Armijne mini­lot­ni­skowce

Grasshopper gotowy do startu z pokładu lotniczego zamontowanego na LST 906.

Grasshopper gotowy do startu z pokładu lot­ni­czego zamon­to­wa­nego na LST 906.

W histo­rii świa­to­wego budow­nic­twa okrę­to­wego czę­sto zda­rzało się, że potrzeba sta­wała się matką wyna­lazku. Tak też było i przy oka­zji powsta­nia naj­mniej­szych lot­ni­skow­ców uży­wa­nych nie przez flotę, a przez siły lądowe! Przyzwyczailiśmy się, że to flota Japonii miała naj­wię­cej dzi­wacz­nych okrę­tów lot­ni­czych, miała je też jej armia. Tymczasem opi­sy­wane poni­żej jed­nostki powstały na zamó­wie­nie US Army.

W dniach 8 – 16 listo­pada 1942 r. w Afryce Północnej wylą­do­wały woj­ska alianc­kie mające zaata­ko­wać od zachodu (Maroko Francuskie) i pół­nocy (Algieria). Operacja „Torch” (pochod­nia) prze­bie­gała dosyć spraw­nie, gdyż ude­rzono na wybrzeża bro­nione przez Francuzów pod­le­ga­ją­cych roz­ka­zom rządu Vichy, któ­rzy nie byli szcze­gól­nie sko­rzy do walki. Była jed­nak ona nie­zwy­kle ważna, gdyż pozwa­lała zyskać nie­zbędne doświad­cze­nie w ope­ra­cjach inwa­zyj­nych pro­wa­dzo­nych na dużą skalę. Jednym z pierw­szych pro­ble­mów na jaki natra­fiono była nie­za­do­wa­la­jąca współ­praca armij­nych obser­wa­to­rów i arty­le­rzy­stów na okrę­tach. Nie do końca spraw­dzało się także roz­po­zna­nie lot­ni­cze. Armia lądowa wolała mieć swój ogląd sytu­acji i wła­sny sys­tem kory­go­wa­nia ogniem. US Army od 1941 r. dys­po­no­wała licz­nymi nie­wiel­kimi samo­lo­tami roz­po­znaw­czymi Grasshopper. Były to lek­kie maszyny, łatwe w pro­duk­cji i napra­wie w warun­kach polo­wych oraz nie­wy­ma­ga­jące pod wzglę­dem pilo­tażu. Początkowo wyko­rzy­sty­wano je do szko­le­nia pilo­tów szy­bow­ców i jako samo­loty łącz­ni­kowe. Gdy Amerykanie wylą­do­wali po raz pierw­szy w Afryce Północnej „pasi­ko­niki” zna­ko­mi­cie spraw­dziły się w roz­po­zna­niu i do kory­go­wa­nia ognia arty­le­ryj­skiego.
Trafiały one na pole walki zazwy­czaj w dru­gim rzu­cie, gdy ukoń­czone były już lądo­wi­ska dla nich (o wymia­rach 10 x 100 m). Tymczasem US Army chciała, aby mogły one być uży­wane od razu, rów­no­le­gle z wysa­dzo­nym desan­tem. Początkowo uznano, że nie ma moż­li­wo­ści, aby lek­kie samo­loty armijne mogły być wyko­rzy­sty­wane tak jak chciały tego siły lądowe. Ostatecznie cztery „pasi­ko­niki” tra­fiły na lot­ni­sko­wiec USS Ranger (CV 4). Startowały one z jego pokładu, aby kory­go­wać ogień z okrę­tów i dział polo­wych. Marynarka była jed­nak scep­tyczna. Grasshoppery nie miały skła­da­nych skrzy­deł, i aby je przy­jąć na pokład trzeba było wyła­do­wać peł­no­war­to­ściowe samo­loty.
Do kolej­nej ope­ra­cji desan­to­wej miało dojść na Sycylii. Ponownie poja­wiła się kwe­stia uży­cia w niej Grasshopperów, z tym że już na więk­szą skalę. US Navy odmó­wiła przy­ję­cia samo­lo­tów armii na pokłady lot­ni­skow­ców. Nie było też moż­li­wo­ści, aby one samo­dziel­nie prze­le­ciały z pół­noc­nej Afryki na Sycylię, gdyż ich zasięg nie prze­kra­czał 305 km. Postanowiono zatem zna­leźć plat­formę, z któ­rej samo­loty mogłyby star­to­wać. Należy zazna­czyć, że od początku nie prze­wi­dy­wano, aby „pasi­ko­niki” mogły lądo­wać na okrę­tach. Ich celem były przy­czółki na lądzie. Przebudowa dużych stat­ków prze­wo­żą­cych desant nie była moż­liwa. Po pierw­sze, takie prace byłyby zbyt kosz­towne. Po dru­gie – zabie­ra­łyby zbyt wiele czasu i sta­tek prze­wo­żący desant musiałby na kilka tygo­dni tra­fić do stoczni.
Rozwiązaniem oka­zały się masowo pro­du­ko­wane okręty desan­towe do prze­wozu czoł­gów typu LST(2) (Landing Ship, Tank, Mk 2). Były to spore jed­nostki o dłu­go­ści 100 m i sze­ro­ko­ści 15,2 m oraz wypor­no­ści peł­nej 2160 ts. Bez więk­szych pro­ble­mów można było nad­bu­do­wać z ele­men­tów pre­fa­bry­ko­wa­nych nie­wielki pokład star­towy, który w żaden spo­sób nie utrud­niał prze­wo­że­nia wewnątrz kadłuba czoł­gów i innych dużych pojaz­dów. Ograniczono tylko liczbę dzia­łek plot., które na stan­dar­do­wych LST(2) stały na śród­o­krę­ciu. Pokład lot­ni­czy miał dłu­gość 67 i sze­ro­kość tylko 3 m. Pierwszym okrę­tem, na któ­rym został on zain­sta­lo­wany był LST 386.
Z boków pokładu star­to­wego zacho­wano sze­ro­kie na 30 cm kra­wę­dzie (ranty) mające zabez­pie­czyć star­tu­jący samo­lot przed sto­cze­niem się w bok. Pokład lot­ni­czy był skła­dany i mógł być prze­nie­siony na dowolny okręt. Czas mon­tażu okre­ślono na 36 godzin.

  • Michał Glock

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE