Awantura o turec­kie Triumfy

Pojazd transporotwo-załadowczy 22T6E do przeładowywania wyrzutni systemu S-400 wyjeżdża 12 lipca z ładowni Iła-76MD rosyjskiego Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. W rogach emblematy tureckiego dywizjonu S-400 autorstwa Ömera Erkmena.

Pojazd trans­po­ro­two-zała­dow­czy 22T6E do prze­ła­do­wy­wa­nia wyrzutni sys­temu S‑400 wyjeż­dża 12 lipca z ładowni Iła-76MD rosyj­skiego Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. W rogach emble­maty turec­kiego dywi­zjonu S‑400 autor­stwa Ömera Erkmena.

12 lipca na lot­ni­sku woj­sko­wym Mürted, 35 km na pół­nocny zachód od Ankary, wylą­do­wały trzy rosyj­skie samo­loty trans­por­towe, z ładowni któ­rych wyje­chały pierw­sze pojazdy nale­żące do kupio­nych przez Turcję rosyj­skich rakie­to­wych sys­te­mów prze­ciw­lot­ni­czych Ałmaz-Antiej S‑400 Triumf. W ten spo­sób roz­po­czął się kolejny etap pro­gramu T‑LORAMIDS, któ­rego początki się­gają pierw­szych lat ubie­głej dekady, a któ­rego kilka zwro­tów akcji, jak i obecny wynik spra­wiły, że był naj­gło­śniej­szym medial­nie pro­gra­mem zbro­je­nio­wym. Przynajmniej w euro­pej­skiej i zachod­niej bańce medial­nej.

Pierwsze samo­loty An-124 i Ił-76 przy­wio­zły część taboru samo­cho­do­wego (w tym pomoc­ni­czego i trans­por­to­wego), a naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym skład­ni­kiem oka­zał się pojazd z żura­wiem zała­dow­czym (ТZМ) 22Т6E. W dal­szych dniach lądo­wały kolejne samo­loty i dostawy były kon­ty­nu­owane. 17 lipca w wywia­dzie dla agen­cji Interfaks rosyj­ski wice­pre­mier Jurij Borysow powie­dział, że Rosja dostar­czy zamó­wiony sprzęt do końca roku, choć w momen­cie pod­pi­sa­nia umowy w 2017 r. podano 22 marca 2020 r. jako ter­min zakoń­cze­nia dostaw (wielu mediom ten niu­ans umyka i błęd­nie powta­rzają, że Turcja kupiła S‑400 wła­śnie teraz). W mię­dzy­cza­sie kolejne tury przy­szłych turec­kich ope­ra­to­rów sys­temu prze­cho­dzą szko­le­nie w Rosji.
Nie wia­domo, czy fak­tycz­nie mamy do czy­nie­nia z przy­spie­sze­niem dostaw. Natomiast prze­rzut czę­ści sprzętu drogą lot­ni­czą, choć mógłby pły­nąć stat­kami (nimi pra­wie na pewno i tak będą dostar­czane pojem­niki trans­por­towo-star­towe z poci­skami ze względu na warunki prze­wo­że­nia takiego ładunku) jest wyraź­nie obli­czony na okre­ślony efekt medialny.
Przy tej oka­zji nie zabra­kło róż­nego typu pseu­do­pu­bli­cy­stycz­nych wynu­rzeń nad­wi­slań­skich wyznaw­ców Konsensusu Waszyngtońskiego odno­śnie, jak „uka­rać krnąbrną Turcję”, z czego naj­za­baw­niej­szym inte­lek­tu­al­nie postu­la­tem był ten o jej rele­go­wa­niu z NATO. Ukazywał on zupełne nie­zro­zu­mie­nie czyim inte­re­som służy NATO i dla­czego dane pań­stwa są jego człon­kami. W II Rzeczypospolitej takim nad­gor­li­wym okcy­den­ta­li­stom mówiło się „nie bądź taki Anglik z Kołomyi”, czego dzi­siej­szym odpo­wied­ni­kiem mógłby być „atlan­ty­sta z Dorohuska”. Ale naprawdę zabaw­nie robi się, gdy porówna się symp­tomy para­noi po obu stro­nach „bary­kady”. O ile media w NATO wiesz­czą koniec turec­kiego człon­ko­stwa w Sojuszu, to pesy­mi­ści rosyj­scy snują kasan­dryczne wizje NATO-wskiego (ame­ry­kań­skiego) spi­sku, mają­cego na celu uzy­skać dostęp do S‑400. W wer­sji nieco opty­mi­stycz­nej ostrze­ga­jące, że sto­sunki z Turcją pre­zy­denta Recepa Erdoğana mogą ulec w każ­dej chwili ponow­nemu pogor­sze­niu z powodu kwe­stii syryj­skich lub armeń­skich, że może dojść do zmiany wła­dzy w Turcji i powrotu wpły­wów Waszyngtonu, że nie należy sprze­da­wać pań­stwu NATO nowo­cze­snego rosyj­skiego uzbro­je­nia, w przy­padku kon­fliktu z Turcją ta może użyć S‑400 prze­ciw Rosji itd. Raczej nie należy mieć złu­dzeń, że sprze­daż S‑400 to wynik pochop­nie pod­ję­tej decy­zji rosyj­skich władz, albo że sprze­daż tego uzbro­je­nia jest dla Moskwy celem samym w sobie. Jest to bar­dziej efekt uboczny dłu­go­let­niej regio­nal­nej poli­tyki Stanów Zjednoczonych, w któ­rej Turcja była trak­to­wana przed­mio­towo z pomi­nię­ciem jej regio­nal­nych ambi­cji.
Niemniej w arty­kule sku­pimy się na obro­nie prze­ciw­lot­ni­czej, wątki poli­tyczne tylko przy­po­mi­na­jąc i trak­tu­jąc je jako chro­no­lo­giczną ramę wyda­rzeń.

Technicznym symbolem nowoczesności Sił Zbrojnych Turcji mogą być samoloty wczesnego wykrywania i dowodzenia Boeing 737 AEW&C Peace Eagle, kupione w Stanach Zjednoczonych.

Technicznym sym­bo­lem nowo­cze­sno­ści Sił Zbrojnych Turcji mogą być samo­loty wcze­snego wykry­wa­nia i dowo­dze­nia Boeing 737 AEW&C Peace Eagle, kupione w Stanach Zjednoczonych.

Turecka obrona prze­ciw­lot­ni­cza wczo­raj i dziś

Szczegółowy opis ewo­lu­cji turec­kiej naziem­nej obrony prze­ciw­lot­ni­czej wykra­cza poza ramy tego arty­kułu, dla­tego opi­szemy ją skró­towo. Pod wzglę­dem orga­ni­za­cji i wypo­sa­że­nia turecka OPL jest typo­wym przy­kła­dem zachod­niego (NATO-wskiego) podej­ścia. Widzimy wyraźny pry­mat lot­nic­twa myśliw­skiego nad naziemną OPL. Za obronę powietrzną pań­stwa odpo­wia­dają siły powietrzne (Türk Hava Kuvvetleri), a OPL wojsk lądo­wych (Türk Kara Kuvvetleri) ogra­ni­cza się do wyrzutni poci­sków prze­ciw­lot­ni­czych bar­dzo krót­kiego zasięgu (łącz­nie kilka tysięcy Raytheon FIM-92A/C Stinger, kupo­wa­nych od 1986 r., współ­pro­du­ko­wa­nych też na licen­cji przez Roketsana) na nośni­kach samo­bież­nych i jako zestawy prze­no­śne oraz śred­nio­ka­li­bro­wych armat prze­ciw­lot­ni­czych kilku typów. Potencjał OPL uzu­peł­nia flota (Türk Deniz Kuvvetleri), któ­rej część fre­gat i kor­wet prze­nosi rakie­towe uzbro­je­nie prze­ciw­lot­ni­cze, a w pla­nach jest budowa m.in. czte­rech nisz­czy­cieli OPL typu TF-2000, które znacz­nie zwięk­szą moż­li­wo­ści turec­kiej mary­narki w tym wzglę­dzie. Jednak broń prze­ciw­lot­ni­czą jej okrę­tów należy raczej roz­pa­try­wać w kon­tek­ście samo­obrony samych jed­no­stek lub zespo­łów floty.
Jeżeli cho­dzi o naziemne sys­temy prze­ciw­lot­ni­cze to na papie­rze są one bar­dzo liczne, jed­nak zupeł­nie nie z tej epoki. Warstwę OPL powy­żej Stingerów two­rzą bry­tyj­skie zestawy rakie­towe BAe Dynamics Rapier. Turcja w latach 1983 – 1995 kupiła 86 wyrzutni i 40 sta­cji kie­ro­wa­nia ogniem Alenia Marconi Systems Blindfire wraz z poci­skami Mk 2. W 1996 r. Turcja zamó­wiła ich moder­ni­za­cję wraz z dosta­wami poci­sków Mk 2B, które lokalny prze­mysł współ­pro­du­ko­wał i uzy­skał moż­li­wo­ści ich ser­wi­so­wa­nia, ale naj­wy­raź­niej przy pomocy dostaw­ców bry­tyj­skich (sil­nik, układy napro­wa­dza­nia). Rapiery na pewno prze­zna­czono do obrony baz lot­ni­czych i można zakła­dać, że nadal pozo­stają w linii.
Turcja dys­po­nuje też sys­te­mami rakie­to­wymi śred­niego zasięgu Raytheon MIM-23 I‑Hawk. Ankara chciała kupić Hawki jesz­cze w latach 90. Nawet 12 bate­rii. Negocjowano ze Stanami Zjednoczonymi, potem z Holandią i Belgią (łącz­nie miały do sprze­da­nia 10 bate­rii), ale nie osią­gnięto poro­zu­mie­nia. Do tematu powró­cono w obec­nym wieku, kiedy w 2001 r. kupiono (dostawa w 2007 r.) od Stanów Zjednoczonych osiem wyco­fa­nych z US Army bate­rii (Fire Units, łącz­nie 24 wyrzut­nie) I‑Hawk PIP‑3 za 270 mln USD, zmo­der­ni­zo­wa­nych do wer­sji MIM-23P I‑Hawk XXI (przy udziale Kongsberga) z opto­elek­tro­nicz­nymi sys­te­mami wykry­wa­nia i śle­dze­nia HEOS, sta­cjami wykry­wa­nia i śle­dze­nia celów Raytheon AN/MPQ-64F1 Sentinel (osiem szt.), a także sta­no­wi­skami dowo­dze­nia FDC z sys­temu NASAMS (część źró­deł wska­zuje, że turec­kie Hawki są dosto­so­wane do poci­sków SL-AMRAAM, jed­nak poci­sków i ich wyrzutni Turcja nie kupiła). W ramach trans­ak­cji Stany Zjednoczone „poda­ro­wały” też Turcji 175 poci­sków kie­ro­wa­nych MIM-23B. Podzielone na dwa dywi­zjony, Hawki roz­miesz­czono wokół Stambułu (po dywi­zjo­nie po obu stro­nach Bosforu). W 2017 r. Ankara prze­rzu­ciła nie­znaną liczbę bate­rii na pogra­ni­cze turecko-syryj­skie jako osłonę oddzia­łów lądo­wych w ope­ra­cji „Tarcza Eufratu”.
Najwyższe pię­tro OPL, zara­zem pierw­sze histo­rycz­nie rakie­towe sys­temy prze­ciw­lot­ni­cze turec­kiego woj­ska, sta­no­wią ame­ry­kań­skie sys­temy Western Electric MIM-14B/C Improved Nike Hercules rodem z lat 50. W latach 1959 – 1964 Turcja kupiła 72 wyrzut­nie. Niektóre źró­dła podają, że ich liczba z cza­sem się­gnęła 128. Na początku tego wieku turec­kie MIM-14 były zor­ga­ni­zo­wane w cztery dywi­zjony z 92 wyrzut­niami. Formalnie funk­cjo­nują one do dziś, „bro­niąc” sto­licy, ale fak­tycz­nie jest to obrona eta­tów i struk­tur, znana też z Wojska Polskiego.
I tak za bez­pie­czeń­stwo turec­kiego nieba odpo­wia­dają przede wszyst­kim samo­loty myśliw­skie, czyli w zasa­dzie 244 Lockheed Martin F‑16 kilku wer­sji. Tureckie moż­li­wo­ści napro­wa­dza­nia lot­nic­twa myśliw­skiego sko­kowo wzro­sły wraz z zaku­pem w Stanach Zjednoczonych czte­rech samo­lo­tów wcze­snego ostrze­ga­nia i dowo­dze­nia Boeing 737 AEW&C Peace Eagle, czyli „lata­ją­cych rada­rów”, dostar­cza­nych od 2014 r. Wcześniej turec­kie myśliwce były napro­wa­dzane wyłącz­nie z ziemi na pod­sta­wie obrazu sytu­acji powietrz­nej, uzy­ski­wa­nej przez naziemne sta­cje radio­lo­ka­cyjne. Ich siatka składa się z poste­run­ków radio­lo­ka­cyj­nych ze sta­cjami wcze­snego wykry­wa­nia i dozoru – ame­ry­kań­skich Lockheed Martin AN/FPS-117 i Hughes HR-3000 HADR oraz wło­skich Selex ES RAT-31SL/DL. O ile te ostat­nie to radary odpo­wied­nio z lat 90. i współ­cze­sne, to sta­cje ame­ry­kań­skie wypro­du­ko­wano jesz­cze w latach 80. Podobnie, jak w przy­padku Polski, budowa poste­run­ków radio­lo­ka­cyj­nych w Turcji była współ­fi­nan­so­wana przez NATO. Takie środki dobrze spraw­dzają się w przy­padku prze­chwy­ty­wa­nia samo­lo­tów (pomi­ja­jąc, że F‑16 to bar­dziej wie­lo­za­da­niowy myśli­wiec tak­tyczny, niż prze­chwy­tu­jący czy wywal­cze­nia prze­wagi powietrz­nej), ale mają bar­dzo ogra­ni­czoną przy­dat­ność przy zwal­cza­niu poci­sków manew­ru­ją­cych i żadną w przy­padku poci­sków bali­stycz­nych. Dlatego suge­stie, że turecki rząd kupuje S‑400, bo po nie­uda­nej pró­bie puczu i aresz­to­wa­niu woj­sko­wych spi­skow­ców nie ma kto latać F‑16, dowo­dzi nie­zro­zu­mie­nia spe­cy­fiki turec­kiej OPL, nawet jeśli teza o tak głę­bo­kich czyst­kach kadro­wych w woj­sku jest praw­dziwa. Kolejnym pro­ble­mem jest eks­plo­ata­cja F‑16 w reżi­mie dłu­gich lotów patro­lo­wych nad roz­le­głym tery­to­rium, co powo­duje przy­spie­szone wyczer­py­wa­nie resur­sów samo­lo­tów. Ale nie jedy­nym, o czym póź­niej.
Tureckie sys­temy dowo­dze­nia obroną powietrzną (C3) są połą­czone bądź kom­pa­ty­bilne z NATO-wskim sys­te­mem Air Command Control System (ACCS), uru­cho­mio­nym w 2015 r. i suk­ce­syw­nie roz­bu­do­wy­wa­nym. ACCS ma doce­lowo łączyć ponad 20 regio­nal­nych ośrod­ków dowo­dze­nia, poczy­na­jąc od NATO-wskiego dowódz­twa obrony powietrz­nej, czyli AIRCOM w nie­miec­kim Ramstein. ACCS ma za zada­nie dostar­czać w cza­sie rze­czy­wi­stym zin­te­gro­wany obraz sytu­acji powietrz­nej nad pań­stwami Sojuszu, kon­tro­lo­wać ruch powietrzny, koor­dy­no­wać dzia­ła­nia sojusz­ni­czego lot­nic­twa itd. W teo­rii ACCS ma umoż­li­wić sku­teczną obronę przed ata­kiem lot­ni­czym. Biorąc pod uwagę, że obrona powietrzna NATO opiera się na myśliw­cach, to w przy­padku hipo­te­tycz­nego – choćby lokal­nego, ale sko­or­dy­no­wa­nego – ude­rze­nia lot­ni­czo-rakie­to­wego, sku­tecz­ność para­sola ACCS może budzić wąt­pli­wo­ści. Notabene, wcho­dzące w skład ACCS regio­nalne cen­trum dowo­dze­nia (Combined Air Operations Centre, CAOC), odpo­wie­dzialne za m.in. turecką prze­strzeń powietrzną od 2013 r. mie­ści się w… hisz­pań­skim Torrejón, po likwi­da­cji ana­lo­gicz­nego ośrodka w Turcji.
Jeżeli Ankara kupi­łaby sys­temy OPL chiń­skie lub rosyj­skie, to mimo tech­nicz­nej moż­li­wo­ści inte­gra­cji ich środ­ków wykry­wa­nia i dowo­dze­nia z NATO-wskimi sys­te­mami C3/C4, jak ACCS, trudno sobie wyobra­zić zgodę pozo­sta­łych państw Sojuszu (nie tylko Stanów Zjednoczonych) na taki zabieg. Tym bar­dziej, że musie­liby w nim też uczest­ni­czyć spe­cja­li­ści pro­du­cen­tów tych sys­te­mów. W rezul­ta­cie Turcja musia­łaby zbu­do­wać wła­sny rów­no­le­gły sys­tem dowo­dze­nia obroną powietrzną. Wykonalne, ale kosz­towne i nie wia­domo, czy uda­łoby się w pełni prze­zwy­cię­żyć np. trud­no­ści tech­niczne z inte­gra­cją sys­temu „swój – obcy”.
Ze sła­bo­ści swo­jej naziem­nej OPL Turcja zda­wała sobie sprawę już dawno. Pierwszym dzwon­kiem alar­mo­wym była wojna w Zatoce Perskiej w 1991 r., kiedy w ramach wspar­cia sojusz­ni­czego do Turcji prze­rzu­cono bate­rie ame­ry­kań­skich Patriotów. Skończyło się na ner­wach, gdyż Irak nie odpa­lał poci­sków bali­stycz­nych w jej kie­runku. Po woj­nie poja­wiła się moż­li­wość zakupu przez Turcję Patriotów z doto­wa­niem finan­so­wa­nia poprzez Gulf Defense Fund. Jednak wów­czas gene­ra­ło­wie Türk Hava Kuvvetleri woleli nabyć w ten spo­sób 80 dodat­ko­wych F‑16. Wzmocnienie OPL ogra­ni­czono do zakupu wspo­mnia­nych, uży­wa­nych 30-let­nich Hawków. Mało kto dziś pamięta, że w latach 90. Turcja zapro­po­no­wała Stanom Zjednoczonym swój udział w pro­gra­mach obrony prze­ciw­ba­li­stycz­nej. Gotowa była na par­ty­cy­pa­cję finan­sową, w zamian liczyła na roz­wój wła­snego zaple­cza badaw­czo-roz­wo­jo­wego. Waszyngton nie był nawet zain­te­re­so­wany turec­kim wkła­dem. Podobnie skoń­czyła się ana­lo­giczna turecka ini­cja­tywa odno­śnie dołą­cze­nia do izra­el­sko-ame­ry­kań­skiego pro­gramu sys­temu prze­ciw­ba­li­stycz­nego Arrow 2. W tam­tych latach Turcja była dużym odbiorcą izra­el­skiego uzbro­je­nia i miała dobre sto­sunki z Izraelem (które ule­gły dra­stycz­nemu pogor­sze­niu dopiero w 2010 r., gdy Ankara zde­cy­do­wa­nie ujęła się za Palestyńczykami, wysy­ła­jąc pomoc huma­ni­tarną do Gazy). Niewiele to pomo­gło, ofi­cjal­nie Izrael był chętny, ale wska­zy­wał na zaku­li­sowy opór Stanów Zjednoczonych, a te twier­dziły, że jest dokład­nie odwrot­nie. Poza tym druga połowa lat 90. była dla Turcji okre­sem deko­niunk­tury gospo­dar­czej i nie­sta­bil­no­ści poli­tycz­nej. Wtedy też, na początku 1998 r., Turcja była bli­ska zakupu Patriotów PAC‑2, ale na dro­dze sta­nął koszt i ówcze­sne pro­blemy budże­towe.
W 2003 r. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania naje­chały Irak i pro­blem ade­kwat­nej obrony prze­ciw­ba­li­stycz­nej Turcji powró­cił. Jednak ani w 1991, ani w 2003 r. (albo obec­nie, vide „kiksy” sau­dyj­skich Patriotów) sku­tecz­ność Patriotów nie była dla turec­kich woj­sko­wych prze­ko­ny­wu­jąca.
W 2003 r. wybory par­la­men­tarne w Turcji po raz pierw­szy wygrała, obec­nie rzą­dząca, Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkınma Partisi, AKP). Wówczas roz­po­częto poli­tykę, w któ­rej pry­mat w prze­my­śle obron­nym mają rodzime prace roz­wo­jowe zamiast licen­cyj­nej pro­duk­cji lub współ­pro­duk­cji. W 2006 r. Podsekretariat ds. Przemysłu Obronnego (SSM – Savunma Sanayii Mustesarligi, obec­nie SSB – Savunma Sanayii Başkanlığı) prze­pro­wa­dził ana­lizę, z któ­rej wyni­kało, że rodzimy prze­mysł może samo­dziel­nie opra­co­wać rakie­towe sys­temy OPL krót­kiego i śred­niego zasięgu, nato­miast sys­tem dale­kiego zasięgu musi być zaku­piony za gra­nicą. I tak zaini­cjo­wano trzy pro­gramy: Hisar‑A (Alçak İrtifa Hava Savunma Füze Sistemi), Hisar‑O (Orta İrtifa Hava Savunma Füze Sistemi) i Hisar‑U (Uzun Menzilli Yüksek İrtifa Hava Savunma Füze Sistemi). Hisar zna­czy też twier­dza-cyta­dela, celem pro­gra­mów było skon­stru­owa­nie sys­te­mów o zasięgu: 15 km (Hisar‑A), > 25 km (Hisar‑O) i ponad 150 km (Hisar‑U). Znane są też pod angiel­sko­ję­zycz­nymi nazwami: T‑LALADMIS – Turkish Low Altitude Air Defence Missile System (Hisar‑A), T‑MALADMIS – Turkish Medium Altitude Air Defence Missile System (Hisar‑O) i T‑LORAMIDS – Turkish Long Range Missile Defense System (Hisar‑U). Umowy na opra­co­wa­nie Hisar‑A pod­pi­sano w 2009 r., a na Hisar‑O w 2011 r. Wyrzutnię Hisar‑O można było obej­rzeć na MSPO 2015. W pro­gram jest zaan­ga­żo­wany sze­reg turec­kich firm,
ale przede wszyst­kim: TÜBİTAK-SAGE, ROKETSAN (in. Roket Sanayii ve Ticaret) i ASELSAN (Askerî Elektronik Sanayii). Z czego dwie ostat­nie firmy to znani pro­du­cenci, odpo­wied­nio, uzbro­je­nia rakie­to­wego i elek­tro­niki woj­sko­wej. Najwięcej emo­cji miał jed­nak wzbu­dzić T‑LORAMIDS.

  • Adam M. Maciejewski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE