Bateria, bacz­ność!

Zaprzezony dzialon artylerii lekkiej podczas defilady na Polu Mokotowskim w Warszawie 17 maja 1935 r. w ramach uroczystosci pogrzebowych po smierci Marszalka Pilsudskiego, pochodzacy z 1. pal Legionow z Wilna lub z 32. dal z Rembertowa.

Zaprzezony dzia­lon arty­le­rii lek­kiej pod­czas defi­lady na Polu Mokotowskim w Warszawie 17 maja 1935 r. w ramach uro­czy­sto­sci pogrze­bo­wych po smierci Marszalka Pilsudskiego, pocho­dzacy z 1. pal Legionow z Wilna lub z 32. dal z Rembertowa.

Na tle codzien­nego życia woj­sko­wego zda­rze­niem więk­szego zna­cze­nia jest defi­lada. Wymaga ona od żoł­nie­rza dużego wysiłku ner­wów i mię­śni, bo i on i oddział, do któ­rego należy, zdaje publiczny egza­min ze swego wyglądu i spraw­no­ści woj­sko­wej przed naj­wyż­szym prze­ło­żo­nym i spo­łe­czeń­stwem. Na defi­la­dzie woj­sko bez­po­śred­nio styka się z sze­ro­kimi war­stwami lud­no­ści miej­sco­wej. Tu wła­śnie nastę­puje bliż­sza stycz­ność spo­łe­czeń­stwa z woj­skiem. Tak pisał ognio­mistrz Jan Laskus, w cza­so­pi­śmie WIARUS z 4 grud­nia 1937 r. w arty­kule „Nasze defi­lady i ich zna­cze­nie”.

Już na wstę­pie można stwier­dzić, że oma­wiane wozy bojowe pomimo zewnętrz­nych podo­bieństw i tech­no­lo­gicz­nych ana­lo­gii róż­niły się od sie­bie pod wie­loma wzglę­dami. Choć sowiecki i pol­ski czołg były w pro­stej linii roz­wi­nię­ciem angiel­skiego sze­ścio­to­nowca firmy Vickers-Armstrong, to ujmu­jąc rzecz za pomocą współ­cze­snego języka, tzw. pro­to­kół roz­bież­no­ści, nie byłby dla obu wozów listą krótką. Na początku lat trzy­dzie­stych Polska zaku­piła 38 czoł­gów Vickers Mk E w wer­sji dwu­wie­żo­wej, nieco póź­niej zama­wia­jąc jesz­cze w zakła­dach w Elswick par­tię 22 wież dwu­bro­nio­wych. Zamówienie dla ZSRR było nieco skrom­niej­sze i ogra­ni­czyło się tylko do 15 wozów dwu­wie­żo­wych. W obu przy­pad­kach szybko stwier­dzono, że angiel­ski czołg nie jest wolny od wad, a rodzimy prze­mysł jest w sta­nie stwo­rzyć wła­sny i lep­szy, odpo­wied­nik na pod­sta­wie angiel­skiego wzorca. W ten spo­sób nad Wisłą naro­dził się 7TP, a nad Newą T-26.
Ponieważ począt­kowe, dwu­wie­żowe warianty czoł­gów były do sie­bie bar­dzo podobne, skon­cen­tru­jemy się na omó­wie­niu „peł­no­war­to­ścio­wych” czyli jed­no­wie­żo­wych czoł­gów, będą­cych w dru­giej poło­wie lat trzy­dzie­stych wyznacz­ni­kiem nowo­cze­sno­ści. Maszyny te mogły bowiem tak jak wozy dwu­wie­żowe prze­ciw­dzia­łać pie­cho­cie, jak rów­nież zwal­czać wozy opan­ce­rzone prze­ciw­nika, wyko­rzy­stu­jąc umiesz­czoną w nich broń prze­ciw­pan­cerną. Chcąc doko­nać moż­li­wie wia­ry­god­nej oceny obu pojaz­dów należy omó­wić ich naj­waż­niej­sze ele­menty, wska­zu­jąc zarówno na ist­nie­jące róż­nice, jak i podo­bień­stwa.

Kadłub

W pierw­szych latach wytwa­rza­nia wozów T-26 kadłub czoł­gów sowiec­kich był wyko­nany z płyt pan­cer­nych łączo­nych do kątow­ni­ko­wego ste­laża za pomocą dobrze widocz­nych na foto­gra­fiach i dość masyw­nych nitów. W swo­jej for­mie powie­lał on wobec tego roz­wią­za­nia czołgu Vickers, przy czym nity na wozach sowiec­kich wydają się więk­sze, a sta­ran­no­ścią wyko­na­nia z pew­no­ścią ustę­po­wały angiel­skim odpo­wied­ni­kom. Polecenie roz­po­czę­cia maso­wej pro­duk­cji T-26 wywo­łało w sowiec­kim prze­my­śle lawinę trud­no­ści. Pierwszą z nich sta­no­wiła tech­no­lo­gia wytwa­rza­nia nie tylko 13, ale nawet 10-mili­me­tro­wych płyt pan­cer­nych odpo­wia­da­ją­cych stan­dar­dowi mate­riału zaku­pio­nego w Anglii. Z cza­sem odpo­wied­nie roz­wią­za­nia zostały opa­no­wane, jed­nak odby­wało się to stop­niowo i przy cha­rak­te­ry­stycz­nym dla ZSRR olbrzy­mim nakła­dzie sił i środ­ków, nie­ak­cep­to­wa­nym w innych kra­jach.
Już w 1932 r. pro­du­cent blach pan­cer­nych dla czoł­gów T-26 pod­jął pierw­sze próby odej­ścia od cza­so­chłon­nych i mniej trwa­łych łączeń nito­wych, na rzecz spa­wa­nia, które udało się opa­no­wać w akcep­to­wal­nej for­mie dopiero na prze­ło­mie lat 1933 – 34. Do tego czasu Armia Czerwona dys­po­no­wała już liczbą około 2500 dwu­wie­żo­wych czoł­gów T-26. Połowa lat trzy­dzie­stych była dla pan­cer­nych kon­struk­cji sowiec­kich, w tym i dla T-26, prze­ło­mowa. Zaznajomiony już z pro­jek­tem prze­mysł roz­wi­jał masową pro­duk­cję wozów ze spa­wa­nymi kadłu­bami, pra­cu­jąc nad sze­re­giem dal­szych mody­fi­ka­cji doty­czą­cych m.in. dwu­bro­nio­wego jarzma. Tymczasem w Polsce wytwa­rza­nie czoł­gów lek­kich prze­bie­gało tem­pem bie­gu­nowo innym niż za wschod­nią gra­nicą. Zamawiane w krót­kich seriach czołgi nadal łączono z kątow­ni­ko­wym szkie­le­tem za pomocą spe­cjal­nych śrub stoż­ko­wych, co pod­no­siło cię­żar czołgu, podra­żało pro­duk­cję i czy­niło ją bar­dziej cza­so­chłonną. Niemniej jed­nak, pol­ski kadłub wyko­nany z płyt pan­cer­nych z jed­no­rod­nej stali utwar­dza­nej powierzch­niowo, został póź­niej oce­niony przez spe­cja­li­stów z Kubinki jako trwal­szy niż jego odpo­wied­nik w T-26.
Wskazanie bez­sprzecz­nego lidera jeśli cho­dzi o bla­chy pan­cerne i tech­no­lo­gię wytwa­rza­nia jest w tym przy­padku utrud­nione. Pancerz pol­skiego czołgu był bar­dziej prze­my­ślany i w naj­bar­dziej istot­nych miej­scach grub­szy niż płyty wozów sowiec­kich wytwa­rza­nych do 1938 roku. Z kolei Sowieci mogli poszczy­cić się fak­tem powszech­nego pod koniec lat trzy­dzie­stych spa­wa­nia kadłu­bów czoł­gów. Wynikało to zarówno z wiel­ko­ska­lo­wej pro­duk­cji wozów bojo­wych, gdzie oma­wiana techo­lo­gia była znacz­nie bar­dziej opła­calna oraz nie­ogra­ni­czo­nego finan­sowo poten­cjału badaw­czo-roz­wo­jo­wego.

  • Paweł Janicki

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE