li­wia­jący odpra­co­wa­nie wła­ści­wego kąta ele­wa­cji lufy po wpro­wa­dze­niu do mecha­nicz­nego prze­licz­nika odle­gło­ści do celu, prze­wyż­sze­nia lub prze­ni­że­nia celu w sto­sunku do pozy­cji działa oraz rodzaju ładunku. Dodatkowo wpro­wa­dzano nim kąt w azy­mu­cie, po wyze­ro­wa­niu poło­że­nia celow­nika za pomocą spe­cjal­nej pozio­micy, działo stało bowiem czę­sto na nie­rów­nym tere­nie i było prze­chy­lone. Wówczas pod­nie­sie­nie lufy na okre­ślony kąt powo­do­wało jej nie­znaczne wychy­le­nie w jedną czy drugą stronę, a ów celow­nik pozwa­lał na odli­cze­nie tego kąta odchy­le­nia
od naka­za­nego azy­mutu.
Azymut, czyli kąt zawarty mię­dzy pół­nocą a kie­run­kiem na cel, nie mógł być okre­ślony bez­po­śred­nio, bo arty­le­rzy­ści przy dzia­łach celu nie widzieli. Kiedy na mapie (a bry­tyj­skie mapy sły­nęły z dużej dokład­no­ści) pre­cy­zyj­nie okre­ślono poło­że­nie bate­rii i poło­że­nie wysu­nię­tego punktu obser­wa­cyj­nego, któ­rego nota­bene też arty­le­rzy­ści z reguły nie widzieli, mie­rzono azy­mut i odle­głość pomię­dzy bate­rią, a punk­tem obser­wa­cyj­nym. Kiedy z punktu obser­wa­cyj­nego udało się zmie­rzyć azy­mut i odle­głość do widocz­nego stam­tąd celu, dowódz­two bate­rii roz­wią­zy­wało pro­ste zada­nie try­go­no­me­tryczne: na mapie poja­wiły się dwa boki trój­kąta o wierz­choł­kach: bate­ria, punkt obser­wa­cyjny i cel, a znane boki to bate­ria – punkt obser­wa­cyjny oraz punkt obser­wa­cyjny – cel. Teraz trzeba było okre­ślić para­me­try trze­ciego boku: bate­ria – cel, czyli azy­mut i odle­głość pomię­dzy nimi, na pod­sta­wie wzo­rów try­go­no­me­trycz­nych bądź gra­ficz­nie, kre­śląc cały trój­kąt na mapie i mie­rząc para­me­try kątowe i dłu­gość (odle­głość) trze­ciego boku: bate­ria – cel. Na tej pod­sta­wie okre­ślano nastawy kątowe korzy­sta­jąc z przy­rzą­dów celow­ni­czych na dzia­łach.
Po pierw­szej sal­wie obser­wa­tor arty­le­ryj­ski poda­wał poprawki, które arty­le­rzy­ści wpro­wa­dzali z odpo­wied­niej tabeli, tak by „wstrze­lić” się w cele wyzna­czone do znisz­cze­nia. Dokładnie te same metody i te same przy­rządy celow­ni­cze sto­so­wano na dzia­łach Ordnance QF 25-poun­der uży­wa­nych w obu typach opi­sy­wa­nych w tym arty­kule dział samo­bież­nych, Bishop i Sexton. W dziale Bishop uży­wano działa bez hamulca wylo­to­wego, a w Sextonach – działo było wypo­sa­żone w hamu­lec wylo­towy. Brak hamulca wylo­to­wego na Bishopie powo­do­wał, że mio­ta­jący ładu­nek spe­cjalny mógł być sto­so­wany tylko z poci­skami prze­ciw­pan­cer­nymi.
W maju 1941 r. zde­cy­do­wano o budo­wie działa samo­bież­nego tego typu wyko­rzy­stu­ją­cego Ordnance QF 25-poun­der Mk I oraz pod­wo­zie czołgu pie­choty Valentine. Wersja Mk II zasto­so­wana póź­niej na Sextonie nie róż­niła się wiele – drobne zmiany w kon­struk­cji zamka (rów­nież pio­no­wego, kli­no­wego), a także celow­nika, w któ­rym wpro­wa­dzono moż­li­wość obli­czeń tra­jek­to­rii dla zmniej­szo­nych ładun­ków (po wyję­ciu worecz­ków), czego nie było na Mk I. Zmieniono też kąty ele­wa­cji lufy na ‑8o do +40o. Ta ostat­nia zmiana miała nie­wiel­kie zna­cze­nie na pierw­szym dziale samo­bież­nym Bishop, jako że w nim kąty były ogra­ni­czone do zakresu ‑5o do zale­d­wie +15o, o czym dalej.
Czołg Valentine był w Wielkiej Brytanii pro­du­ko­wany w trzech zakła­dach. Macierzyste Vickers-Armstrong Elswick Works pod Newcastle wypro­du­ko­wały ich 2515 sztuk. Kolejne 2135 szt. wyko­nała kon­tro­lo­wana przez Vickersa firma Metropolitan-Cammell Carriage and Wagon Co Ltd. w dwóch swo­ich zakła­dach, Old Park Works w Wednesbury i Washwood Heath pod Birmingham. I wresz­cie Birmingham Railway Carriage and Wagon Company w swo­ich zakła­dach w Smethwick pod Birmingham wypro­du­ko­wała 2205 czoł­gów tego typu. To wła­śnie ta ostat­nia firma otrzy­mała w maju 1941 r. zada­nie opra­co­wa­nia działa samo­bież­nego na pod­wo­ziu pro­du­ko­wa­nych tu czoł­gów Valentine.
Zadanie to zre­ali­zo­wano w dość pro­sty spo­sób, który jed­nak zaowo­co­wał nie­zbyt udaną kon­struk­cją. Po pro­stu na pod­wo­ziu czołgu Valentine II, w miej­sce jego czoł­go­wej wieży z armatą kal. 40 mm usta­wiono dużą wieżę z hau­bi­co­ar­matą 25-fun­tową kal. 87,6 mm. W jakimś sen­sie wóz ten przy­po­mi­nał w kon­cep­cji KW‑2, który był trak­to­wany jako czołg ciężki, a nie jako działo samo­bieżne. W radziec­kim wozie o sil­niej­szym jed­nak opan­ce­rze­niu usta­wiono obro­tową wieżę z sil­nym uzbro­je­niem w postaci arma­to­hau­bicy kal. 152 mm, o znacz­nie więk­szej sile raże­nia. W bry­tyj­skim wozie nato­miast wieża była nie­obro­towa, jej cię­żar wymu­szał bowiem opra­co­wa­nie nowego mecha­ni­zmu obrotu wieży.
Wieża miała dość solidny pan­cerz, po 60 mm z przodu i z boków, nieco mniej z tyłu gdzie zamon­to­wano sze­ro­kie, otwie­rane na dwie strony drzwi uła­twia­jące pro­wa­dze­nie ognia. Dach wieży miał pan­cerz o gru­bo­ści 8 mm. Wnętrze było bar­dzo cia­sne i jak się póź­niej oka­zało – słabo wen­ty­lo­wane. Samo pod­wo­zie miało pan­cerz o gru­bo­ści 60 mm w przed­niej czę­ści, oraz na bokach a dno miało gru­bość 8 mm. Przednia górna pochyła płyta miała gru­bość 30 mm, przed­nia dolna pochyła płyta – 20 mm, a tylna pochyła płyta (górna i dolna) – 17 mm. Góra kadłuba miała gru­bość 20 mm w przed­niej czę­ści i 10 mm w tyl­nej, nad sil­ni­kiem.
Napęd wozu sta­no­wił sil­nik wyso­ko­prężny AEC A190. Firma Associated Equipment Company (AEC) mająca swój zakład pro­duk­cyjny w Southall w zachod­niej czę­ści Londynu, zaj­mo­wała się pro­duk­cją auto­bu­sów, głów­nie miej­skich, przy czym nazwy ich modeli zaczy­nały się na „R”, pro­du­ko­wane zaś tu cię­ża­rówki miały nazwy na „M”. Chyba naj­bar­dziej znana była cię­ża­rówka AEC Matador, uży­wana jako cią­gnik do hau­bi­cor­mat kal. 139,7 mm, pod­sta­wo­wego typu bry­tyj­skiej arty­le­rii śred­niej (kor­pu­śnej). Dzięki temu firma ta miała doświad­cze­nie w opra­co­wa­niu sil­ni­ków wyso­ko­pręż­nych. A190 był czte­ro­su­wo­wym sze­ścio­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem wyso­ko­pręż­nym, wol­nos­są­cym, o pojem­no­ści cał­ko­wi­tej 9,65 l. Silnik ten dawał moc 131 KM przy 1800 obr./min. Zapas paliwa w głów­nym zbior­niku 145 l, a w pomoc­ni­czym – kolejne 25 l, razem 170 l. Zbiornik oleju do sma­ro­wa­nia sil­nika – 36 l. Silnik był chło­dzony wodą, pojem­ność insta­la­cji 45 l.
Napęd z umiesz­czo­nego z tyłu (podłuż­nie) sil­nika był prze­ka­zy­wany na skrzy­nię bie­gów typu 22 firmy Henry Meadows z Wolverhampton w Wielkiej Brytanii, mającą pięć bie­gów do przodu i jeden wsteczny. Ze skrzy­nią bie­gów sprzę­gnięto wie­lo­tar­czowe sprzę­gło główne, a ponadto do ste­ro­wa­nia była para sprzę­gieł bocz­nych na kołach napę­do­wych umiesz­czo­nych z tyłu. Koła napi­na­jące znaj­do­wały się z przodu. Po bokach pojazdu umiesz­czono po dwa wózki z każ­dej strony, każdy wózek miał trzy koła nośne. Dwa duże koła były skrajne i miały śred­nicę po 610 mm, cztery zaś koła wewnątrz miały śred­nicę po 495 mm. Gąsienice zło­żone ze 103 ogniw każda miały sze­ro­kość 356 mm.
Ze względu na kon­struk­cję wieży działo miało jedy­nie kąty pod­nie­sie­nia lufy w zakre­sie od ‑5o do +15o. Powodowało to ogra­ni­cze­nie mak­sy­mal­nej dono­śno­ści z nieco ponad 10 km (przy­po­mi­namy, że w tej wer­sji działa dla poci­sków odłam­kowo-burzą­cych nie można było sto­so­wać spe­cjal­nych ładun­ków mio­ta­ją­cych, a jedy­nie zwy­kłe) do zale­d­wie 5800 m. W toku eks­plo­ata­cji działa radzono sobie z tym w ten spo­sób, że załoga usy­py­wała nie­wielki nasyp, na który wjeż­dżano przo­dem działa, zwięk­sza­jąc kąty jego pod­nie­sie­nia. W wozie prze­wo­żono zapas 32 poci­sków i ładun­ków mio­ta­ją­cych do nich, co gene­ral­nie uzna­wano za nie­wy­star­cza­jącą ilość, ale miej­sca na wię­cej nie było. Dlatego czę­sto do działa docze­piano jed­no­osiową przy­czepkę amu­ni­cyjną nr 27 o masie w sta­nie zała­do­wa­nym ok. 1400 kg, w któ­rej można było prze­wo­zić dodat­kowe 32 sztuki amu­ni­cji. Była to taka sama przy­czepka, jaką sto­so­wano w wer­sji holo­wa­nej, gdzie peł­niła funk­cję przodka (cią­gnik holo­wał przy­czepkę, a do przy­czepki docze­piano działo).
Bishop nie miał zamon­to­wa­nego kara­binu maszy­no­wego, cho­ciaż prze­wi­dy­wano prze­wo­że­nie ręcz­nego kara­binu maszy­no­wego BESA kal. 7,7 mm, który mógł być moco­wany do uchwytu na dachu do ognia prze­ciw­lot­ni­czego. Załoga skła­dała się z czte­rech osób: kie­rowcy w przed­niej czę­ści kadłuba, po środku oraz trzech arty­le­rzy­stów w wieży: dowódcy, celow­ni­czego i ładow­ni­czego. W porów­na­niu do działa holo­wa­nego bra­ko­wało dwóch amu­ni­cyj­nych, więc obsługa działa wyma­gała więk­szego wysiłku ze strony załogi.
Birmingham Railway Carriage and Wagon Company z Smethwick pod Birmingham zbu­do­wała pro­to­typ Bishopa w sierp­niu 1941 r. i we wrze­śniu pod­dano go pró­bom. Dały one wynik pomyślny, podob­nie jak czołg Valentine wóz oka­zał się nie­za­wodny. Jego pręd­kość mak­sy­malna się­gała tylko 24 km/h, ale nie należy zapo­mi­nać, że pojazd powstał na pod­wo­ziu powol­nego czołgu pie­choty. Zasięg po dro­dze się­gał 177 km. Wzorem czołgu Valentine wypo­sa­że­nie łącz­no­ści skła­dało się z radio­sta­cji wire­less set No 19, opra­co­wa­nej przez Pye Radio Ltd. z Cambridge. Montowano radio­sta­cję w wer­sji „B” z zakre­sem czę­sto­tli­wo­ści 229 – 241 MHz, prze­zna­czoną do łącz­no­ści poje­dyn­czych wozów bojo­wych. Zasięg w zależ­no­ści od ukształ­to­wa­nia terenu wyno­sił od 1 do 1,5 km, co jak się oka­zało było nie­wy­star­cza­jącą odle­gło­ścią. Pojazd wypo­sa­żono też w roz­mów­nicę pokła­dową.
Po pomyśl­nych pró­bach pro­to­typu wozu, który nosił ofi­cjalną nazwę Ordnance QF 25-pdr on Carrier Valentine 25-pdr Mk 1, co wów­czas skra­cano cza­sem do 25-pdr Valentine (Valentine z 25-fun­tówką), wybuchł spór mię­dzy czoł­gi­stami a arty­le­rzy­stami, czy jest to czołg ciężki czy działo samo­bieżne. Konsekwencją tego sporu miało być to, kto ów wóz zamówi i do jakich jed­no­stek on trafi, pan­cer­nych czy arty­le­ryj­skich. Ostatecznie zwy­cię­żyli arty­le­rzy­ści i pojazd zamó­wiono na potrzeby arty­le­rii. Zamawiającym była pań­stwowa firma Royal Ordnance zaj­mu­jąca się zaopa­try­wa­niem wojsk bry­tyj­skich na zle­ce­nie rządu. Zamówienie na pierw­sze 100 sztuk skie­ro­wano w listo­pa­dzie 1941 r. do firmy Birmingham Railway Carriage and Wagon Company, która jak sama nazwa wska­zuje zaj­mo­wała się głów­nie pro­duk­cją taboru kole­jo­wego, ale w cza­sie wojny uru­cho­miono w niej pro­duk­cję pojaz­dów pan­cer­nych. Realizacja zamó­wie­nia postę­po­wała powoli, prio­ry­te­tem bowiem wciąż były dostawy czoł­gów Valentine. Dostawy zmo­dy­fi­ko­wa­nych dział dla Bishopa pro­wa­dziły zakłady Vickers Works w Sheffield, działa pro­du­ko­wał też główny zakład Vickers-Armstrong w Newcastle upon Tyne.

M7 Priest należące do 13th (The Honourable Artillery Company) Field Regiment, Royal Horse Artillery, dywizjonu artylerii samobieżnej z 11. DPanc na froncie włoskim.

M7 Priest nale­żące do 13th (The Honourable Artillery Company) Field Regiment, Royal Horse Artillery, dywi­zjonu arty­le­rii samo­bież­nej z 11. DPanc na fron­cie wło­skim.

Do lipca 1942 r. dostar­czono woj­sku 80 dział Ordnance QF 25-pdr on Carrier Valentine 25-pdr Mk 1, które w woj­sku szybko nazwano Bishop, czyli biskup. Wieża działa koja­rzyła się żoł­nie­rzom z mitrą, nakry­ciem głowy biskupa o podob­nym kształ­cie, dla­tego tak zaczęli działo nazy­wać – biskup. Nazwa ta przy­lgnęła i póź­niej została usank­cjo­no­wana ofi­cjal­nie. Co cie­kawe, kiedy póź­niej dostar­czono ame­ry­kań­skie działa samo­bieżne M7 kal. 105 mm, jego okrą­gły pier­ścień moco­wa­nia kara­binu maszy­no­wego przy­po­mi­nał żoł­nie­rzom ambonę, więc działo zostało nazwane Priest (ksiądz). Zapoczątkowało to tra­dy­cję nazy­wa­nia dział samo­bież­nych z „kle­ry­kal­nego” klu­cza. Kiedy póź­niej poja­wił się bliź­niak Priesta pro­duk­cji kana­dyj­skiej (o czym dalej), ale pozba­wiony cha­rak­te­ry­stycz­nej dla ame­ry­kań­skiego działa „ambony”, nazwano go Sexton, czyli kościelny. Prowizoryczne działo prze­ciw­pan­cerne kal. 57 mm na cię­ża­rówce nosiło nazwę Dean – dia­kon. I wresz­cie powo­jenne bry­tyj­skie działo samo­bieżne kal. 105 mm nazwano Abbot – opat.
Mimo kolej­nych zamó­wień na dwie par­tie 50 i 20 dział Bishop z opcją na 200 kolej­nych, ich pro­duk­cja nie była kon­ty­nu­owana. Przypuszczalnie zakoń­czyło się na zbu­do­wa­niu jedy­nie owych 80 sztuk dostar­czo­nych do lipca 1942 r. Przyczyną tego było „odkry­cie” ame­ry­kań­skiej hau­bicy samo­bież­nej M7 (tej, którą póź­niej nazwano Priest) na pod­wo­ziu czołgu śred­niego M3 Lee, przez bry­tyj­ską misję zaku­pów pan­cer­nych w Stanach Zjednoczonych – British Tank Mission. Działo to było o wiele bar­dziej udane od Bishopa. Było w nim znacz­nie wię­cej miej­sca dla załogi i zapasu amu­ni­cji, kąty ostrzału w pio­nie nie były ogra­ni­czone, a ponadto wóz był szyb­szy, zdolny do towa­rzy­sze­nia bry­tyj­skim czoł­gom „krą­żow­ni­czym” (szyb­kim) w dywi­zjach pan­cer­nych.
Zamówienie Priesta spo­wo­do­wało zanie­cha­nie dal­szych zaku­pów Bishopa, mimo, że Priest też był roz­wią­za­niem tym­cza­so­wym, z powodu koniecz­no­ści wpro­wa­dze­nia do służb zaopa­trze­nia (maga­zy­no­wa­nie, trans­port, dostawy) nie­ty­po­wej dla Brytyjczyków ame­ry­kań­skiej amu­ni­cji kal. 105 mm oraz czę­ści zamien­nych dla działa pro­duk­cji ame­ry­kań­skiej. Samo pod­wo­zie już się w bry­tyj­skiej armii zaczęło roz­po­wszech­niać z powodu dostaw czoł­gów M3 Lee (Grant), więc kwe­stia czę­ści zamien­nych dla pod­wo­zia nie sta­no­wiła pro­blemu.
Pierwszą jed­nostką wypo­sa­żoną w działa Bishop był 121. Dywizjon Polowy Królewskiej Artylerii (121st Field Regiment, Royal Artillery). Dywizjon ten wypo­sa­żony w holo­wane „25-fun­tówki”, wal­czył w Iraku w 1941 r. jako samo­dzielny, a latem 1942 r. został ścią­gnięty do Egiptu jako wzmoc­nie­nie 8. Armii. Po prze­zbro­je­niu na Bishopy miał on dwie ośmio­dzia­łowe bate­rie: 275th (3rd West Riding) i 276th (11th West Riding). Każda bate­ria dzie­liła się na dwa plu­tony, a te z kolei na sek­cje po dwa działa. W paź­dzier­niku 1942 r. 121. Dywizjon pod­po­rząd­ko­wano 23. Brygadzie Pancernej (powinna nosić nazwę bry­gada czoł­gów, ale pozo­stała „pan­cerną” po jej wyłą­cze­niu z 8. DPanc, która nie wzięła udziału w wal­kach), wypo­sa­żo­nej w czołgi Valentine. Brygada z kolei wcho­dziła w skład XXX Korpusu, który w cza­sie tzw. dru­giej bitwy pod El Alamein gru­po­wał dywi­zje pie­choty (austra­lij­ską 9. DP, bry­tyj­ską 51. DP, nowo­ze­landzką 2. DP, połu­dnio­wo­afry­kań­ską 1. DP i indyj­ską 4. DP). Później dywi­zjon ten wal­czył na Linii Mareth w lutym i marcu 1943 r., a następ­nie wziął udział w kam­pa­nii wło­skiej, wciąż jako samo­dzielny. Wiosną 1944 r. prze­nie­siono go do Wielkiej Brytanii i prze­zbro­jono na holo­wane hau­bice kal. 139,7 mm, stał się więc on dywi­zjo­nem arty­le­rii śred­niej.
Drugą jed­nostką na Bishopach stał się 142nd (Royal Devon Yeomanry) Field Regiment, Royal Artillery, wypo­sa­żony w te wozy w Tunezji w maju-czerwcu 1943 r. Następnie dywi­zjon ten wszedł do walki na Sycylii, a póź­niej we Włoszech jako samo­dzielny pod­od­dział w skła­dzie arty­le­rii 8. Armii. Tuż przed tym, jak prze­rzu­cono go jako wzmoc­nie­nie sił, które wylą­do­wały pod Anzio, na początku 1944 r., dywi­zjon prze­zbro­jono z Bishopów na działa M7 Priest. Od tej pory Bishopy wyko­rzy­sty­wano wyłącz­nie do szko­le­nia. Poza Libią, Tunezją, Sycylią i połu­dnio­wymi Włochami, działa tego typu nie wal­czyły na innych teatrach dzia­łań wojen­nych.

  • Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE