Aliancka Jednostka Wywiadu Technicznego – Brisbane

WITH_2_2015_ataiu

W latach 1942 – 1944 funk­cjo­no­wała w austra­lij­skim sta­nie Queensland uni­kalna jed­nostka alianc­kiego wywiadu. Działając pod enig­ma­tycz­nym skró­tem „ATAIU”, koor­dy­no­wała ona cały aliancki wysi­łek w zakre­sie sys­te­ma­ty­zo­wa­nia wie­dzy o japoń­skich stat­kach powietrz­nych. Ponadto w jej super­taj­nej sie­dzi­bie na lot­ni­sku Eagle Farm dopro­wa­dzano do peł­nej spraw­no­ści samo­loty, pod­da­wane następ­nie wszech­stron­nym testom na ziemi i w powie­trzu. W dru­giej poło­wie paź­dzier­nika 1944 r. statki powietrzne, archiwa i austra­lij­sko-ame­ry­kań­ski per­so­nel ATAIU prze­nie­siono – ze wzglę­dów czy­sto pre­sti­żo­wych – do Stanów Zjednoczonych.

Leżące na przed­mie­ściu Brisbane lot­ni­sko Eagle Farm zaczęto budo­wać w przeded­niu wybu­chu wojny na Pacyfiku jako skromny pas star­towy dla pobli­skiej szkoły lot­ni­czej. Wraz z roz­po­czę­ciem dzia­łań wojen­nych oka­zało się, że wbrew zało­że­niom powsta­nie tu duża baza. Alianckie lot­nic­two (Allied Air Force – AAF) nie mogło się docze­kać końca budowy. Po odda­niu do użytku pro­wi­zo­rycz­nie ukoń­czo­nych pasów star­to­wych oka­zało się, że poza sta­no­wi­skami arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej lot­ni­sko nie ma żad­nej infra­struk­tury. Hangarami nie można było nazwać nawet dwóch poło­żo­nych na wschód od Pasa Numer Jeden, 45-metro­wych bara­ków, a były to naj­więk­sze budynki w oko­licy; może dla­tego wbrew logice zwane Hangarami 1 i 2. Dalsze, o nume­rach od 4 do 7, były gotowe 30 grud­nia 1942 r.
Wbrew ocze­ki­wa­niom budyn­ków nie prze­ka­zano głów­nym loka­to­rom bazy Eagle Farm, tzn. ame­ry­kań­skiej 81st Air Depot Group. Jej mon­tow­nia myśliw­ców dys­po­no­wała zespo­łem obla­ty­wa­czy two­rzą­cych tzw. Fair Dinkum Flying Circus (Nie Całkiem Poważny Latający Cyrk). Praca Billa Farriora, Iana Handleya, Ronalda Selmana, Clyde’a Gessela i innych nie miała wiele wspól­nego z suge­ro­wa­nymi w nazwie pod­nieb­nymi przy­go­dami. Ot, po pro­stu od świtu do zmroku obla­ty­wali oni zmon­to­wane lub napra­wione Warhawki, Airacobry, Vengeance, Lightningi… W swoim rze­mio­śle pozo­stali osa­mot­nieni aż do wio­sny 1943 r., kiedy to dołą­czył do nich per­so­nel 348. Grupy Myśliwskiej USAAF. Wraz z nim samo­lo­tów przy­było tyle, że wnet zabra­kło rąk do pracy. 348. Grupa Myśliwska musiała zabrać się do mon­to­wa­nia swo­ich Thunderboltów we wła­snym zakre­sie. Tymczasem z terenu lot­ni­ska wyod­ręb­niono skrajny han­gar o nume­rze 7, odgra­dza­jąc go od pozo­sta­łych pod osłoną ciem­no­ści wyso­kim pło­tem z drutu kol­cza­stego. Nazajutrz poja­wiły się za nim cztery skrzy­nie ozna­ko­wane dużymi inskryp­cjami: „Ściśle Tajne. Własność ATAIU. Nie doty­kać”.
Japoński sprzęt lot­ni­czy inte­re­so­wał sprzy­mie­rzo­nych przed grud­niem 1941 r. w stop­niu mini­mal­nym. Brytyjski i ame­ry­kań­ski wywiad lot­ni­czy miały skłon­ność do baga­te­li­zo­wa­nia prze­ciw­nika. Ignorowano pocho­dzące z Chin (i nie tylko) mel­dunki o japoń­skich myśliw­cach prze­wyż­sza­ją­cych osią­gami alianc­kie odpo­wied­niki. Informacyjne zapóź­nie­nie zemściło się ata­kami nie­do­ce­nia­nych Mitsubitshi A6M, Aichi D3A i Nakajima B5N na Pearl Harbor, Filipiny, Rabaul, Darwin… Nawet wów­czas myśle­nie życze­niowe ustę­po­wało powoli; kul­ty­wo­wano pocie­sza­nie się ste­reo­ty­pami o „prze­sta­rza­łych gru­cho­tach pilo­to­wa­nych przez zezo­wa­tych żółt­ków, nie będą­cych prze­ciw­ni­kami god­nymi bia­łych lot­ni­ków”. Nawet po kilku mie­sią­cach kon­fliktu nie dys­po­no­wali oni reje­strem stat­ków powietrz­nych prze­ciw­nika. Nikt nie potru­dził się, by coś takiego opra­co­wać w opar­ciu o spo­rzą­dzane raporty z walk. Pobieżnie znano zale­d­wie kilka typów samo­lo­tów.
Dramatyczny roz­wój wypad­ków przy­spie­szył to, co zanie­dbano przez ostat­nią dekadę. Zaczęto od spo­rzą­dze­nia szcze­gó­ło­wego wykazu. W trak­cie jego powsta­wa­nia zauwa­żono potrzebę dosto­so­wa­nia japoń­skich ozna­ko­wań do anglo­sa­skiej per­cep­cji. Dla spo­ty­ka­nych w powie­trzu prze­ciw­ni­ków pil­nie był potrzebny pro­sty sys­tem nazew­nic­twa. Mimo że dziś wstyd to przy­znać wład­com zbio­ro­wej świa­do­mo­ści, w okre­sie nastę­pu­ją­cym bez­po­śred­nio po Pearl Harbor pra­wie każdy jed­no­sil­ni­kowy japoń­ski myśli­wiec uzna­wano za „Zero”. Pozostałe samo­loty prze­ciw­nika iden­ty­fi­ko­wano jesz­cze mniej logicz­nie jako „Mitsubishi” lub „Nakajima”. Położenie kresu tej auto-dez­in­for­ma­cji miało stać się racją ist­nie­nia sfor­mo­wa­nej z per­so­nelu RAAF, USAAF i US Navy Alianckiej Jednostki Wywiadu Technicznego – ATIU (Allied Technical Intelligence Unit). Takie brzmie­nie nazwy jed­nostki, powsta­łej w Melbourne w marcu 1942 r., obo­wią­zy­wać będzie dopiero od 28 lutego 1943 r.
Najpilniejszym zada­niem było opra­co­wa­nie doku­men­ta­cji foto­gra­ficz­nej, rysun­ków, modeli i zesta­wień japoń­skich samo­lo­tów dla potrzeb iden­ty­fi­ka­cji w warun­kach bojo­wych. Personel wszyst­kich trzech rodza­jów ame­ry­kań­skich sił lot­ni­czych nadal bowiem miał tylko mgli­ste poję­cie o tym, jak wyglą­dają wro­gie myśliwce i bom­bowce o nie­przy­swa­jal­nych nazwach i ozna­cze­niach typów – sko­re­lo­wa­nych, co gor­sza, z odręb­nym kalen­da­rzem. ATAIU dowo­dzona przez Franka McCoy Juniora (przy­by­łego ze Stanów Zjednoczonych do Australii 25 lutego 1942 r. na trans­por­towcu USS Tasker H. Bliss, ze szta­bem 38. Grupy Bombowej) stała się głów­nym punk­tem gro­ma­dze­nia i ana­lizy tego typu wie­dzy. Zadaniem rów­nie waż­nym była ocena osią­gów wro­gich samo­lo­tów. Formułowanie jak naj­peł­niej­szego zakresu ich danych tak­tyczno-tech­nicz­nych oraz zesta­wia­nie powyż­szych z osią­gami maszyn alianc­kich miało słu­żyć dosko­na­le­niu tak­tyki walki powietrz­nej. Właśnie ta funk­cja stała się wkrótce naj­istot­niej­szą – i to nie w sfe­rze teo­rii, lecz prak­tyki.
Schyłek 1942 r. zakoń­czył osta­tecz­nie okres japoń­skiej eks­pan­sji na połu­dnio­wym Pacyfiku. Zwycięstwa w zatoce Milne, na Szlaku Kokoda i przy­czółku Gona-Buna po raz pierw­szy umoż­li­wiły alian­tom odzy­ska­nie utra­co­nego terenu. Poza innymi zna­le­zi­skami krył on w sobie lot­ni­ska, a na nich wraki naj­róż­niej­szych samo­lo­tów. Z ode­bra­nej Japończykom Papui napły­wały mel­dunki: tu zna­le­ziono A6M, tam Ki-43, jesz­cze gdzieś nie­zi­den­ty­fi­ko­wany bom­bo­wiec lekki. Stąd był już tylko krok do wąskiej spe­cja­li­za­cji, jaka sta­nie się domeną ATAIU przez pra­wie trzy lata. Lotnicze zna­le­zi­ska zaczęły napły­wać do Brisbane. Z ładowni stat­ków wie­ziono je wprost z portu do Eagle Farm, gdzie przez austra­lij­skich i ame­ry­kań­skich mecha­ni­ków miała im być przy­wra­cana pełna spraw­ność. W następ­nej kolej­no­ści zapla­no­wano próby w locie oraz pozo­ro­wane walki z myśliw­cami: P-40, P-39, P-47, Spitfire, Boomerang i innymi.

  • Andre Zbiegniewski

To jest skrócona wersja artykułu.

CZYTAJ E-WYDANIE KUP WYDANIE PAPIEROWE